Martin zastanowił się i zamówił butelkę „Tullamore Dew”.
Długo jeszcze siedzieli, rozmawiając o wszystkim, prócz sprawy Iriny.
Gdzieś w kosmosie czarne statki kluczników podążały na sygnał niewidocznych latarni, włączając do galaktycznej sieci transportowej nowe planety. Dwie ostatnie Iriny Połuszkiny zastanawiały się, jak uratować Wszechświat. W gabinetach bezpieki dyżurni wpinali nominację na majora do teczki Martina Dugina, znanego jako Snob.
A Martin i Jurij Siergiejewicz pili irlandzką whisky. Jurij Siergiejewicz obiecał zaprowadzić Martina do restauracyjki, mieszczącej się na prawdziwej mansardzie ambasady Białorusi. Martin mętnie tłumaczył, że najbardziej na świecie lubi zwykłe posiadówki w kuchni, a te wszystkie restauracje to tylko tak, z ciekawości i dla odprężenia. Czekista opowiadał o swoich wypadach poza granice Ziemi – starannie unikając konkretów i koncentrując się na zabawnych szczegółach życia pozaziemskiego. Prywatny detektyw odwzajemnił się opowieścią (z pominięciem nazwisk) o najciekawszych sprawach: o niewidomym wędrowcu i jego psie przewodniku – Martin gotów był przysiąc, że decyzje o wyborze kolejnej planety podejmuje pies, o dziewięcioletnim chłopcu, który uciekł z domu i przeszedł przez pięć Stacji, nim Martin go dogonił i namówił do powrotu – pomogła tylko przysięga, że naprawdę dostanie upragnione rolki. Potem rozmowa płynnie przeszła do omówienia różnych marek koniaku, a potem restaurację zamknięto, a oni wyszli w chłodną noc. Powietrze przesiąknięte było wilgocią, ale deszcz wreszcie przestał padać. Jurij Siergiejewicz usiadł za kierownicą, błyskawicznie trzeźwiejąc. Martin zażądał od niego tajnych czekistowskich tabletek-wytrzeźwiaczy, ale Jurij Siergiejewicz zapewniał go, że działa wyłącznie długi trening i poczucie obowiązku. Siłą rozpędu (sekretny wzór na udany wieczór: czas pijatyki równa się serdeczności rozmowy podzielonej przez liczbę wypitego alkoholu) pojechali do „Kropki”. W tym popularnym klubie nocnym wieczór właśnie dogasał – małolaty wyszalały się już i wychodziły, upojone koktajlami energetycznymi, zakochane pary zmęczyły się tańcami, i w ogromnej sali z betonową podłogą zostało najwyżej czterdzieści osób. Jedni grali w bilard na niepoważnie małych stołach, inni dopijali drinki przy barze. Martin i Jurij Siergiejewicz usiedli na obrotowych stołkach i zamówili po szklance whisky – nie było sensu mieszać alkoholi, tym bardziej nad ranem.
Na estradzie niemłody mężczyzna śpiewał przy akompaniamencie gitary:
Do ręki książkę wziąłem
Znów przeczytałem Kinga
Wtedy wreszcie pojąłem
Ze tak to właśnie było
Z nitek babiego łata
I z dymów w Trafalgarze
Utworzyłem fornita
I umieściłem w gitarze
Jurij Siergiejewicz pogroził Martinowi palcem:
– A ty gdzie umieściłeś swojego fornita? [Fornit – postać z opowiadania Stevena Kinga Ballada o celnym strzale. Czarodziejska istota, mieszkająca w maszynie do pisania i przynosząca natchnienie]
– Wyprowadził się dawno temu – odpowiedział Martin. Jurij Siergiejewicz pokręcił głową:
– Kłamiesz… każdy, kto umie opowiadać historie, ma swojego fornita. Kiedyś były muzy, ale teraz się zmutowały i mamy fornity.
– Ale tylko wtedy, gdy opowiada się historie ludziom – odparł Martin. – A ja rzucam je na potrzeby kluczników.
– A wiesz, czemu oni chcą, żeby opowiadać im historie? – zapytał szeptem Jurij Siergiejewicz.
– No? – Martin nastawił uszu.
Ale w tym momencie czekista jakby wytrzeźwiał i tylko z uśmiechem pokręcił głową.
A śpiewak uderzał w struny i śpiewał:
Czasem jest dzielny i śmiały
Czasem zupełnie inaczej
Gdy wścieka się na wszystko
Pije na umór i płacze
Lecz gdy powieją złe wiatry
Znów na ratunek spieszy
Znam dobrze jego imię
Wciąż dźwięczy w mojej duszy
[Wykorzystano fragmenty Piosenki o fornicie Olega Medwiediewa]
Martin zaczął bić brawo. W pustej sali oklaski zabrzmiały bezradnie jak puste strzały.
2
Nigdy nie upijajcie się, jeśli następnego dnia czekają was wielkie czyny.
Przez jakiś czas Martin leżał bez ruchu, myśląc o szlachetnym don Rumacie Estorskim, który błyskawicznie wytrzeźwiał po obłędnym pijaństwie z baronem Pampą. Poprzez ból głowy próbował wyobrazić sobie, w jaki sposób działa sporamina i doszedł do wniosku, że cudowne tabletki po prostu przyśpieszają metabolizm, co powinno pomóc zarówno w gojeniu się ran, jak i w walce z produktami rozpadu alkoholu. Wstał z jękiem, poszedł do kuchni, popił wodą mineralną tabletkę przeciwbólową i zajrzał do gabinetu. Heroiczny czekista spokojnie spał na nierozłożonej kanapie, a na podłodze obok leżała broń termiczna aranków.
Martin pokręcił głową i poszedł pod prysznic.
Gdy Martin wyszedł z łazienki, Jurij Siergiejewicz dziarsko walił naczyniami w kuchni, śpiewając pod nosem:
On w świecie pierwszy czytywał Kastanedę
I w telewizji szukał podniety
A z samotności szarpał akordy
Tępymi kłami głuchej tęsknoty
A w świecie drugim motyle i gwiazdy
Jak cukier chrzęściły pod jego butami
Ale sensu za grosz nie było
Ani w jednym ani w drugim działaniu
A w świecie trzecim zacisnął zęby
Został stalkerem martwych stref
Zdzierał dymiący się kożuszek
Gdy przez ognisty horyzont szedł
Martin stanął na progu kuchni, a czekista na jego widok uśmiechnął się wesoło, starannie nacinając nożem kolejne przepiórcze jajko – i wylewając je na patelnię.
– Skąd ma pan jajka? – zapytał ponuro Martin.
– Wczoraj stanowczo odmówiłeś opuszczenia restauracji, dopóki nie sprzedali ci opakowania – oznajmił Jurij Siergiejewicz, przerywając muzykowanie i kucharzenie.
– A co to za piosenka?
Jurij Siergiejewicz zdumiał się szczerze.
– Wczoraj dwa razy zamawiałeś ją na bis, nie pamiętasz?
– Już sobie przypomniałem – burknął Martin. – Niedoczekanie, żebym jeszcze kiedyś pił z czekista…
Jurij Siergiejewicz nie obraził się za „czekistę”. Urząd bezpieczeństwa państwa zawsze hołdował tradycjom.
– Daj spokój, świetnie się trzymałeś. Proszę… jajka z keczupem, herbata z cytryną…
Martin usiadł przy stole, spojrzał smętnie na talerz i westchnął. Już miał oznajmić Jurijowi Siergiejewiczowi, że wszystkie lecznicze właściwości przepiórczych jaj przejawiają się wyłącznie w postaci surowej, ale przypomniał sobie „Snoba” i nic nie powiedział.
Herbata weszła mu znacznie lepiej. W głowę rykoszetem uderzył nadmiar wczorajszego wieczoru.