Egwene uważnie obserwowała starszą przyjaciółkę. Wyglądało na to, że Nynaeve przestaje wreszcie zachowywać się jak niedźwiedź, którego boli ząb. Uniosła głowę.
— Chyba, że jest tak, iż pragną, abyśmy myślały o ukrytym wzorze i marnowały czas na jego poszukiwania, podczas gdy nic takiego być może nie istnieje. Nie mówię tym samym, że nie istnieje na pewno, powiadam tylko, że po prostu jeszcze nie wiemy. Powinnyśmy go szukać, ale sądzę, że nie możemy równocześnie odwracać swej uwagi od innych rzeczy, nieprawdaż, jak myślicie?
— A więc postanowiłaś się na koniec obudzić — powiedziała Nynaeve. — Sądziłam, że zasnęłaś.
Wciąż jednak uśmiech nie schodził z jej twarzy.
— Ona ma rację — z niesmakiem przyznała Elayne. — Zbudowałam zamek na piasku. Na życzeniach. Być może ty również masz rację, Nynaeve. Jaki pożytek z tych... śmieci? — Porwała kartkę z leżącego przed nią stosu. Rianna miała czarne włosy z siwym pasmem na lewej skroni. Jeśli znajdę się tak blisko niej, by to dostrzec, będzie to o wiele zbyt blisko, niżbym sobie życzyła. — Podniosła następną stronicę. — Chesmal Emry jest jedną z najbardziej utalentowanych uzdrowicielek, jakie objawiły się w ciągu ostatnich lat. Światłości, czy wyobrażacie sobie, być uzdrawianą przez jedną z Czarnych Ajah? – Trzecia kartka. — Marillin Gemalphin uwielbiała koty i zawsze odrywała się od swoich zajęć, by pomagać skaleczonym zwierzętom. Koty! Ba! — Chwyciła wszystkie kartki naraz i za: cisnęła w dłoniach. — Bezużyteczne śmieci.
Nynaeve uklękła przy niej i delikatnie oderwała jej dłonie od dokumentów.
— Być może tak, a być może wcale nie. — Uważnie wygładziła pomięte kartki, przyciskając je do piersi. Znalazłaś w nich coś, na czym możemy się skoncentrować. Jeżeli będziemy dostatecznie wytrwałe, być może odnajdziemy więcej. A tu jest kolejna lista.
Oczy ich obu skierowały się na Egwene, zarówno w niebieskich, jak i w brązowych lśniła jednakowa troska.
Egwene starała się nie patrzeć na stół, gdzie leżały dalsze kartki. Nie miała ochoty o nich myśleć, było to jednak nie do uniknięcia. Spis ter’angreali głęboko wrył się w jej myśli.
Pozycja. Różdżka wykonana z czystego kryształu, gładka i doskonale przezroczysta, długa na stopę, o średnicy jednego cala. Zastosowanie nieznane. Ostatnie badania przeprowadziła Corianin Nedeal. Alabastrowa figurka nagiej kobiety, wysokości dłoni. Zastosowanie nieznane. Ostatnie badanie przeprowadziła Corianin Nedeal. Pozycja. Krążek, pozornie z czystego żelaza, jednak nie tknięty przez rdzę, trzy cale średnicy, pięknie rzeźbiony po obu stronach w gęstą spiralę. Zastosowanie nieznane. Ostatnie badania wykonane przez Corianin Nedeal. Pozycja. Zbyt wiele pozycji i ponad połowa opatrzona dopiskiem „zastosowanie nieznane”, ostatnie badania przeprowadziła Corianin Nedeal. Trzynaście z nich, żeby wyrazić się ściśle.
Egwene zadrżała.
„Staje się powoli tak, że nawet nie potrafię myśleć o tej liczbie”.
Pozycje, o których wiedziano więcej były na liście zdecydowanie mniej liczne, nie wszystkie wydawały się mieć jakieś rzeczywiste zastosowanie, ale nawet to, co wynikało z ewentualnych możliwości ich wykorzystania niewiele przyniosło uspokojenia, kiedy je zobaczyła. Drewniana rzeźba jeża, nie większa od ostatniego stawu męskiego kciuka. Tak prosta rzecz i zapewne nieszkodliwa. Każda kobieta, która próbowała przenosić przy jej pomocy, zasypiała. Pogrążała się na pół dnia w spokojnym śnie bez marzeń, ale wnioski stąd wypływające wiodły w regiony, o których nie chciała myśleć, bowiem myśli takie wywoływały u niej gęsią skórkę. Trzy kolejne przedmioty miały również coś wspólnego ze snami. Niemalże ulgę przynosiło czytanie o różdżce z czarnego kamienia, w kształcie podobnej do fletu, długiej na cały krok, która wytwarzała ogień stosu, zaopatrzonej w notatkę NIEBEZPIECZNE I NIEMALŻE NIEMOŻLIWE DO KONTROLOWANIA, skreśloną ręką Verin z takim naciskiem, że pióro przebiło w dwu miejscach papier. Egwene wciąż nie miała pojęcia, czym jest płomień stosu, lecz choć brzmiało to z pewnością groźnie jak mało co, z identyczną pewnością nie miało nic wspólnego z Corianin Nedeal ani ze snami.
Nynaeve zaniosła wygładzone kartki do stołu i położyła je na blacie. Zawahała się, zanim rozłożyła kolejne i przebiegła palcem w dół jednej stronicy, potem po następnej.
— Tutaj jest coś, co spodobałoby się Matowi — powiedziała głosem zbyt lekkim i beztroskim. — Pozycja. Rzeźbione kości do gry naznaczone kropkami, połączone na rogach, mniej niż dwa cale w przekątnej. Zastosowanie nieznane, z wyjątkiem tego, że przenoszenie przy jego pomocy zdaje się zakłócać w pewien sposób przypadkowość. — Zaczęła czytać głośniej. — Przy rzutach monetą zawsze wypadała ta sama strona, w pewnej próbie moneta sto razy pod rząd lądowała na krawędzi. Z tysiąca rzutów kośćmi, tysiąc razy wypadło pięć koron. — Zaśmiała się w wymuszony sposób. — Mat by oszalał dla niego.
Egwene westchnęła, podniosła się i sztywno podeszła do kominka. Elayne usiadła i popatrzyła na nią, zachowując milczenie. Podobnie zachowywała się Nynaeve. Odsuwając rękaw tak wysoko jak tylko mogła, Egwene sięgnęła ostrożnie w głąb komina. Pod palcami wyczuła wełnę na wewnętrznym gzymsie i wyciągnęła zwiniętą, pojedynczą pończochę, wielokrotnie cerowaną na palcach. Strzepnęła plamy sadzy z ręki, potem zaniosła pończochę na stół i wytrząsnęła ją. Skręcony pierścień z paskowanego, nakrapianego kamienia potoczył się po blacie i zatrzymał dokładnie na szczycie strony z listą ter’angreali. Przez kilka chwil wpatrywały się weń tylko, zachowując całkowite milczenie.
— Być może — powiedziała na koniec Nynaeve Verin najzwyczajniej przeoczyła fakt, że tak wiele z nich ostatni raz badała Corianin.
Jej głos nie brzmiał bynajmniej tak, jakby wierzyła w to, co mówi.
Elayne przytaknęła, ale najwyraźniej niechętnie.
— Widziałam, jak kiedyś spacerowała po ulewnym deszczu, przemoknięta do suchej nitki i zaniosłam jej płaszcz. Była tak pochłonięta tym, o czym myślała, że nie sądzę, aby zdawała sobie sprawę, że pada, dopóki nie zarzuciłam jej płaszcza na ramiona. Mogła więc to również przeoczyć.
— Być może — niechętnie zgodziła się Egwene. Jeśli jednak było inaczej, musiała wiedzieć, iż zorientuję się natychmiast, jak tylko przeczytam listę. Nie wiem. Czasami myślę, że Verin wie dużo więcej, niźli zdradza. Po prostu nie wiem.
— Tak więc Verin dochodzi nam jako kolejna podejrzana — westchnęła Elayne. — Jeżeli ona jest Czarną Ajah, wówczas dokładnie wiedzą, czym się zajmujemy. Alanna również.
Rzuciła Egwene niepewne spojrzenie z ukosa.
Egwene opowiedziała im wszystko: Wyjąwszy to, co zdarzyło się wewnątrz ter’angreala podczas jej inicjacji, nie była w stanie zmusić się, aby o tym mówić, nie bardziej niż Elayne czy Nynaeve, zdolne były relacjonować swoje przejścia. Wszystko poza tym starała się opowiedzieć jak najdokładniej, wszystko, co zdarzyło się w komnacie prób, to, co Sheriam zdradziła jej o straszliwej słabości, stanowiącej konsekwencję zdolności przenoszenia, każde słowo wypowiedziane przez Verin, niezależnie od tego, czy wydawało się istotne, czy nie. Jedyną częścią opowieści, jaką było im najtrudniej zaakceptować było zachowanie Alarmy; Aes Sedai po prostu nie robiły takich rzeczy. Nikt zdrowy na umyśle nie robił takich rzeczy, ale do Aes Sedai było to już skrajnie niepodobne.
Egwene patrzyła na nie groźnie, słysząc nieomal, jak mówią w myślach:
— O Aes Sedai zakłada się również, że nie kłamią, ale Verin i Matka znalazły się niebezpiecznie blisko granicy prawdy, mówiąc nam to, co powiedziały. Dlatego też zakładamy, iż nie są Czarnymi Ajah.