Выбрать главу

Przez jakiś czas Martin słuchał Anny, oglądając wystające z ziemi ściany. To prawda, ich wiek robił wrażenie… ale, niestety, tylko wiek. Martina znacznie bardziej interesowało, co skłoniło tych poważnych, sympatycznych ludzi do kłamstwa na temat Iriny.

– No i jak, przekonałam pan? Zostanie pan na tydzień? – spytała Anna.

Martin uśmiechnął się przepraszająco i pokręcił głową.

– W takim razie zapraszam na kolację, potem Gabriel odwiezie pana do miasta – zaproponowała kobieta. – Przecież nie będzie pan sam wędrował przez step? Jim przenocuje u nas, ma tu wielu przyjaciół.

– Oczywiście – odpowiedział Martin, udając, że bardzo interesują go aborygeni, składający łopaty na stertę.

– Przy okazji… – Anna zaczęła szukać czegoś w licznych kieszeniach luźnej wiatrówki. – Jak spotka pan Irinę, proszę jej to przekazać…

Martin drgnął, gdy na jego dłoni spoczął żeton podróżnika.

– Zdejmowanie żetonu to zły znak – powiedziała bardzo poważnie Anna. – W tamtym namiocie mamy prysznic, Ira zostawiła tam żeton. Proszę jej powiedzieć, żeby go nigdy nie zdejmowała…

Bez żadnego skrępowania Martin podsunął żeton do zegarka i włączył tryb skanowania.

Numer identyfikacyjny. Wiek. Imię i nazwisko. Numer ostatnich Wrót.

Z wyjątkiem ostatniego punktu, wszystko identyczne z żetonem, który został na Ziemi, w mieszkaniu Martina.

Landrover mknął po stepie jak po autostradzie, tylko raz szarpnął. „Koło wpadło w norę” – wyjaśnił Gabriel. Martin nie zauważył tu żadnych zwierząt, ale istniało spore prawdopodobieństwo, że w tym rozwiniętym ekosystemie występują jakieś miejscowe odpowiedniki susłów.

– Sympatyczna dziewczyna – mówił Gabriel. – Tylko strasznie niecierpliwa. Przyszła do nas z ciekawym pomysłem… interesuje to pana?

– Oczywiście – odparł Martin, obracając w rękach żeton Iriny.

– No więc, Ira uważa, że między położeniem Stacji i starożytnymi miastami jest pewna zależność. Myśl nie jest nowa, już Becker szukał takich reguł, tylko brakowało mu danych. Irina miała ciekawy pomysł – odległość od ruin do Stacji powinna zależeć od średnicy planety. Policzyliśmy – zależność jest, ale bynajmniej nie jednoznaczna. Należałoby poważnie nad tym popracować. Być może wprowadzić jeszcze jeden czynnik – powierzchnię kontynentu, na którym położona jest Stacja. Być może uwzględnić liczbę Stacji na planecie, ich wzajemne relacje… Wystarczyłoby poszukać ruin na innych planetach, choćby na Ziemi, i gdyby udało się odnaleźć kilka nowych miast… Krótko mówiąc, sam pan rozumie. Temat bardzo interesujący, wspaniale sobie z Ireczką podyskutowaliśmy, nawet jej się u nas spodobało…

Gabriel wzruszył ramionami.

– A potem zabrała się i poszła? – rzucił Martin.

– Tak. Powiedziała, że nie zamierza spędzić młodości na liczeniu i kopaniu. Że cieszy się, że podsunęła nam nowy pomysł… Ale moim zdaniem po prostu zdenerwowała ją pomyłka z ołtarzem czy, jak sądziła, radiolatarnią.

– Radiolatarnią?

– Hmm… – Gabriel wzruszył ramionami. – W centralnej części każdej odnalezionej świątyni archeolodzy znajdują puste miejsce. Panuje pogląd, że tam mieścił się ołtarz, zbudowany z drewna albo jakiegoś innego, nietrwałego materiału. No więc Irina wysnuła hipotezę, że w rzeczywistości tam znajdował się jakiś agregat, swego rodzaju gwiezdna radiolatarnią, na którą orientowali się klucznicy i lądowali na planecie.

– Ale przecież nie znaleziono żadnych artefaktów?

– Tutaj Irina miała dwie hipotezy – odparł Gabriel. – Pierwsza: po spełnieniu swojej roli latarnia ulegała autodestrukcji; druga: radiolatarnia została potajemnie usunięta przez kluczników. Ponieważ jakiś związek pomiędzy położeniem ruin i Stacją faktycznie istnieje, wersja jest prawdopodobna mimo całej swojej fantastyczności. Ale Irina była pewna, że promieniowanie latarni pozostawi jakieś ślady, radiację, spowoduje zmiany w strukturze gruntu, albo coś w tym rodzaju. Sprawdziliśmy te ruiny i nie znaleźliśmy żadnych śladów.

– To jeszcze nie znaczy, że Ira nie ma racji – zauważył Martin. – Latarnia mogła zostać zbudowana z zastosowaniem nieznanej technologii.

– Oczywiście – przyznał Gabriel. – Ale dziewczyna bardzo się zdenerwowała. Powiedziała, że potrzebne są niepodważalne dowody, a skoro nie możemy ich dostarczyć, wykopaliska nie mają sensu…

– Jakie dowody? Komu potrzebne?

Gabriel wzruszył ramionami.

– Proszę zapytać Irę. Ona przez cały czas nie mówi wszystkiego, rozumie pan?

Dżip zjechał do rzeki wyjeżdżoną drogą.

Gabriel wjechał na parking otoczony drutem kolczastym i stanął obok ogromnej ciężarówki. Ochroniarz w budce popatrywał na nich ze znudzeniem.

– Wracam jutro rano – oznajmił Gabriel. – Jeśli mimo wszystko zdecyduje się pan do nas przyłączyć… – powiedział i uśmiechnął się sympatycznie jak człowiek, który żyje swoją pasją, ale nie wymaga, żeby otoczenie ją podzielało.

To, co robił teraz Martin, było głupotą – szukał zmarłego wśród żywych.

Ale w jego kieszeni leżał żeton Iriny Połuszkinej, a ludzie, raczej godni zaufania, twierdzili, że dziewczyna żyje. Ponadto w praktyce Martina zdarzały się najróżniejsze rzeczy. Byli ludzie, którzy inscenizowali własną śmierć. Bywało też na odwrót – człowiek od dawna nie żył, ale rodzina nie chciała w to wierzyć i żądała kontynuacji poszukiwań, wynajdując idiotyczne, acz przekonujące dowody. I Martin szedł teraz ulicami New Hope, zaglądając do barów i restauracyjek. Trafił nawet na budkę telefoniczną i, zachwycony postępem, zadzwonił do „Dyliżansu” i „Mustanga”. Irina się tam nie zjawiła.

O zachodzie słońca, gdy przy głównej ulicy zapaliły się urokliwe, „staroświeckie” latarnie, Martin dotarł do „Przedostatniego miejsca spoczynku”. W gardle mu zaschło, miał ogromną ochotę na piwo, niechby nawet miejscowe, na soczysty kawałek mięsa, przypieczonego na ruszcie. Chciał siąść na twardym krześle i wyciągnąć zmęczone nogi.

Martin pchnął drzwi i wszedł do saloonu.

Barman ukraińskiego pochodzenia nadal tkwił za ladą, ale już się nie nudził – nalewał piwo, pokrzykiwał na kelnerkę, kursującą między kuchnią i salą, i zajmował się całą prozą barmańskiego życia. Gości było sporo – ludzie, kilku Obcych i nawet dwóch Indian. Martin poszukał wzrokiem wolnego miejsca i znalazł je obok małego, łysego kowboja, który nie chciał zdradzić swojego imienia.

A po drugiej stronie smutnego kowboja siedziała Irina Połuszkina we własnej osobie. W szarych dżinsach i szarym podkoszulku, opiętym na piersiach, ze związanymi w koński ogon włosami i w jakiejś zabawnej, chłopięcej czapce z daszkiem.

Cała i zdrowa, i nawet z kuflem piwa w ręku.

4

O dziwo, pierwszym uczuciem Martina była ulga. Dziewczyna żyła, więc jego zadanie nie skończyło się klęską. W rozmowie z jej rodzicami nie będzie musiał odwracać wzroku, opowiadać o idiotycznym zbiegu okoliczności i swojej bezsilności.

Potem Martin poczuł rozdrażnienie. Wyglądało na to, że Irina Połuszkina prowadziła jakąś chytrą grę, i jego zadanie wyszło poza ramy „znaleźć i sprowadzić do domu”.

– Dobry wieczór, Irino – rzekł Martin, siadając przy stoliku. Dziewczyna popatrzyła na niego z zainteresowaniem, ale bez szczególnego podniecenia.

– Cześć. Znamy się?

– Owszem, poznaliśmy się kilka dni temu – oznajmił Martin, przyglądając się Irinie. Dziewczyna zmarszczyła czoło i podniosła oczy ku sufitowi, usilnie próbując sobie przypomnieć, skąd może znać tego człowieka.

– No widzi pan, wszystko z nią w porządku – powiedział z nieukrywanym zadowoleniem łysy kowboj. – Cała i zdrowa.