Выбрать главу

Wieszając suknię w garderobie, Egwene nieustannie powtarzała sobie, że nawet pomyłka Verin mogła być całkowicie zwyczajna i wytłumaczalna. Brązowa siostra bywała aż nazbyt często całkowicie roztargniona.

„To była pomyłka”.

Siedząc na brzegu łóżka, odciągnęła koszulę i zabrała się za zwijanie pończoch. Zaczynała nie znosić bieli w równym niemal stopniu co szarości.

Nynaeve stała przed kominkiem, trzymając sakwę Egwene w jednej dłoni, drugą zaś szarpiąc warkocz. Elayne siedziała przy stole, próbując nerwowo nawiązać jakąś rozmowę.

— Zielone Ajah — powiedziała złotowłosa, jak osądziła Egwene po raz co najmniej dwudziesty od południa. — Sama mogłabym wybrać Zielone Ajah, Egwene. Wówczas mogłabym mieć trzech lub czterech strażników i z jednym z nich ewentualnie wziąć ślub. Któż mógłby być bardziej odpowiedni na Księcia Małżonka Andoru niźli strażnik? Chyba że...

Przerwała i spłonęła rumieńcem.

Egwene poczuła ukłucie zazdrości, o której sądziła, iż pozbyła się jej już dawno temu, oraz pomieszanego z nią współczucia.

„Światłości, jak mogę być zazdrosna, kiedy nie potrafię spojrzeć na Galada bez jednoczesnego drżenia i uczucia, jakbym się roztapiała, a wszystko w tym samym czasie? Rand był mój, ale już nie jest. Żałuję, że nie mogę ci go ofiarować, Elayne, ale on nie jest przeznaczony żadnej z nas, jak sądzę. Mogłoby być słusznym i dobrym dla Córki-Dziedziczki poślubienie zwykłego człowieka, o ile byłby Andoraninem, ale nie wyjście za Smoka Odrodzonego”.

Pozwoliła by pończochy zsunęły się na podłogę, powiadając sobie, że dzisiejszego wieczoru ma ważniejsze rzeczy na głowie niż schludność.

— Jestem gotowa, Nynaeve.

Nynaeve podała jej sakwę i długi, cienki pasek skóry.

— Być może to zadziała na więcej niż jedną osobę naraz. Mogłabym... pójść z tobą, może.

Egwene wyłożyła kamienny pierścień na dłoń, przeciągnęła skórzany rzemyk przez otwór i zawiesiła na szyi. Paski oraz plamki błękitu, brązu i czerwieni zdawały się bardziej żywe na tle jej koszuli.

— I zostawić Elayne, by sama strzegła nas obu? Kiedy Czarne Ajah mogą o nas wiedzieć?

— Poradzę sobie — oznajmiła dzielnie Elayne. — Albo pozwól mi iść z tobą, a Nynaeve niech nas strzeże. Jest z rias najsilniejsza, kiedy się wścieknie, a jeżeli będziemy potrzebowały obrony, to możesz być pewna, że spokojna nie będzie.

Egwene potrząsnęła głową.

— A co, jeśli nie podziała na dwie osoby? Co, jeśli spróbujemy we dwie, a nic się nie stanie? Nie będziemy sobie nawet zdawały z tego sprawy, zanim się nie obudzimy, a wówczas zmarnujemy noc. Nie możemy sobie pozwolić na to, jeśli chcemy je dogonić. Już jesteśmy zbyt daleko z tyłu. — Były to mocne argumenty i ona sama w nie wierzyła, ale był jeszcze jeden, bliższy sercu. — Poza tym, będę się czuła lepiej wiedząc, że strzeżecie mnie obydwie, na wypadek...

Nie chciała tego powiedzieć. Na wypadek gdyby ktoś przyszedł, kiedy ona będzie spała. Szarzy Ludzie. Czarne Ajah. Każda z tych istot, które zmieniły Białą Wieżę z oazy bezpieczeństwa w ciemny las pełen dołów i węży. Coś mogłoby przyjść, kiedy ona będzie leżała tutaj bezbronna. Na ich twarzach zobaczyła zrozumienie.

Kiedy wyciągnęła się na łóżku i podłożyła pod głowę wypychaną pierzem poduszkę, Elayne przysunęła fotele, po jednym z każdej strony łóżka. Nynaeve po kolei zdmuchnęła świece, jedną po drugiej, potem w ciemnościach usadowiła się w jednym z foteli. Elayne zajęła drugi.

Egwene zamknęła oczy i spróbowała myśleć o takich rzeczach, jakie zwykle towarzyszą zasypianiu, ale zbyt ciążyła jej świadomość istnienia tej rzeczy, która spoczywała między jej piersiami. Znacznie mocniej obciążała jej głowę, niźli uraza, jaką pozostawiła wizyta w gabinecie Sheriam. Pierścień zdawał się ważyć tyle co cegła, a myśli o domu i cichych stawach pierzchały przed myślą o nim. O Tel’aran’rhiod. O Niewidzialnym Świecie. O Świecie Snów. Czekającym tuż po drugiej stronie snu.

Nynaeve zaczęła cicho mruczeć. Egwene rozpoznała bezimienną, pozbawioną słów piosenkę, którą śpiewała jej matka, by uśpić ją, kiedy była jeszcze malutka. Gdy leżała w łóżku, w swym własnym pokoju, na puchowej poduszce, pod ciepłymi kocami i czuła od swej mamy pomieszane zapachy różanego olejku i ciasta, i...

„Rand, czy z tobą wszystko dobrze? Perrin? Kim ona była?”

Sen nadszedł.

Stała pośród łagodnych wzgórz, wyściełanych dziko rosnącymi roślinami, spośród których wyłaniały się gdzieniegdzie małe zagajniki liściastych drzew, wyrastających z zagłębień oraz szczelin. Motyle przelatywały nad kwieciem, ich skrzydła błyskały żółcią, błękitem i zielenią, a dwa skowronki śpiewały sobie w pobliżu pieśń. Po nasyconym łagodnym błękitem niebie płynęły kłębiaste obłoki, a delikatna bryza utrzymywała tę delikatną równowagę pomiędzy zimnem i ciepłem, która przydarza się jedynie podczas kilku szczególnych dni wiosny. Dzień zbyt doskonały, aby być czymkolwiek innym niż tylko snem.

Spojrzała na swoją suknię i roześmiała z ukontentowania. Dokładnie jej ulubiony odcień jedwabiu błękitnego jak niebo, złamany bielą bluzki — który natychmiast zmienił się w zieleń, gdy tylko zmarszczyła brwi — z naszytymi rzędami drobniutkich pereł wzdłuż rękawów i na gorsie. Podniosła nogę tylko po to, by zobaczyć pantofel z aksamitu. Jedyną fałszywą nutę stanowił skręcony pierścień z różnokolorowego kamienia wiszący na jej szyi, na skórzanym rzemyku.

Wzięła pierścień w palce i aż wstrzymała oddech. Wydawał się lekki jak piórko. Pewna była, że jeśli podrzuci go do góry, popłynie w powietrzu niczym puch. W jakiś sposób, już dłużej się go nie bała. Wsunęła go pod suknię, aby nie psuł estetyki całości.

— Tak więc to jest Tel’aran’rhiod, Verin Sedai — powiedziała. — Corianin Nedeal Świat Snów. Mnie wcale nie wydaje się niebezpieczny.

Ale Verin powiedziała, że taki jest. Egwene nie rozumiała, w jaki sposób Aes Sedai mogłaby powiedzieć kłamstwo w żywe oczy.

„Mogła się mylić”.

Ale nie wierzyła, by przytrafiło się to Verin.

Tylko po to, by sprawdzić, czy potrafi, otworzyła się na Jedyną Moc. Saidar wypełnił ją. Był obecny nawet tutaj. Przeniosła lekki strumień, delikatnie, skierowała go w wiatr, skręcając motyle w migoczące spirale kolorów, w koła splecione ze sobą.

Nagle pozwoliła mu odejść. Motyle powróciły do samodzielnego lotu, nie troszcząc się o krótką przygodę, jaka je spotkała. Myrddraale i niektóre inne istoty Pomiotu Cienia potrafią wyczuć, gdy ktoś przenosi. Rozejrzawszy się dookoła, nie była w stanie wprawdzie dojrzeć żadnej takiej istoty w pobliżu, ale tylko dlatego, że nie potrafiła ich sobie wyobrazić, co nie oznaczało, że ich tu nie ma. A Czarne Ajah miały wszystkie te ter’angreale badane przez Corianin Nedeal. To było nieprzyjemne wspomnienie o celu, w jakim się tutaj znalazła.