— Oni mnie odmienią, Egwene.
Jego oddech był tak udręczony, że chciała zapłakać, ale już nie mogła.
„Nie umiem już nawet płakać”.
— Jeśli mnie pochwycą... Myrddraale, Władcy Strachu... zmuszą mnie do przejścia na stronę Cienia. Jeżeli opanuje mnie szaleństwo, nie będę w stanie z nimi walczyć. Nie będę wiedział, co robią, dopóki nie będzie już za późno. Jeśli pozostanie we mnie choćby iskierka życia, kiedy mnie znajdą, wciąż będą mogli to ze mną zrobić. Proszę, Egwene. Na miłość Światłości. Zabij mnie.
— Ja... ja nie mogę, Rand. Światłości, pomóż mi, nie mogę!
„Wyjście pojawi się, lecz tylko raz. Pozostań nieugięta”.
Spojrzała przez ramię i zobaczyła srebrny łuk wypełniony białym światłem. Zajmował większość przestrzeni nie zawalonej gruzem.
— Egwene, pomóż mi.
„Pozostań nieugięta”.
Wstała i postąpiła krok w kierunku łuku. Był tutaj, wprost przed nią. Jeden krok więcej i...
— Proszę, Egwene. Pomóż mi. Nie mogę go dosięgnąć. Na miłość Światłości, Egwene, pomóż mi!
— Nie potrafię cię zabić — wyszeptała. — Nie mogę. Przebacz mi.
Postąpiła krok naprzód.
— POMÓŻ MI, EGWENE!
Światło spaliło ją na popiół.
Zataczając się, wyszła z przestrzeni łuku, nie zwracając uwagi na swą nagość. Przeszył ją zimny dreszcz, przycisnęła obie dłonie do ust.
— Nie mogłam, Rand — wyszeptała. — Nie potrafiłam. Proszę wybacz mi.
„Światłości pomóż mu. Błagam, Światłości pomóż Randowi”.
Chłodna woda zmoczyła jej głowę.
— Zostajesz oczyszczona z fałszywej dumy — zaintonowała Elaida. — Zostajesz oczyszczona z fałszywych ambicji. Przychodzisz do nas obmyta i czysta, na sercu i duszy.
Kiedy Czerwona siostra odwróciła się, Sheriam delikatnie ujęła Egwene za ramię i poprowadziła w kierunku ostatniego łuku.
— Jeszcze jeden, dziecko. Jeszcze jeden i koniec.
— Powiedział, że zmuszą go do przejścia na stronę Cienia — wymamrotała Egwene. — Powiedział, że Myrddraale i Władcy Strachu potrafią tego dokonać.
Sheriam potknęła się i szybko rozejrzała dookoła. Elaida znajdowała się dość daleko, niemalże przy samym stole. Aes Sedai otaczające ter’angreal wpatrywały się weń, wy. dając się nie zwracać uwagi na nic innego.
— Przykry temat do rozmów, dziecko — powiedziała na koniec łagodnym głosem Sheriam. — Chodź. Jeszcze jeden.
— Mogą? — nalegała Egwene.
— Zwyczajem jest — zwróciła jej uwagę Sheriam aby nie mówić o tym, co zdarzyło się wewnątrz ter’angreala. Strachy, które nawiedzają każdą kobietę, są jej wyłączną własnością.
— Mogą?
Sheriam westchnęła, ponownie spojrzała na pozostałe Aes Sedai, potem zniżyła głos do cichego szeptu i powiedziała szybko:
— To jest rzecz, o której niewielu wie, dziecko, nawet w samej Wieży. Nie powinnaś się o tym teraz dowiadywać, jeśli w ogóle kiedykolwiek, ale powiem ci. Jest... pewna słabość, powiązana ze zdolnością do przenoszenia. To, że uczymy się otwierać na Prawdziwe Źródło znaczy, że możemy zostać... otwarte na inne również rzeczy. — Egwene zadrżała. — Uspokój się, dziecko. Tak łatwo nie da się tego osiągnąć. O ile wiem, nie zdarzyło się to... a Światłości spraw, by nie zdarzyło się nigdy... od czasów wojen z trollokami. Potrzebnych było do tego trzynastu Władców Strachu, a więc Sprzymierzeńców Ciemności, którzy potrafią przenosić, splatających strumienie poprzez trzynastu Myrddraali. Widzisz? Nie tak łatwo tego dokonać. Dzisiaj nie ma już Władców Strachu. Powierzyłam ci tajemnicę Wieży, dziecko. Gdyby inni dowiedzieli się o tym, nigdy nie przekonałybyśmy ich, że są bezpieczni. Tylko tego, który potrafi przenosić można w ten sposób odmienić. Taka jest słabość ukryta w naszej sile. Wszyscy pozostali są równie niezdobyci jak fortece, tylko ich własne czyny i wybory mogą spowodować, że przejdą na stronę Cienia.
— Trzynastu — powiedziała Egwene słabym głosem. — Taka sama liczba kobiet opuściła Wieżę. Liandrin i dwanaście wspólniczek.
Wyraz twarzy Sheriam stwardniał.
— To nie jest coś, o czym powinnaś rozmyślać. Masz o tym zapomnieć. — Ton jej głosu wzniósł się do normalnego poziomu. — Trzecia próba poświęcona jest temu, co będzie. Wyjście pojawi się na powrót, lecz tylko raz. Pozostań nieugięta.
Egwene wpatrywała się w jaśniejący łuk, patrzyła gdzieś w dal poza nim.
„Liandrin i dwanaście innych. Trzynastu Sprzymierzeńców Ciemności, którzy potrafią przenosić. Światłości, pomóż nam wszystkim”.
Weszła w światło. Wypełniło ją. Prześwietliło ją. Przepaliło do kości, żarem odsłaniając duszę. Rozbłysła fleszem w świetle.
„Światłości, pomóż mi!”
Nie było już nic, tylko światło. I ból.
Egwene spojrzała w stojące lustro i nie była pewna, czy bardziej zaskoczyła ją pozbawiona wieku gładkość twarzy, czy paskowana stuła otaczająca kark. Stuła Zasiadającej na Tronie Amyrlin.
„Wyjście pojawi się na powrót, lecz tylko raz. Pozostań nieugięta”.
„Trzynaście”.
Zachwiała się, schwyciła lustro i omal nie upadła razem z nim na wykładaną błękitnymi płytami posadzkę swej garderoby.
„Coś jest nie tak — pomyślała”.
Poczucie tego, że coś źle się dzieje nie miało nic wspólnego z chwilowym zawrotem głowy, a przynajmniej nie w nim wyczuwała zapach zła. To chodziło o coś innego. Nie miała jednak pojęcia, o co.
Przy jej boku stała Aes Sedai, kobieta z wystającymi kośćmi policzkowym, jak Sheriam, ale o ciemnych włosach i zatroskanych brązowych oczach, nosząca na ramionach szeroką na dłoń stułę strażniczki. A więc nie Sheriam. Egwene nigdy dotąd jej nie widziała, pewna jednak była, ie zna ją równie dobrze jak samą siebie. Z wahaniem dopasowała imię do twarzy. Beldeine.
— Jesteś chora, Matko?
„Jej stuła jest zielona. To znaczy, że została wyniesiona z Zielonych Ajah. Strażniczka zawsze pochodzi z tych samych Ajah, co Amyrlin, której służy. To znaczy, że jeśli ja jestem Amyrlin... jeśli? ...wówczas również jestem Zieloną Ajah”.
Ta myśl wstrząsnęła nią. Nie to, że była Zieloną Ajah, ale że musiała się tego domyślać.
„Światłości, coś jest źle ze mną”.
„Wyjście pojawi się na powrót, le...”
Głos w jej głowie zanikł, przechodząc w jakieś brzęczenie.
„Trzynastu Sprzymierzeńców Ciemności”.
— Czuję się dobrze, Beldeine — odpowiedziała tamtej. Imię dziwnie zabrzmiało w jej ustach, jakby wypowiadała je regularnie od wielu lat. — Nie możemy pozwolić im czekać.
„Komu pozwolić czekać?”
Nie wiedziała, wyjąwszy to, że zakończenie tego oczekiwania przepełniało ją nieskończonym smutkiem i bezkresną niechęcią.
— Staną się niecierpliwe, Matko. — W głosie Beldeine zabrzmiało wahanie, jak gdyby czuła tę samą niechęć co Egwene, ale z odmiennych powodów. O ile Egwene nie myliła się, pod maską okazywanego spokoju, Beldeine była przerażona śmiertelnie.
— W takim razie, lepiej będzie jak już pójdziemy.
Beldeine pokiwała głową i wzięła głęboki wdech, zanim przekroczyła dywan i podeszła do miejsca, gdzie obok drzwi stało jej berło, symbol urzędu, zwieńczone śnieżnym płatkiem Płomienia Tar Valon.
— Przypuszczam, że musimy, Matko.
Wzięła berło i otworzyła drzwi przed Egwene, potem pośpieszyła naprzód tak, że stworzyły dwuosobową procesję — Strażniczka Kronik prowadząca Zasiadającą na Tronie Amyrlin.
Egwene nie zwróciła najmniejszej uwagi na korytarze, które przemierzyły. Skupiona była na oczekującej ją sytuacji.