Выбрать главу

Niemalże roześmiał się na głos, widząc konsternację na ich twarzach.

— Mat — uspokajał go Gawyn — nie ma potrzeby od razu się zakładać. Byłeś chory. Może spróbujemy się, kiedy będziesz silniejszy?

— To nie ma nic wspólnego z uczciwym zakładem dodał Galad. — Nie będę się z tobą zakładał, ani teraz, ani później. Pochodzisz z tej samej wioski co Egwene, nieprawdaż? Nie... nie chciałbym, aby była na mnie zła.

— A co ona ma z tym wspólnego? Traficie mnie raz jednym ze swoich mieczy i każdy otrzymuje srebrną markę; Jeżeli ja trafię was, każdy da mi dwie. Uważacie, że nie jesteście w stanie dać sobie ze mną rady?

— To jest śmieszne — oponował Galad. — Nie miał byś szans z jednym wyćwiczonym szermierzem, a co dopiero z dwoma. Nie mogę zgodzić się na takie fory.

— Tak sądzisz? — zapytał poważny głos. Zwalisty strażnik przyłączył się do nich, spod gęstych brwi patrzyły nachmurzone oczy. — Sądzicie, że we dwójkę jesteście wystarczająco dobrzy, aby pokonać chłopaka z kijem?

— To nie jest uczciwe, Hammar Gaidin — upierał się Galad.

— Był chory niedawno — dodał Gawyn. — Nie ma potrzeby wszczynać całej tej sprawy.

— Na plac — zgrzytnął zębami Hammar i skinął głową przez ramię. Galad i Gawyn obdarzyli Mata pełnymi żalu spojrzeniami i posłuchali polecenia. Strażnik z powątpiewaniem oglądał go od stóp do głów. — Jesteś pewien, że tego chcesz, chłopcze? Kiedy przyjrzałem się tobie dokładniej, doszedłem do wniosku, że powinieneś jednak raczej zostać w łóżku.

— Przed chwilą właśnie z niego wyszedłem — zareplikował Mat — i jestem zdecydowany. Nie mam wyjścia. Nie chcę stracić swoich dwu marek.

Ciężkie brwi Hammara uniosły się w zdumieniu.

— Masz zamiar trwać przy tym zakładzie, chłopcze?

— Potrzebuję pieniędzy — zaśmiał się Mat.

Śmiech zamarł mu nagle na ustach, kiedy zwrócił się w stronę najbliższego stojaka, na którym znajdowały się pałki, a kolana się pod nim ugięły. Napiął mięśnie tak szybko, że nie sądził, by ktokolwiek, kto to zobaczył, nie posądził go o nic więcej, jak tylko o to, że po prostu się potknął. Aby odrobinę jeszcze zyskać na czasie, zmarudził przy stojaku, długo wybierając pałkę. Wreszcie trzymał w ręku drzewce, grube na dwa cale i niemalże stopę wyższe niż on sam.

„Muszę zwyciężyć. Otworzyłem głupią gębę i teraz muszę wygrać. Nie mogę pozwolić sobie na stratę tych dwu nerek. Bez nich, jako punktu wyjścia, zdobycie pieniędzy, których potrzebuję, zajmie mi wieczność”.

Kiedy odwrócił się, obu rękoma trzymając pałkę przed tobą, Gawyn i Galad już czekali na niego w miejscu, gdzie przedtem ćwiczyli.

„Muszę wygrać”.

— Szczęście — wymruczał. — Czas rzucić kości.

Hammar obrzucił go zdumionym spojrzeniem.

— Mówisz dawną mową, chłopcze?

Mat przez chwilę również wpatrywał się w niego, nic nie mówiąc. Mróz przeszył go do szpiku kości. Z wysiłkiem zmusił swe nogi do marszu i powędrował w kierunku placu ćwiczeń.

— Pamiętajcie o zakładzie — przypomniał głośno. Dwie srebrne marki od każdego z was, przeciwko dwóm moim.

Wśród Przyjętych rozszedł się szmer, gdy zrozumiały, co się dzieje. Aes Sedai czekały w milczeniu, milczeniu pełnym potępienia.

Gawyn i Galad rozdzielili się, każdy z nich stanął w odpowiedniej odległości po jego przeciwnej stronie, miecze trzymali jedynie na poły wzniesione.

— Żadnych zakładów — oznajmił Gawyn. — Nie było żadnego zakładu.

W tej samej chwili Galad powiedział:

— Nie mam zamiaru zabierać ci pieniędzy w taki sposób.

— Ja zaś mam zamiar zabrać ci twoje — odrzekł na to Mat.

— Stoi! — zaryczał Hammar. — Jeżeli oni nie mają tyle odwagi, by przyjąć twój zakład, chłopcze, wobec tego ja pokryję stawkę.

— Bardzo dobrze — zdecydował się Gawyn. — Jeżeli na to nalegasz... to stoi!

Galad wahał się przez moment, zanim burknął:

— Stoi więc. Skończmy już z tą farsą.

To ostrzeżenie było wszystkim, czego Mat potrzebował. Kiedy Galad ruszył na niego, przesunął dłonie po pałce i obrócił się dookoła własnej osi. Koniec pałki uderzył w żebra wysokiego mężczyzny powodując, że ten potknął się i jęknął. Mat pozwolił pałce odskoczyć od ciała Galada i zawirował, unosząc jej koniec dokładnie w tym samym momencie, gdy Gawyn znalazł się w jego zasięgu. Obniżył koniec pałki, wpuścił go pod ćwiczebny miecz Gawyna i podciął mu nogi. Kiedy tamten padał, dokończył obrotu dokładnie w odpowiednim momencie, żeby dosięgnąć Galada. Miecz tamtego wyleciał z rąk. Jakby w ogóle nie poczuł bólu, natychmiast przetoczył się zręcznym koziołkiem i powstał, trzymając ponownie miecz w obu dłoniach.

Przez chwilę nie zwracając na niego uwagi, Mat odwrócił się i skręcając nadgarstki, całą długością pałki wziął potężny zamach zza pleców. Gawyn, właśnie usiłując się podnieść, przyjął cios na skroń. Rozległo się głuche uderzenie, częściowo jedynie osłabione przez włosy. Gawyn osunął się bezwładnie na ziemię.

Mat był na poły jedynie świadomy poruszenia wśród Aes Sedai, spieszących z pomocą powalonemu bratu Elayne.

„Mam nadzieję, że nic mu nie zrobiłem. Na pewno nie: Spadając z płotu, wiele razy uderzyłem się mocniej”.

Wciąż jeszcze miał naprzeciw siebie Galada, a ze sposobu, w jaki tamten czaił się na palcach stóp, z właściwie uniesionym mieczem, wynikało, że wreszcie zaczął go traktować poważnie.

W tym momencie nogi Mata zaczęły drżeć.

„Światłości, nie mogę teraz osłabnąć. — Ale czuł, jak wkrada się w niego, niczym dojmujące drżenie, głód taki, jakby nie jadł od wielu dni. — Jeżeli będę czekał, aż mnie zaatakuje, to wcześniej chyba zemdleję. — Kiedy ruszył naprzód, z trudem powstrzymywał uginanie się kolan. Szczęście, zostań przy mnie”.

Wraz z pierwszym ciosem zrozumiał, że szczęście, umiejętności, czy cokolwiek to było, co doprowadziło go tak daleko, wciąż jest z nim. Galadowi udało się odbić ten pierwszy cios, rozległo się ostre trzaśnięcie, odbił następny, potem kolejny i jeszcze jeden, ale widać było, jak wysiłek napina mu mięśnie twarzy. Zręczny szermierz, prawie równie dobry jak strażnicy, wkładał w walkę każdą uncję swych umiejętności, aby uchronić się przed pałką Mata. Nie atakował, stać go było tylko na obronę. Caiy czas skręcał w bok, by nie dać się zepchnąć do tyłu, a Mat naciskał na niego, pałka migotała zamazaną plamą. W pewnej chwili Galad dał krok w tył, potem następny, drewniane ostrze stanowiło kiepską tarczę przeciwko bojowej pałce.

Głód dręczył Mata, grasując po jego wnętrznościach jak stado łasic. Pot zalewał mu oczy, siły zaczynały się wyczerpywać, jakby upływając wraz z potem.

„Jeszcze nie. Nie mogę teraz upaść. Muszę wygrać. Teraz”.

Zaryczał i włożył wszystkie swe siły w jeden ostatni atak.

Pałka mignęła obok miecza Galada i w błyskawicznym tempie uderzyła kolejno kolano, nadgarstek, żebra, by na koniec wbić się w jego brzuch niczym włócznia. Z głuchym jękiem Galad zatoczył się w tył, ze wszystkich sił walcząc o to, by nie upaść. Pałka drżała w dłoniach Mata, przygotowana do ostatniego, decydującego ciosu w gardło. Galad osunął się na ziemię.

Mat niemalże puścił pałkę, gdy zrozumiał, czego o mało co przed chwilą nie zrobił.

„Zwyciężyć, nie zabić. Światłości, o czym ja myślę?”

Odruchowo oparł koniec pałki o ziemię, a kiedy tylko to zrobił, musiał się jej mocno uchwycić, żeby samemu nie upaść. Głód przewiercał go, niczym nóż wydobywający szpik z kości. Nagle spostrzegł, że nie tylko Aes Sedai i Przyjęte przyglądały się walce. Przerwano wszystkie ćwiczenia, nikt inny nie walczył. Zarówno strażnicy, jak i uczniowie stali, patrząc na niego.