Выбрать главу

Klucznik, do tej pory uważnie słuchający Martina, teraz poruszył się niespokojnie:

– Już zrozumiałem. Nie musisz kontynuować.

– Wobec tego nie będę wspominał o Sheali i Talizmanie – rzucił mściwie Martin. – Bezzaryjczycy okazali się zdolnymi dziećmi i godnymi następcami. Stworzyli nową cywilizację… niepozorną, nie zwracającą uwagi, ale zdolną rzucić wyzwanie najsilniejszym rasom galaktyki. Mają poczucie humoru, czyli to, co różni instynkt od rozumu. Wiele umieli, dużo się nauczyli… Nie potrafili tylko jednego – dorosnąć. Pozostali porzuconymi dziećmi, ogarniętymi pragnieniem pomszczenia rodziców. Czasem impulsywnymi, czasem wojowniczymi, a zawsze zarozumiałymi i odrzucającymi myśl o własnej śmiertelności. Gotowi mścić się za tysiącletnie urazy i krzywdy, nie rozumieli, że zemsta prowadzi jedynie do zemsty. Nie sądzę, żeby to była biologiczna cecha ich rasy. Prędzej stereotyp społeczny. Ci, którzy stworzyli bezzaryjczyków, nie zdołali ich wychować.

– Czy ktoś wychowywał ludzi i geddarów? – zapytał klucznik.

– My mieliśmy więcej czasu – odrzekł Martin. – Przeszliśmy swoją drogę. Dorośliśmy… tak, jak zdołaliśmy, ale mimo wszystko dorośliśmy. A bezzaryjczycy jeszcze nie. I nie wiem, czy teraz mają jeszcze szansę dorosnąć.

– Boisz się o bezzaryjczyków?

– Boję – wyznał Martin.

– Co za różnica, czy cywilizacja rozumnych ameb umrze, czy nie? Co dla ciebie znaczy ich śmierć, człowieku?

– Zasmakował mi koniak ich produkcji – uśmiechnął się Martin.

Klucznik zamilkł i pokręcił głową.

– Smutno tu i samotnie, wędrowcze…

– Jeszcze nie skończyłem – przerwał mu szybko Martin. – Bezzaryjczycy to utalentowane dzieci, ze wszystkimi nastoletnimi kompleksami. Ale nie sądzę, żebyśmy my, ludzie i geddarowie, dio-dao i arankowie, mieli powód do dumy. Według miar galaktyki – ciągle siedzimy w kojcu. I nawet, jeśli nauczymy się raczkować i potrząsać grzechotkami, nadal będziemy na początku drogi.

– Nie jesteście już w kojcu – pokręcił głową klucznik. – Już zrobiliście pierwsze kroki.

– Cóż, być może weszliśmy na pierwszy stopień schodów, prowadzących na pierwsze piętro – poprawił się Martin. – Ale czy nauczymy się chodzić, jeśli będziemy noszeni na rękach? Czy cofniemy rękę przed ogniem, jeśli zostaną schowane zapałki? Czy zrozumiemy, co to takiego prąd, jeśli ktoś pozakleja kontakty, czy nauczymy się gryźć, jeśli będziemy karmieni papką?

Klucznik zaśmiał się cicho:

– Czy dziecko nauczy się utrzymywać równowagę, jeśli najpierw podaruje mu się trzykołowy rowerek? A jeśli pragnie latać – czy powinniśmy wpuścić go na dach? Uspokój się, Martinie. To jako przykład dwuznaczności dowolnej analogii. Wy nie jesteście dziećmi, my nie jesteśmy opiekunami. Nikt nie ma zamiaru was niańczyć. Nikt nie odbiera wam zabawek. Nikt nie będzie przeżuwał waszej kaszy za was. Walcie się po głowie grzechotkami jądrowymi, kopcie w piaskownicy w poszukiwaniu skarbów, modyfikujcie swój genom. Czy czegokolwiek wam zabranialiśmy? Czy sprzeciwialiśmy się rozkręcaniu podarowanych wam zabawek albo przerabianiu łopatek na włócznie?

– Ale… – zaczął Martin.

– To prawda, dzieci często gniewają się na rodziców za nadmierną troskę – ciągnął klucznik. – Ale z drugiej strony, często widzą nadzór tam, gdzie go nigdy nie było.

Martin patrzył na klucznika, daremnie próbując pochwycić choćby cień mimiki… uśmiech… kpinę albo pogardę… Nic. Nieruchoma maska pod gęstym, czarnym futrem.

– No cóż… – rzekł Martin. – W takim razie nadal będziemy bawić się zapałkami. Dopóki nie przyjdą ci, którzy zabiorą niebezpieczne zabawki wszystkim jednocześnie.

– Jesteś pewien, że zabawa zapałkami zawsze kończy się pożarem? – spytał klucznik.

– Jestem pewien tego, że igranie z ogniem kończy się potopem – odparł Martin. – Nie przekonam cię… więc proszę tylko o to, żeby nie karać dzieci, które dzwoniły do straży pożarnej.

– One nie dzwoniły, Martinie – zaprotestował klucznik. – One postanowiły spalić wszystkie zapałki za jednym zamachem… Nie rozumiejąc, że pożar sprasowany do jednej chwili to wybuch.

Klucznik zamilkł. Teraz, z głową podpartą rękami, wyglądał jak człowiek pogrążony w swoich myślach. Martin nie mógł oprzeć się wrażeniu, że klucznik z kimś rozmawia. Omawia jego słowa… podejmuje decyzję…

Wreszcie klucznik podniósł głowę.

– Rozwiałeś mój smutek i samotność, wędrowcze. Wejdź we Wrota i kontynuuj swą drogę.

Martin milczał. Nie ruszał się. Nie zadawał bezsensownych pytań, a jednocześnie nie próbował wstać.

– Rodzice mogą dać klapsa psotnym dzieciom – powiedział cicho klucznik. – Tym bardziej, jeśli są to porzucone dzieci… porzucone, ponieważ nie było innego wyjścia… nie zapomniane, ale porzucone na pastwę losu. Rodzice mogą dać dzieciom klapsa, ale nie będą urywać im głowy. Nie bój się o bezzaryjczyków, Martinie.

– Do diabła – wykrztusił Martin. – Wy…

– Ci, którzy nalali wodę rozumu do nowego naczynia, sami wybrali swoją drogę – ciągnął klucznik. – Nie chcieli, aby Bezzar stał się pozbawioną życia pustynią. Wiele rzeczy zapomnieli i wielu się nauczyli. Nie trwóż się o mieszkańców Bezzaru, Martinie. Kontynuuj swą drogę.

– Irina – powiedział Martin. W głowie miał chaos, wiedział, że pytania nie mają sensu. Ale nie mógł nie zadać tego pytania – Irina pięć znaczyła dla niego znacznie więcej niż wszyscy klienci… niż cztery pierwsze dziewczęta, o tym samym imieniu.

Klucznik nie odpowiedział. Opuścił głowę, utkwił wzrok w podłodze.

– Nie jesteście wszechmocni – rzekł Martin. – Prawda? I teraz zetknęliście się z czymś, czemu wasza rasa nie potrafi sprostać… Więc dlaczego kontynuujecie grę we wszechpotężnych bogów? Dlaczego nie podacie nam ręki… no dobrze, niechby nie nam… niechby arankom, dio-dao… albo przynajmniej własnym potomkom? Jeśli nie jesteście ani opiekunami, ani nadzorcami czy przewodnikami… czy nie możecie stać się przyjaciółmi? Starszymi braćmi?

Klucznik milczał. Potem popatrzył Martinowi w oczy i ten pochwycił w jego spojrzeniu ironię – gorzką ironię i zmęczenie mędrca, otoczonego głupcami.

A potem klucznik zniknął.

– Audiencja skończona – mruknął nieco stropiony Martin. Jeszcze nigdy klucznicy nie uciekali się do takiego sposobu kończenia rozmowy.

Martin nie od razu ruszył korytarzem – chociaż miał absolutną pewność, że Wrota znajdują się właśnie tam, w miejscu jego niedawnego więzienia. Najpierw wyszedł z domku i obejrzał go z zewnątrz. To był mały, przytulny, drewniany domek, zlewający się z lasem – na pokrytym darnią dachu rosły malutkie drzewka. Już z odległości dziesięciu metrów trudno było na tle lasu dostrzec omszałe, oplecione pnączem ściany. Chyba klucznicy nie potrzebowali takiego maskowania na własnej planecie? Choć trzeba przyznać, że właśnie ten kamuflaż wprowadził bezzaryjczyków w błąd.

Widocznie klucznicy po prostu lubili tak żyć.

Martin doszedł do rzeki i przez chwilę przyglądał się spadającemu z gór strumieniowi. Woda była krystalicznie czysta, migotały w niej szybkie rybki, a tuż przy brzegu jakieś puszyste zwierzątko czyściło sobie sierść. Nie zwracając uwagi na pojawienie się Martina, zanurkowało dopiero po zakończeniu toalety.

Tutaj naprawdę było pięknie…

Martin wrócił do małego domku, przeszedł przez pusty korytarz i stanął przed pulpitem. Terminal był zwyczajny, ziemski. Martin próbował zaznaczyć na liście kilka planet jednocześnie, ale ta niezaplanowana ewentualność już została zablokowana.