Выбрать главу

„Co się stało?”

Amyrlin opróżniła na jej głowę ostatni srebrny kielich. — Zostajesz oczyszczona z Egwene al’Vere, z Pola Emonda. Zostajesz oczyszczona z wszelkich więzi, które łączą cię ze światem. Przychodzisz do nas obmyta i czysta, na sercu i duszy. Jesteś Egwene al’Vere, Przyjęta Białej Wieży.

Ostatnia kropla rozprysnęła się na włosach Egwene.

— Należysz teraz do nas.

Ostatnie słowa wydawały się nieść szczególne znaczenie, dostępne tylko im dwóm, Egwene i Amyrlin. Amyrlin podała kielich jednej z Aes Sedai i wyciągnęła złoty pierścień w kształcie węża pożerającego własny ogon. Podnosząc lewą dłoń, Egwene mimowolnie drgnęła, zadrżała ponownie, gdy Amyrlin wsunęła jej pierścień z Wielkim Wężem na palec środkowy. Kiedy zostanie Aes Sedai będzie mogła nosić pierścień na dowolnie wybranym palcu, lub nawet nie nosić go w ogóle, gdy konieczne będzie ukrycie tożsamości, Przyjęte jednak nosiły go w ten sposób.

Z powagą na twarzy, Amyrlin podniosła ją z kolan.

— Witaj, Córko — powiedziała, całując ją w policzek. Egwene zaskoczyło wzruszenie w jej głosie. Nie dziecko, lecz córko. Zawsze dotąd była dzieckiem. Amyrlin pocałowała ją w drugi policzek. — Witaj.

Amyrlin zrobiła krok do tyłu i objęła ją krytycznym spojrzeniem, zwróciła się jednak do Sheriam.

— Osuszcie ją i ubierzcie, a potem upewnijcie się, że czuje się dobrze. Że na pewno czuje się dobrze.

— Już się upewniłam, Matko. — W głosie Sheriam brzmiało zaskoczenie. — Widziałaś, że ją zbadałam.

Amyrlin chrząknęła, a jej spojrzenie spoczęło na ter’angrealu.

— Chciałabym dowiedzieć się, co poszło źle dzisiejszej nocy.

Poszła za swoim spojrzeniem, jej suknie zafalowały zdecydowanie. Większość pozostałych Aes Sedai razem z nią podeszła do ter’angreala, który teraz był jedynie srebrną konstrukcją złożoną z łuków opartych na pierścieniu.

— Matka martwiła się o ciebie — powiedziała Sheriam, gdy wraz z Egwene odeszła na bok, gdzie czekał na nią gruby ręcznik, którym mogła wysuszyć włosy i skórę.

— Jak wiele miała ku temu powodów? — zapytała Egwene.

„Amyrlin nie chce, by coś przytrafiło się jej psu, zanim jeleń nie zostanie osaczony”.

Sheriam nie odpowiedziała. Zmarszczyła tylko lekko brwi i czekała, aż Egwene osuszy się, potem podała jej białą suknię oblamowaną u dołu siedmioma pierścieniami.

Włożyła suknię, nie mogąc pozbyć się lekkiego posmaku rozczarowania. Była jedną z Przyjętych, z pierścieniem na palcu i lamówką na sukni.

„Dlaczego nie czuję żadnej różnicy?”

Nadeszła Elaida, niosąc w ramionach jej suknię nowicjuszki, buty oraz sakwę i pasek. A także dokumenty, które dała jej Verin. Te dokumenty w rękach Elaidy.

Egwene zmusiła się, by zaczekać, aż Aes Sedai poda jej węzełek, choć miała ochotę natychmiast wyrwać go z jej rąk — Dziękuję, Aes Sedai.

Ukradkiem przyjrzała się papierom, nie umiała powiedzieć, czy ktoś do nich zaglądał. Sznurek wciąż był zawiązany.

„Jak mogę wiedzieć, czy nie przeczytała wszystkiego? — Wsunęła sakwę pod sukienkę nowicjuszki i poczuła wewnątrz szczególny pierścień, ter’angreal. — Przynajmniej wciąż tutaj jest. Światłości, mogła go przecież zabrać i nie wiem, czy starczyłoby mi śmiałości, by się o niego upomnieć. Tak, zrobiłabym to. Sądzę, że tak”.

Wyraz twarzy Elaidy był równie zimny jak ton jej głosu.

— Nie chciałam, abyś dzisiaj przechodziła tę ceremonię. Nie dlatego, że obawiałam się tego, co nastąpiło, tego nikt nie mógł przewidzieć. Ale ze względu na to, kim jesteś. Dzikuską. — Egwene usiłowała jej przerwać, ale Elaida ciągnęła dalej, równie nieubłagana jak górski lodowiec. Och, wiem, że nauczyłaś się przenosić zgodnie z naukami Aes Sedai, ale mimo to jesteś dzikuską. Dzikuską w sercu, dzikuską w obyczajach. Masz szerokie możliwości, w przeciwnym razie nie przeżyłabyś dzisiejszej nocy, ale możliwości niczego nie zmienią. Nie wierzę, żebyś kiedykolwiek miała stać się częścią Białej Wieży, na pewno nie w ten sam sposób, jak my wszystkie, niezależnie od tego, jaki pierścień będziesz nosić na palcu. Lepiej byłoby dla ciebie, byś została tutaj tylko tak długo, by nauczyć się wszystkie go, co potrzebne ci będzie do pozostania przy życiu, a potem wróciła do swej sennej wioski. Dużo lepiej.

Odwróciła się na pięcie i dumnym krokiem wyszła z komnaty.

„Jeżeli ona nie jest Czarną Ajah — pomyślała kwaśno Egwene — to w każdym razie czymś zdecydowanie do niej zbliżonym”.

Na głos zaś wymruczała do Sheriam:

— Mogłaś coś powiedzieć. Mogłaś mi pomóc.

— Pomogłabym nowicjuszce, dziecko — zareplikowała chłodno Sheriam, a Egwene skrzywiła się. Znowu była „dzieckiem”. — Staram się ochraniać nowicjuszki wtedy, gdy tego potrzebują, ponieważ one nie potrafią bronić samych siebie. Teraz jesteś już Przyjętą. Czas, aby samemu nauczyć się bronić.

Egwene wpatrywała się uważnie w oczy Sheriam, zastanawiając się, czy wyobraziła sobie tylko nacisk, jaki posłyszała w ostatnim zdaniu. Sheriam miała tyle samo sposobności co Elaida, aby odczytać listę imion i zdecydować, iż Egwene zamieszana jest w sprawę Czarnych Ajah.

„Światłości, zaczynasz podejrzewać wszystkich. Lepsze to niż śmierć albo schwytanie przez trzynaście Czarnych Ajah i...”

Pośpiesznie wycofała się z tej linii rozumowania, nie chciała o tym pamiętać.

— Sheriam, co się wydarzyło dzisiejszej nocy? — zapytała. — I nie próbuj mnie zbywać.

Brwi Sheriam uniosły się niemalże aż na czoło, dlatego pośpiesznie poprawiła formę swego pytania.

— Chciałam powiedzieć, Sheriam Sedai. Wybacz mi, Sheriam Sedai.

— Pamiętaj, że nie jesteś jeszcze Aes Sedai, dziecko. — Mimo stali dźwięczącej w głosie, usta Sheriam wygiął lekki uśmiech, zniknął jednakże natychmiast po tym, jak się pojawił. — Nie wiem, co zaszło. Pominąwszy to, że bardzo obawiałam się, iż możesz już nie żyć.

— Co dzieje się z tymi, które nie wychodzą z ter’angreala? - zapytała Alanna, przyłączając się do nich.

Zielona siostra była znana ze swej gwałtowności, a jednocześnie z poczucia humoru, niektórzy powiadali, że potrafi w mgnieniu oka popadać z jednej skrajności w drugą, jednakże spojrzenie, którym obdarzyła Egwene było nieomal nieśmiałe.

— Dziecko, powinnam nie dopuścić do tego wszystkiego, kiedy była jeszcze szansa, kiedy po raz pierwszy spostrzegłam to... odbicie. Powróciło. Oto, co się stało. Powróciło tysiąckroć silniejsze. Dziesięć tysięcy razy. Wydawało się, jakby ter’angreal próbował odciąć przepływ saidara. Albo wtopić się w posadzkę. Przyjmij moje przeprosiny, choć wszak żadne słowa nie wystarczą. Nie za to, co ci się niemalże przytrafiło. Mówię tak i na Pierwszą Przysięgę przyrzekam, że nie kłamię. Aby tego dowieść, poproszę Matkę, żeby pozwoliła mi dzielić twoje obowiązki w kuchni. Tak, i twoją wizytę u Sheriam również. Gdybym zrobiła to, co powinnam, twoje życie nie znalazłoby się w niebezpieczeństwie. Muszę za to odpokutować.

Sheriam roześmiała się ze zgorszeniem.

— Nigdy na to się nie zgodzi, Alanno. Siostra w kuchni, to byłoby... To rzecz niesłychana. Niemożliwe! Zrobiłaś, co uważałaś za słuszne. To nie był twój błąd.

— To nie był twój błąd, Alanna Sedai — powtórzyła Egwene.

„Dlaczego Alanna to robi? Chyba że naprawdę chce mnie przekonać, iż nie miała nic wspólnego z tym, że coś poszło źle. A może przez cały czas chce mieć na mnie oko”.

Dopiero obraz dumnej Aes Sedai, trzy razy dziennie urabiającej sobie ręce po łokcie w zatłuszczonych garnkach przekonał ją, że nazbyt popuściła wodze wyobraźni. Równie nie do pomyślenia wydawało się jednak, że Alanna postąpi tak, jak mówi. W każdym razie, Zielona siostra z pewnością nie miała okazji przeczytać listy imion, albowiem zajmowała się przez cały czas ter’angrealem.