Выбрать главу

— Lubię Alannę. — Nynaeve pociągnęła warkocz i zadrżała. — Och, dobrze. Być mo... To znaczy, rzeczywiście zachowała się dziwnie.

— Dziękuję — zauważyła Egwene, a Nynaeve przytaknęła, jakby nie dostrzegając sarkazmu w jej głosie.

— W każdym razie, Amyrlin wie o tym, a ona przecież może mieć baczenie na Alannę dużo łatwiej niż my.

— A co z Elaidą i Sheriam? — dopytywała się dalej Egwene.

— Nigdy nie byłam w stanie się zmusić, by polubić Elaidę — zauważyła Elayne — ale nie mogę naprawdę uwierzyć, żeby miała być Czarną Ajah. A Sheriam? To niemożliwe.

Nynaeve parsknęła.

— W odniesieniu do nich wszystkich powinno się to wydawać niemożliwe. Kiedy wreszcie je odnajdziemy, nie jest powiedziane, iż nie będą to kobiety które lubiłyśmy. Nie chciałabym jednak obciążać zarzutem, i to zaraz takiego rodzaju, żadnej kobiety. Potrzebujemy więcej danych, jeżeli chcemy mieć jakieś wyniki, a nie tylko podejrzenia, iż ktoś może wyglądać na kogoś, kim nie jest. — Egwene pokiwała głową niemal równie szybko jak Elayne, toteż Nynaeve ciągnęła dalej: — Opowiemy o tym wszystkim Amyrlin i nie będziemy przykładać do tego więcej wagi niźli trzeba. O ile oczywiście zechce się zobaczyć z nami tak, jak powiedziała. Jeżeli będziesz z nami, kiedy ją spotkamy, Elayne, pamiętaj, że ona nie wie o tobie.

— Nie ma zamiaru o tym zapomnieć — odrzekła żywo Elayne. — Ale powinnyśmy mieć jakiś niezależny sposób przekazywania jej wiadomości. Moja matka zaplanowałaby to lepiej.

— Nie w sytuacji, w której nie mogłaby zaufać nawet posłańcom — odparła zarzut Nynaeve. — Poczekamy. Chyba, że któraś z was uważa, iż powinnyśmy porozmawiać z Verin? Nikt nie będzie uważał tego za szczególnie znaczące.

Elayne zawahała się, potem lekko pokręciła głową. Egwene zachowała się podobnie, tylko jej ruchy były szybsze i bardziej zdecydowane. Roztargniona czy nie, Verin pominęła zbyt wiele rzeczy, by można było jej zaufać.

— Dobrze. — W głosie Nynaeve brzmiała otwarta satysfakcja. — Jestem niemalże zadowolona, że nie możemy rozmawiać z Amyrlin, kiedy tylko przyjdzie nam ochota. W ten sposób będziemy mogły podejmować własne decyzje, działać tak, jak uznamy za stosowne, a ona nie będzie kierować każdym naszym krokiem.

Jej dłoń powędrowała wzdłuż strony wymieniającej skradzione ter’angreale, jakby odczytywała ją ponownie, potem skupiła się na pasiastym, kamiennym pierścieniu.

— A pierwsze postanowienie brzmi, jak następuje. To jest jedyna rzecz, która ma jakiś rzeczywisty związek z Liandrin i jej wspólniczkami. — Zmarszczyła brwi, spoglądając na pierścień, potem wzięła głęboki oddech. — Dzisiejszej nocy będę z nim spała.

Egwene nie zawahała się nawet przez chwilę, wyjmując pierścień z ręki Nynaeve. Sądziła, że nie odbędzie się to tak zdecydowanie, że nawet nie uniesie dłoni, ale wszystko stało się inaczej i nie była z tego powodu niezadowolona.

— Jestem jedyną, o której one sądzą, że może być Śniącą. Nie wiem, czy to daje mi jakąś przewagę, ale Verin mówiła, iż jej stosowanie może okazać się niebezpieczne. Którakolwiek z nas go użyje, potrzebować będzie wszystkich możliwych zdolności.

Nynaeve ścisnęła warkocz i otworzyła usta, jakby chcąc zaprotestować. Kiedy jednak na koniec przemówiła, z jej ust wydobyło się tylko tyle:

— Jesteś pewna, Egwene? Nie wiemy nawet, czy rzeczywiście jesteś Śniącą, a ja potrafię przenosić silniej niż ty. Wciąż sądzę, że ja...

Egwene ucięła jej w pół słowa.

— Możesz przenosić silniej, ale jedynie wtedy, kiedy jesteś wściekła. A jesteś pewna, że we śnie będziesz potrafiła się złościć? Czy wystarczy ci czasu, aby się rozgniewać, zanim zaczniesz przenosić? Światłości, nie wiemy nawet, czy ktokolwiek potrafi przenosić podczas snu. Jeśli już jedna z nas ma to zrobić, a w tej sprawie masz słuszność, jest to rzeczywiście jedyny związek jaki posiadamy, właśnie powinnam być to ja. Być może naprawdę jestem Śniącą. Poza tym, Verin dała go mnie.

Nynaeve wyglądała, jakby miała zamiar się kłócić, ale ostatecznie tylko niechętnie skinęła głową.

— Dobrze więc. Ale Elayne i ja będziemy przy tobie. Nie wiem, na co się możemy przydać, ale jeśli coś pójdzie źle, być może uda nam się obudzić ciebie albo... W każdym razie będziemy tutaj.

Elayne również pokiwała głową.

Teraz, kiedy wszystko zostało już ustalone, Egwene poczuła lekkie uczucie mdłości w żołądku.

„To ja je do tego zmusiłam. Żałuję, że nie chciałam, aby mi to wyperswadowały”.

Nagle zdała sobie sprawę z czyjejś obecności. W drzwiach stała kobieta ubrana w biel nowicjuszki, z włosami zaplecionymi w długie warkocze.

— Czy nikt nie nauczył cię pukać, Else? — zapytała Nynaeve.

Egwene szybko ukryła kamienny pierścień w dłoni. Miała dziwne uczucie, że Else wlepiała w niego swój wzrok.

— Mam dla was wiadomość — oznajmiła tamta spokojnie. Jej oczy badawczo wpatrywały się w stół z rozrzuconymi papierami, potem spoczęły na skupionych wokół niego kobietach. — Od Amyrlin.

Egwene wymieniła z Elayne i Nynaeve zdumione spojrzenia.

— Cóż więc, jak ona brzmi? — zapytała Nynaeve.

Else uniosła brew w rozbawieniu.

— Dobytek pozostały po Liandrin i jej towarzyszkach złożony jest w trzecim magazynie po prawej, licząc od głównych schodów w drugiej suterynie pod biblioteką.

Ponownie spojrzała na papiery rozłożone po stole i wyszła, ani szczególnie śpiesznie, ani nazbyt wolno.

Egwene czuła się, jakby nagle straciła dech w piersiach.

„My obawiamy się uwierzyć komukolwiek, Amyrlin zaś spokojnie, ze wszystkich kobiet, obdarza zaufaniem właśnie Else Grinwell?”

— Ta głupia dziewczyna niegodna jest, by zaufać jej, że nie rozpaple wszystkiego wszystkim dookoła!

Nynaeve ruszyła w kierunku drzwi.

Egwene zebrała swoje suknie i pobiegła za nią. Jej buty stukały po płytach galerii, ale spostrzegła mignięcie bieli znikające w dole najbliższej rampy i rzuciła się w jego kierunku.

„Ona również musi biec, inaczej byłaby bliżej. Dlaczego ucieka?”

Biały błysk znikał już w dole kolejnej rampy. Egwene pospieszyła za nim.

Stojąca u podstawy rampy kobieta uniosła twarz do góry, a Egwene zatrzymała się zaskoczona, kimkolwiek była, na pewno nie była to Else. Cała w srebrach i białych jedwabiach, rozsiewała wokół siebie atmosferę takich uczuć, jakich Egwene nigdy dotąd nie zaznała. Była wyższa, dużo piękniejsza, a w spojrzeniu jej ciemnych oczu Egwene poczuła się mała, chuda i niezbyt czysta.

„Zapewne jest w stanie również przenosić więcej Mocy, niż ja potrafię. Światłości, bez wątpienia jest również sprytniejsza niźli my wszystkie trzy razem wzięte i do tego u szczytu naszych możliwości. To nie w porządku, aby jedna kobieta...”

Nagle zdała sobie sprawę, jakim torem poruszają się jej myśli. Na policzki wypełzł rumieniec, otrząsnęła się. Nigdy przedtem nie czuła się... gorsza niż pozostałe kobiety i teraz też nie miała zamiaru dać się wplątywać w takie uczucia.

— Odważnie — powiedziała kobieta. — Jesteś niezwykle śmiała, biegnąc tak za czymś samotnie, kiedy dookoła zdarza się tyle morderstw.

Powiedziała to w taki sposób, jakby treść wypowiedzianych słów nieomal sprawiała jej przyjemność.

Egwene zatrzymała się gwałtownie, pośpiesznie wygładziła suknię, mając nadzieję, że ta kobieta niczego nie zauważy, a jednocześnie wiedząc, iż jest dokładnie odwrotnie i zapragnęła, by tamta nigdy nie widziała jej biegnącej jak dziecko.

„Dosyć tego!”

— Przepraszam, ale szukam nowicjuszki, która, jak mniemam, musiała przechodzić tędy. Wysoka, o ciemnych oczach i takich że włosach, zaplecionych w warkocze. Jest pulchna i na pewien sposób ładna. Czy nie widziałaś jej?