Выбрать главу

Irina milczała przez jakiś czas, a w końcu spytała:

– Myślisz, że ten dokument trafił do mnie przypadkiem?

– Ty powinnaś wiedzieć to najlepiej – odrzekł Martin.

– Wydruk leżał u ojca w gabinecie – ciągnęła Irina. – Może… nie… nie sądzę…

Ale w jej głosie zabrzmiało powątpiewanie.

– Wiesz, co ja myślę? – powiedział ostrożnie Martin. – Wielu ludzi, zajmujących się tymi kwestiami, nie zgadza się z oficjalną polityką… nazwijmy ją polityką nieingerencji.

– Strusią polityką – skomentowała ponuro Irina.

– Najwidoczniej twój ojciec i mój kurator z bezpieki również do nich należą – ciągnął Martin. – I może jeszcze ktoś… nieważne. Nie sądzę, by postawili sobie za cel skłonienie cię do rozwiązania zagadek Wszechświata. I wcale nie dlatego, że nie jesteś w stanie ich rozwiązać – dodał szybko Martin. – Ale to niebezpieczne zadanie i nie wyobrażam sobie, żeby twój ojciec zgodził się na coś takiego. Opinie twojego ojca miały raczej sprowokować kogoś z wywiadu wewnętrznego… Ale gdy przeczytałaś te dokumenty i przeszłaś przez Wrota, postanowiono to wykorzystać. Wynajęli mnie.

– Taki jesteś znany? – spytała ironicznie dziewczyna.

Martin zawahał się:

– Cieszę się opinią dobrego specjalisty… Do licha! Nie wiem. Nie jestem aż taki dobry, żeby stawiała na mnie bezpieka!

– A jeśli prócz ciebie wyruszyli również inni detektywi i wywiadowcy?

– Trafiłbym przynajmniej na jednego – pokręcił głową Martin. – A przecież nie zwerbowali geddara! Nie wiem, Irinko. Coś mi tu nie pasuje.

– Lubię, gdy tak do mnie mówisz – przełączyła się błyskawicznie Irina.

– I jeszcze jedno – dorzucił szybko Martin. – W ostatniej rozmowie ze mną Jurij Siergiejewicz wspomniał, że najstarsza Stacja kluczników została zbudowana osiemdziesiąt sześć lat temu. Nie nazwał planety, ale… Myślisz, że to zbieg okoliczności? A może próbował mnie nakierować? Poza tym wydawało mi się, że wzywając mnie, żebym się nie wtrącał i nie szukał cię, w rzeczywistości właśnie do tego mnie nakłaniał… Iro, na podstawie jakiego kryterium wybrałaś te siedem planet?

– Na liście była ogólna ocena sytuacji – powiedziała Irina. – A siedem planet omówiono bardzo szczegółowo…

– Siedem?

– Siedem. I wszystkie argumenty były jakieś takie… bezradne. Głupie. Na przykład, kamienie na Bibliotece miały być dziełami sztuki, czymś w rodzaju kamiennego ogrodu, a przecież ta teoria została obalona dawno temu… i tak o wszystkich planetach. O arankach ojciec napisał, że spór na temat tego, czy posiadają duszę, jest bezsensowny, ponieważ nawet u nas obecność duszy staje się przywilejem dewotów.

– No i? – nie zrozumiał Martin.

– On jest wierzący, często chodzi do cerkwi – wyjaśniła Irina. – Nie mógł czegoś takiego napisać na poważnie! A o Prerii 2 napisał…

Martin już nie słuchał. Odchylił się do tyłu – z podłogi wyłoniło się wygodne oparcie – i zamyślił.

Po pierwsze – wysłanie na poszukiwanie Iriny właśnie jego nie było dziełem przypadku. Nie jest najbardziej utalentowanym prywatnym detektywem, ani największym szczęściarzem, ale z jakiegoś powodu wybrano właśnie jego…

Po drugie – Ernesto Połuszkin i Jurij Siergiejewicz doskonale zdawali sobie sprawę, gdzie przebywa Irina. Początkowo faktycznie mogli się zastanawiać, ale gdy już wiedzieli, że dziewczyna skopiowała sama siebie w siedmiu egzemplarzach, powinni wszystko zrozumieć. Więc dlaczego kochający ojciec Ernesto Połuszkin i tak troszczący się o losy mocarstwa Jurij Siergiejewicz nie wyruszyli pod wskazane adresy? Dlaczego nie wynajęto nowych detektywów, nie wciągnięto do akcji etatowych agentów bezpieki? No i wreszcie, czemu samemu Martinowi nie podano dokładnych informacji?

Wniosek narzucał się sam. Martin musiał szukać Iriny samodzielnie, na podstawie szczątkowych informacji, domysłów oraz intuicji. Z jakiegoś powodu miało to dla spiskowców kluczowe znaczenie.

– Wasza mać! – zaklął Martin. – Szpiegowskie intrygi!

Gdyby doszedł do tego wniosku dobę temu, zrezygnowałby z gry na cudzych zasadach i naprawdę przestałby szukać Iriny. Czy to nie świństwo wykorzystywać człowieka jak marionetkę? Fakt, że dla służb specjalnych takie świństwa są chlebem powszednim, bynajmniej nie łagodził gniewu Martina.

A teraz było już za późno. Teraz przejął się ideami bezzaryjczyków i poczuł się odpowiedzialny za losy cywilizacji. Teraz przespał się z Iriną i czuł się zobowiązany do opieki nad nią.

Po prostu dał się złapać.

Musiał jeszcze zrozumieć, dlaczego do roli marionetki wybrano właśnie jego.

To prawda, że Martin miał już wyrobioną reputację, dźwięczne przezwisko Piechur, wysoki procent zakończonych pomyślnie spraw. Ale to wszystko było jedynie efektem umiejętności wciskania klucznikom kitu i skakania z planety na planetę. W walce wręcz, w strzelaniu, nawet w umiejętności obserwacji i zdolności dedukcji, w tym wszystkim, co było niezbędne prywatnemu detektywowi, Martin był najwyżej mocnym średniakiem. Gdyby spotkał kiedyś na swojej drodze prawdziwego zawodowca, najprawdopodobniej leżałby w gościnnej glebie obcej planety, trując swą obcą organiką naiwne robaczki. Owszem, we wczesnym dzieciństwie, podobnie jak wszyscy chłopcy, którzy naczytali się o przygodach Erasta Fandorina, Martin odbarwił sobie wodą utlenioną włosy na skroniach, chodził wszędzie z lupą i rozwiązywał straszliwe tajemnice zniknięcia dziennika klasowego z zamkniętego pokoju nauczycielskiego (za co dostał wciry od ósmoklasistów). W wieku dojrzałym zabawy w detektywów i złodziei nie są już tak pociągające, szczególnie, jeśli zarabia się w ten sposób na życie.

To by znaczyło, że bezpieka zainteresowała się jego umiejętnością kontaktowania się z klucznikami… Ale w dalszym ciągu wyglądało na to, że ta historia ma jakieś drugie, nie znane Martinowi dno.

– Niedługo koniec świata, a oni trzymają nas w absolutnej ciemnocie! – wykrzyknął niespodziewanie.

O dziwo, Irina zrozumiała bieg jego myśli.

– Może przy świetle byśmy się przerazili? – powiedziała. – Poza tym, jeśli ma nastąpić koniec świata, powinien nastąpić również koniec ciemności.

Te słowa, nieco naiwne i trochę pompatyczne, odniosły właściwy skutek. Martin popatrzył na Irinę, uśmiechnął się i mocniej ujął jej dłoń.

– Jednego nie mogę zrozumieć… – westchnął. – Dlaczego twój ojciec cię puścił? Nie wierzę, że gotów jest poświęcić córkę w imię uratowania świata. Ludzie to nie arankowie!

– Arankowie są dziwni – przytaknęła Irina. – Ale oni też kochają swoje dzieci.

– W bardzo specyficzny sposób – dodał sceptycznie Martin, przypominając sobie Lergassi-kana, który gotów był zezwolić swojemu synowi na włóczęgę po innych planetach, w dodatku z Obcym. – Tkwi w nich taki ładunek fatalizmu, że zaczynam się zastanawiać, czy rzeczywiście nie mają jakichś problemów z duszą… Irino, na jakich planetach są twoje pozostałe kopie?

– Boisz się, że nagle zginę? – spytała dziewczyna.

– Boję się – przyznał Martin. – Poza tym chciałbym zrozumieć logikę wyboru tych siedmiu planet.

– Talizman i Sheali.

Martin zamyślił się. Talizman rzeczywiście był interesującą planetą. Wprawdzie Martin jeszcze nigdy tam nie dotarł, ale o jego zagadkach rozpisywał się każdy brukowiec. Ale Sheali?… Ojczyzna rozumnych ptaków-nielotów?…

– Dlaczego Sheali? – zapytał.

– Tam był długi artykuł o wielu dziwnych zachowaniach sheali – Irina zmarszczyła czoło. – Wiesz, wszystkie te trudności w nawiązaniu kontaktu, nieadekwatność zachowania… A na samym dole ojciec dopisał grubymi literami „ROZUM???” z trzema znakami zapytania.