Выбрать главу

Po krótkiej chwili wyszedł na duży obszar pozbawionej drzew, ubitej twardo ziemi, szeroki na co najmniej pięćdziesiąt kroków i długi na dwadzieścia. Pomiędzy otaczającymi go drzewami, na drewnianych stojakach dostrzegł pałki, miecze ćwiczebne zrobione z drewnianych listew luźno połączonych razem oraz kilka prawdziwych, bojowych mieczy, toporów oraz włóczni.

Rozproszeni po powierzchni terenu, połączeni w pary mężczyźni, niektórzy z nich obnażeni do pasa, walczyli ze sobą ćwiczebnymi mieczami. Niektórzy poruszali się tak lekko, że wyglądało, jakby tańczyli, przechodząc od figury do figury, od ciosu do riposty jednym płynnym ruchem. Oprócz widocznych na pierwszy rzut oka umiejętności, nic nie odróżniało ich od innych żołnierzy, Mat pewien był jednak, że patrzy na strażników.

Wszyscy ci zaś, którzy nie poruszali się tak płynnie, byli wyraźnie młodsi od tamtych, zaś każdą z ćwiczących par obserwował starszy mężczyzna, który zdawał się promieniować niebezpieczną gracją, nawet jeśli stał zupełnie nieruchomo.

„Strażnicy i uczniowie” — zdecydował Mat.

Nie stanowił jedynej publiczności. Nie dalej jak dwadzieścia kroków od niego stało jakieś pół tuzina kobiet o pozbawionych wieku rysach Aes Sedai oraz drugie tyle w obszytych lamówką, białych sukniach Przyjętych. Wszystkie obserwowały jedną parę uczniów, obnażonych do pasa i spływających potem pod kierunkiem strażnika o posturze przypominającej kamienny blok. Kierował swymi uczniami przy pomocy cybucha krótkiej fajki, trzymanej w dłoni. Znad główki fajki unosiła się smuga tytoniowego dymu.

Mat usadowił się ze skrzyżowanymi nogami pod skórzanym drzewem i podniósłszy z ziemi trzy spore kamyki, zaczął je bezmyślnie podrzucać. Nie czuł się właściwie słaby, wygodniej jednak było mu siedzieć, niźli stać. Jeżeli istnieje wyjście poza tereny Wieży, nie zniknie w czasie gdy pozwoli sobie na krótki odpoczynek.

Zanim minęło pięć minut, zrozumiał na kogo tak uważnie patrzą Aes Sedai i Przyjęte. Jeden z uczniów zwalistego strażnika, wysoki, szczupły młodzieniec poruszał się z gracją kota.

„Jest ładny jak dziewczyna” — pomyślał Mat, uśmiechając się krzywo.

Wszystkie kobiety błyszczącymi oczami wpatrywały się w wysokiego chłopaka, nawet Aes Sedai.

On zaś trzymał swój miecz ćwiczebny niemalże równie zręcznie jak strażnicy, co od czasu do czasu owocowało pochwalnym, wypowiedzianym z uroczystą miną, komentarzem ze strony jego nauczyciela. Nie chodziło nawet o to, że jego przeciwnik, młodzieniec mniej więcej w wieku Mata, o złotorudych włosach, był szczególnie niewprawny. Wręcz przeciwnie, przynajmniej na tyle, na ile Mat mógł to ocenić, chociaż nigdy nie utrzymywał, iż wie cokolwiek na temat posługiwania się mieczem. Złotowłosy kontrował każdy błyskawiczny atak, zanim związane deszczułki zdołały dosięgnąć jego ciała, a nawet zdobywał się ze swej strony na okazjonalne riposty. Jednak piękny młodzian odpierał wszystkie te ataki i w mgnieniu oka wyprowadzał własne.

Mat przerzucił kamyki do drugiej ręki i wciąż podrzucał w powietrze. Nie sądził, by odważył się stawić czoło któremuś z nich. Na pewno nie z mieczem w dłoni.

— Przerwa!

Głos strażnika zabrzmiał jak łoskot kamieni wysypywanych z wora. Ciężko dysząc, dwaj młodzieńcy pozwolili swym mieczom opaść przy bokach. Pot zlepiał ich włosy.

— Możecie odpoczywać do czasu, aż nie skończę mojej fajki. Ale odpoczywajcie szybko, została mi już tylko resztka tytoniu.

Teraz, kiedy przestali już tańczyć, Mat mógł się lepiej przyjrzeć młodzieńcowi o złotorudych włosach i kamienie wypadły mu z dłoni.

„Niech sczeznę, założyłbym się o całą moją sakiewkę, że to brat Elayne. A ten drugi to Galad, albo niech zjem moje buty”.

Podczas drogi z Głowy Tomana, połowa monologów Elayne dotyczyła cnót Gawyna i wad Galada. Och, zgodnie z tym, co mówiła, Gawyn również posiadał kilka wad, były one jednak nieznaczne; dla Mata były to wręcz rzeczy, które tylko siostra może w ogóle komuś poczytywać za wadę. Jeśli zaś chodzi o Galach, to kiedy przyparto ją do muru, jawił się w jej opowieści tak, że każda matka chciałaby, aby był jej synem. Mat nie sądził, żeby miał ochotę spędzić dłuższy czas w jego towarzystwie. Egwene czerwieniła się, kiedykolwiek wspominano Galada, chociaż zapewne sądziła, iż nikt tego nie widzi.

Szmer przeszedł przez gromadkę patrzących kobiet, kiedy Gawyn i Galad przerwali ćwiczenia i jak na komendę ruszyli razem w kierunku brzegu polany. Jednak Galad spostrzegł Mata, powiedział coś cicho do Gawyna i obaj przeszli obok kobiet. Aes Sedai i Przyjęte odwróciły się i powiodły za nimi wzrokiem. Na widok zbliżających się młodzieńców, Mat powstał.

— Ty jesteś Mat Cauthon, nieprawdaż? — zaczął Gawyn z uśmiechem. — To na pewno ty, rozpoznałem cię z opisu Egwene. Oraz Elayne. Jak rozumiem, byłeś chory. Ale teraz czujesz się już lepiej?

— Czuję się dobrze — odpowiedział Mat.

Zastanawiał się, czy powinien zwracać się do Gawyna „mój Panie” albo w inny, podobnie dworny, sposób. Odmówił dodawania frazy „moja Pani”, kiedy rozmawiał z Elayne — choć ona, w rzeczy samej, wcale tego nie wymagała — postanowił więc, że jej brata nie będzie traktował lepiej.

— Czy przyszedłeś na plac ćwiczeń, aby wprawiać się w mieczu? — zapytał Galad.

Mat potrząsnął głową.

— Tylko spacerowałem. Niezbyt znam się na posługiwaniu mieczem. Sądzę, że wystarczy mi dobry łuk lub niezła pałka. Wiem, jak ich używać.

— Spędzając odpowiednio dużo czasu z Nynaeve powiedział Galad — potrzebujesz nie tylko łuku i pałki, ale także miecza, aby czuć się bezpiecznie. A nie jestem przekonany, czy w istocie to by wystarczyło.

Gawyn obrzucił go spojrzeniem pełnym niedowierzania.

— Galad, niemalże udało ci się opowiedzieć dowcip.

— Mam poczucie humoru, Gawynie — rzucił tamten, zmarszczywszy brwi. — Sadzisz, że jest inaczej tylko dlatego, iż nie dbam o to, by rozśmieszać ludzi.

Potrząsnąwszy głową, Gawyn na powrót zwrócił się do Mata.

— Powinieneś nauczyć się czegoś o władaniu mieczem. Ten typ wiedzy potrzebny jest każdemu w dzisiejszych czasach. Twój przyjaciel, Rand al’Thor, nosi przy boku doprawdy niezwykły miecz. Czy miałeś o nim jakieś wieści?

— Od bardzo długiego czasu nie widziałem Randa odpowiedział szybko Mat. Tylko na chwilę, w momencie gdy wymienił imię Randa, w oczach Gawyna pojawił się błysk zainteresowania.

„Światłości, czy on wie o Randzie? Skąd mógłby? Jeśli jednak tak jest, zadenuncjuje mnie jako Sprzymierzeńca Ciemności tylko dlatego, że jestem jego przyjacielem. Ale coś jednak wie”.

— Wiesz dobrze, że nie wszystko zaczyna się i kończy na mieczu. Jak mniemam, uzbrojony w pałkę z łatwością dotrzymałbym pola każdemu z was.

Kaszel Gawyna w oczywisty sposób miał zamaskować śmiech. Z nazbyt wystudiowaną grzecznością powiedział:

— Musisz być bardzo dobry z pałką.

Twarz Galada wyrażała otwarte niedowierzanie.

Zapewne zrobił to dlatego, że obaj sądzili w oczywisty sposób, że zwyczajnie się przechwala. Być może dlatego, iż zmarnował szansę na wypytanie gwardzistów. Może to z powodu Else, która kiedyś przecież tak się oglądała za chłopcami, a teraz nie chciała mieć z nim nic do czynienia, i wszystkich tych kobiet, które patrzyły na Galada jak kot na dzban śmietany. Aes Sedai czy Przyjęte, wszystkie dalej były tylko kobietami. Kolejne wyjaśnienia przemknęły przez myśli Mata, ale odrzucił je gniewnie, szczególnie to ostatnie. Miał zamiar zrobić to dlatego, że będzie zabawnie. Przy okazji może uda się zarobić kilka monet. Nie będzie mu potrzebny nawet nawrót szczęścia.

— Mogę postawić — zaczął — dwie srebrne marki, przeciwko dwóm od każdego z was, że pokonam was obu naraz, dokładnie tak, jak powiedziałem. Nie uzyskacie lepszej stawki niż ta. Was jest dwóch, a ja jestem jeden, tak więc dwa do jednego to dobry stosunek.