„Co się dzieje ze mną? Dlaczego nie mogę sobie niczego przypomnieć? Dlaczego jest tak bardzo... że niemalże pamiętam źle? — Dotknęła stuły z siedmioma pasami, zwisającej jej z ramion. — Dlaczego jestem na poły przekonana, iż ciągle jestem nowicjuszką?”
„Wyjście pojawi się na powrót, lecz tylko ra...”
Tym razem głos zamarł jak ucięty nożem.
„Trzynaście Czarnych Ajah”.
Potknęła się. Myśl była nieprzyjemna, ale przeszyła ją mrozem do szpiku kości. Czuła, że to dotyczy jej... osobiście. Miała ochotę krzyczeć, uciekać, skryć się gdzieś.
„Nonsens. Czarne Ajah zostały wyniszczone”.
Ta myśl również wydawała się dziwna. Jakaś jej część pamiętała coś, co nazywano Wielką Czystką. Inna część pewna była, że nic takiego nie miało miejsca.
Mając wzrok utkwiony przed siebie, Beldeine nie zauważyła jej potknięcia. Egwene musiała wydłużyć krok, żeby tamtą dogonić.
„Ta kobieta jest przerażona aż do bólu. Dokąd, na Światłość, ona mnie zabiera?”
Beldeine zatrzymała się przed wysokimi, dwuskrzydłowymi drzwiami, ich czarne drewno inkrustowane było dużym, srebrnym Płomieniem Tar Valon. Zanim otworzyła drzwi, wytarła dłonie o suknię, jakby nagle pokryły się potem i poprowadziła Egwene po prostej rampie, wykonanej z tego samego, żyłkowanego srebrem kamienia, z którego zrobiono mury Tar Valon. Nawet tutaj wydawał się lekko Lśnić.
Rampa prowadziła do wielkiej, kolistej komnaty o sklepieniu wysokim na co najmniej trzydzieści kroków. Podniesiona platforma otaczała zewnętrzną ścianę pomieszczenia, schodząc w dół schodami we wszystkich miejscach, w których rampa, po której szły, oraz dwie inne, równomiernie dzielące komnatę, dochodziły do niej. Płomień Tar Valon znajdował się pośrodku posadzki, otaczały go rozszerzające się spirale kolorów, barw siedmiu Ajah. Po przeciwnej stronie komnaty, gdzie rampa wchodziła do środka, stał fotel o wysokim oparciu, ciężki i zdobnie rzeźbiony w liście oraz owoce winorośli, pokryty barwami wszystkich siedmiu Ajah.
Beldeine uderzyła gwałtownie laską w podłogę. W jej głosie słychać było wyraźne drżenie.
— Oto nadchodzi. Strażniczka Pieczęci. Płomień Tar Valon. Zasiadająca na Tronie Amyrlin. Oto nadchodzi.
Kobiety w szalach zasiadające na platformie, wśród szelestu sukien powstały ze swych krzeseł. Dwadzieścia jeden krzeseł stało zgrupowanych po trzy, siedziska każdej triady pomalowano i obito w kolorach frędzli na szalach stojących przed nimi kobiet.
„Komnata Wieży — myślała Egwene, idąc po posadzce do swego fotela. Tron Zasiadającej na Tronie Amyrlin. To wszystko, czym jest. Komnata Wieży i Przedstawicielki wszystkich Ajah. Byłam tutaj tysiące razy. — Ale nie mogła sobie przypomnieć choćby jednego razu. — Co ja robię w Komnacie Wieży? Światłości, jeśli zobaczą, obedrą mnie żywcem ze skóry...”
Nie wiedziała dokładnie, co niby miałyby zobaczyć, modliła się tylko, żeby tak się nie stało.
„Wyjście pojawi się na powrót, lecz...”
„Wyjście pojawi się...”
„Wyjście...”
„Czarne Ajah czekają”.
Na tym się wreszcie skończyło. Głos dochodził zewsząd. Dlaczego nikt poza nią zdawał się go nie słyszeć?
Zajmując miejsce Zasiadającej na Tronie Amyrlin fotel również nazywał się Tronem Amyrlin — zdała sobie sprawę, że nie ma pojęcia, co robić dalej. Pozostałe Aes Sedai również usiadły, kiedy ona zajęła swe miejsce, wszystkie prócz Beldeine, która stanęła obok, trzymając w dłoni laskę i nerwowo przełykając ślinę. Wszystkie zdawały się na nią czekać.
— Rozpocznijmy — powiedziała na koniec.
Wyglądało na to, że to wystarczy. Wstała jedna z Czerwonych Sióstr. Egwene przeżyła wstrząs, gdy rozpoznała Elaidę. W tej samej chwili zrozumiała, że Elaida jest pierwszą pośród Przedstawicielek Czerwonych i jej najbardziej zagorzałym wrogiem. Spojrzenie na jej twarz, kiedy tamta patrzyła w poprzek komnaty, spowodowało, że Egwene aż zadrżała w środku. Wyraz jej oblicza był surowy i zimny... i zwycięski. Obiecywał rzeczy, o których lepiej nie myśleć.
— Wprowadźcie go — rozkazała głośno Elaida.
Z jednej z ramp, nie tej po której zeszła Egwene, rozległ się stukot butów po kamieniach. Pojawili się ludzie. Tuzin Aes Sedai otaczał trzech mężczyzn; dwaj z nich — krzepcy gwardziści z białymi łzami Płomienia Tar Valon na piersiach — prowadzili w łańcuchach trzeciego, który słaniał się jak oszołomiony.
Egwene rzuciła się naprzód w swym fotelu. Człowiek w łańcuchach to był Rand. Z półprzymkniętymi oczyma i zwieszoną głową wydawał się nieomal spać. Szedł tylko tam, gdzie ciągnęły go łańcuchy.
— Ten człowiek — ogłosiła Elaida — mieni się Smokiem Odrodzonym. — Powietrze wypełnił szmer niesmaku, nie jakby słuchacze byli zaskoczeni, ale jakby nie było to coś, co chcieli usłyszeć. — Ten człowiek przenosił Jedyną Moc. — Szmer głosów stał się głośniejszy, niesmak zabarwiony przestrachem. — Jest za takie coś tylko jedna kara, uznana i przyjęta przez wszystkie ludy, ale ogłaszana jedynie tutaj, w Tar Valon, w Komnacie Wieży. Wzywam Zasiadającą na Tronie Amyrlin do wydania wyroku poskromienia na tego człowieka.
Oczy Elaidy lśniły, gdy wbijała wzrok w twarz Egwene.
„Co ja mam zrobić? Światłości, co ja mam zrobić?”
— Dlaczego się wahasz? — domagała się odpowiedzi Elaida. — Wyrok ten ogłaszano od trzech tysięcy lat. Dlaczego się wahasz, Egwene al’Vere?
Jedna z Zielonych Przedstawicielek poderwała się na równe nogi, spod zewnętrznego spokoju przeświecał gniew.
— Wstyd, Elaido! Ukaż szacunek dla Tronu Amyrlin! Ukaż szacunek Matce!
— Szacunek — odrzekła chłodno Elaida. — może zostać stracony równie łatwo jak zdobyty. Cóż, Egwene? Czy może być, że okazujesz wreszcie swą słabość, niedostosowanie do wymogów zajmowanego urzędu? Czy może być, że nie wydasz wyroku na tego człowieka?
Rand usiłował unieść głowę, ale nie powiodło mu się.
Egwene z wysiłkiem podniosła się z krzesła, kręciło jej się w głowie, usiłowała nie zapominać o tym, że jest Zasiadającą na Tronie Amyrlin z władzą rozkazywania tym kobietom, ale coś w niej krzyczało, iż jest jedynie nowicjuszką, że nie należy do tego miejsca, że coś jest straszliwie nie tak.
— Nie — powiedziała drżącym głosem. — Nie, nie mogę! Nie zrobię...
— Sama się zdradziła! — Krzyk Elaidy zdławił nieśmiałe próby Egwene, by dojść do głosu. — Swymi własnymi słowy potępiła się! Brać ją!
Kiedy Egwene otworzyła usta, Beldeine przysunęła się bliżej niej. Potem laska strażniczki uderzyła ją w głowę.
Ciemność.
Najpierw poczuła ból głowy. Pod plecami coś twardego i zimnego. Następnie usłyszała głosy. Mamrotanie.
— Czy wciąż jest nieprzytomna? — To był nie głos, a zgrzyt, jak pilnikiem po kości.
— Nie martw się — powiedział kobiecy głos z bardzo, bardzo daleka. Brzmiał tak, jakby jego właścicielka była niespokojna, przestraszona, ale starała się ukryć obie te rzeczy. — Zajmiemy się nią, zanim zrozumie, co się w ogóle stało. Teraz jest nasza, możemy robić z nią, co nam się żywnie podoba. Być może oddamy ją wam do zabawy.
— Po tym jak wykorzystacie ją dla siebie.
— Oczywiście.
Odległe głosy odsunęły się jeszcze dalej.
Dłonią musnęła nogę, dotknęła nagiej, jakby nierównej skóry. Uchyliła odrobinę oczy. Była naga, potłuczona, leżała na nie wygładzonym drewnianym stole, który postawiono wewnątrz czegoś, co wyglądało na nie używany magazyn. Drzazgi wbijały jej się w plecy. W ustach czuła metaliczny posmak krwi.
Gromadka Aes Sedai stała pod jedną ścianą pokoju, rozmawiając ze sobą głosami ściszonymi, lecz pełnymi napięcia. Ból łomoczący w głowie nie pozwalał się skupić, ale wydało się konieczne, by je policzyć. Trzynaście.