Nynaeve spróbowała przełknąć grudę, jaka stanęła jej w gardle. Słowa Amyrlin spowodowały, że pomyślała o tchórzach znęcających się nad mniejszymi dziećmi. Byli oni zawsze tak pogardliwie nastawieni względem mniejszych, tak pewni, że tamci, nazbyt głupi, nie zdają sobie sprawy z tego, co się dzieje, że wkładali niewiele wysiłku, by ukryć swoje sidła. To, że Czarne Ajah były tak pogardliwe względem niej spowodowało, iż krew zawrzała jej w żyłach. To, że mogły zastawić te sidła, spowodowało, że w żołądku poczuła kulę lodu.
„Światłości, jeśli Else odesłano... Światłości, każdy z kim rozmawiam może się okazać Laindrin, albo którąś z pozostałych. Światłości!”
Rożen zatrzymał się. Pośpiesznie na nowo wprawiła go w ruch. Wydawało się jednak, że nikt nic nie dostrzegł. Obecni w kuchni dawali z siebie wszystko, starając się nie patrzeć na Amyrlin.
— A co masz na myśli, mówiąc o tej... nazbyt oczywistej pułapce? — zapytała cicho Amyrlin, wciąż rozglądając się po kuchni i nie patrząc na Nynaeve. — W tę również zamierzasz wpaść?
Twarz Nynaeve poczerwieniała.
— Wiem, że jest to pułapka, Matko. Najlepszym sposobem złapania tego, który zastawił pułapkę, jest wpaść w nią i poczekać aż on, albo ona, się pojawi.
Brzmiało to dużo słabiej, niż wówczas, kiedy przedstawiała cały pomysł Egwene oraz Elayne, przynajmniej po tym, co usłyszała przed chwilą od Amyrlin, ale dalej miała zamiar tak zrobić.
— Może tak, dziecko. Być może, to jest sposób na to, by je znaleźć. Jeśli nie okaże się, że przyjdą i znajdą ciebie ciasno zaplątaną w sieć. — Westchnęła ze z niecierpliwieniem. — W pokoju zostawię ci złoto na podróż. I rozpuszczę plotki, że wysłałam cię na wieś do hodowli kapusty. Czy Elayne jedzie z wami?
Nynaeve zapomniała się na tyle, żeby spojrzeć na Amyrlin; potem jednak pośpiesznie przeniosła wzrok z powrotem na swoje dłonie. Jej kłykcie pobielały od uścisku rączki rożna.
— Próbujesz starych... Skąd te pretensje, jeśli wiesz? Twoje chytre intrygi zadręczają nas niemalże w tym samym stopniu, co Czarne Ajah. Dlaczego?
Twarz Amyrlin ściągnęła się w takim stopniu, iż zmusiło to ją do dodania tonem pełnym szacunku:
— Jeśli mogę spytać, Matko.
Amyrlin parsknęła.
— Skłonienie Morgase, by na powrót wybrała właściwą drogę, niezależnie od tego, czy sama tego chce, czy nie, już będzie wystarczająco trudne, a co dopiero, gdy osądzi, że wysłałam jej córkę na morze w przeciekającej łódce. Tym razem będę jednak mogła powiedzieć, że nie mam z tym nic wspólnego. Dla Elayne zapewne okaże się ostatecznie niełatwym zadaniem, stanąć przed obliczem swojej matki, ale ja będę miała trzy ogary zamiast dwóch. Powiem ci, że najbardziej odpowiadałoby mi ze sto. — Poprawiła stułę na ramionach. — Trwa to już nazbyt długo. Jeżeli zostanę tak blisko ciebie, może to zostać zauważone. Czy masz coś jeszcze mi do powiedzenia? Albo jakieś pytania? Pośpiesz się, Córko.
— Czym jest Callandor, Matko? — zapytała Nynaeve.
Tym razem to Amyrlin zapomniała się i na poły odwróciła w stronę Nynaeve, nim szarpnęła się z powrotem.
— Nie można im na to pozwolić. — Jej szept był ledwie słyszalny, jakby przeznaczony tylko dla jej własnych uszu. — Najprawdopodobniej nie uda im się dostać do niego, ale...
Wzięła głęboki oddech, a jej ciche słowa były wystarczająco wyraźne, by słyszała je Nynaeve, lecz nikt, kto stałby choć dwa kroki dalej.
— Nie więcej niż kilkanaście kobiet w Wieży wie, czym jest Callandor, a przypuszczalnie poza nią tyleż samo. Wysocy Lordowie Łzy oczywiście wiedzą, ale nigdy o tym nie mówią, prócz sytuacji, gdy Lord Prowincji ma być wyniesiony. Miecz Którego Nie Można Dotknąć jest sa’angrealem, dziewczyno. Wykonano w dziejach świata jedynie dwa bardziej potężne, jednak, dzięki Światłości, żaden z nich nigdy nie został użyty. Trzymając Callandor w dłoni, dziecko, możesz jednym uderzeniem zrównać miasto z powierzchnią ziemi. Jeżeli zginiesz, starając się nie dopuścić, by wpadł w ręce Czarnych Ajah, jeśli zginiecie ty, Egwene i Elayne, cała trójka, będzie to czyn wykonany w imię całego świata, a cena i tak będzie niewielka.
— W jaki sposób mogą go zdobyć? — dopytywała się dalej Nynaeve. — Sądziłam, że jedynie Smok Odrodzony może dotknąć Callandora.
Amyrlin rzuciła jej z ukosa spojrzenie tak ostre, że mogłoby pokroić obracającą się na rożnie pieczeń.
— Może chodzi im o coś jeszcze — powiedziała po chwili. — Ukradły tutaj ter’angreale. W Kamieniu Łzy jest niemal równie wiele ter’angreali co w Wieży.
— Zawsze myślałam, że Wysocy Lordowie nienawidzą wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z Jedyną Mocą wyszeptała z niedowierzaniem Nynaeve.
— Och, rzeczywiście tak jest, dziecko. Nienawidzą ich i boją się. Kiedy odkrywają taireńską dziewczynę, która potrafi przenosić, zanim dzień upłynie pakują ją na statek płynący do Tar Valon, ledwie zostawiając jej dość czasu na pożegnanie się z rodziną. — Mamrotanie Amyrlin zaciągnęło się goryczą wspomnień. — A jednak, w swoim drogocennym Kamieniu, posiadają jedno z najpotężniejszych ognisk mocy, jakie świat kiedykolwiek widział. Wierzę, że dlatego właśnie zebrali tyle ter’angreali, i w rzeczy samej, nie chcieli mieć nic do czynienia z Mocą, przez te wszystkie lata, jakby w ten sposób chcieli pomniejszyć fakt istnienia rzeczy, której sami nie potrafili się pozbyć, rzeczy, która przypominała im o przeznaczeniu za każdym razem, kiedy wchodzili do Serca Kamienia. Ich forteca, na której rozbiły się setki armii, upadnie jako jeden ze znaków wieszczących, że Odrodził się Smok. Nie będzie to nawet jedyny znak, po prostu jeden z wielu. Jak to musi ranić ich dumne serca. Ich upadek nie będzie nawet jedynym wielkim znakiem przemiany świata. Nie mogą nawet zlekceważyć go, trzymając się daleko od Serca. Bowiem tam Lordów Prowincji wynosi się do godności Wysokich Lordów, i tam muszą odprawiać cztery razy do roku coś, co nazywają Rytuałem Straży, podczas którego potwierdzają, iż bronią całego świata przed Smokiem Odrodzonym, strzegąc Callandora. To musi gryźć ich dusze, jakby żołądki mieli pełen srebraw, ale to jest dokładnie to, na co zasłużyli.
Potrząsnęła głową, jakby zdając sobie sprawę, że powiedziała więcej, niż zamierzała.
— Czy to już wszystko, dziecko?
— Tak, Matko — odparła Nynaeve.
„Światłości, wszystko zawsze sprowadza się do Randa, czyż nie? Zawsze wiąże się ze Smokiem Odrodzonym”.
Myślenie o nim w ten sposób wciąż wymagało od niej pewnego wysiłku.
— To wszystko.
Amyrlin ponownie poprawiła stułę i spod zmarszczonych brwi spojrzała na oszalały popłoch w kuchni.
— Musiałam zrobić to właśnie w taki sposób. Po to, by móc porozumieć się z tobą bezzwłocznie. Ale Laras jest dobrą kobietą i znakomicie dba o kuchnie oraz spiżarnie.
Nynaeve parsknęła i zwracając się do swoich dłoni zaciśniętych na rączce rożna, wymruczała:
— Laras jest beczką skwaśniałego tłuszczu, która nazbyt skwapliwie posługuje się tą swoją łyżką.