Выбрать главу

– Och, Win…

Wskazał zdjęcie Dance i jej męża.

– Trochę podobnie. Też wypadek… W każdym razie zachowałem się jak ostatni gnojek. W ogóle nie umiałem sobie z tym poradzić. Starałem się być przy Jill, ale właściwie mnie nie było. Wiesz, jak to jest z gliniarzami. Praca może ci wypełnić tyle życia, ile chcesz. A mnie wypełniła za dużo. Rozwiedliśmy się i przez kilka lat było naprawdę ciężko. Nam obojgu. Potem jakoś się pogodziliśmy i można powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi. Jill wyszła za mąż.

Ale muszę ci wyjaśnić ten problem z dziećmi. Trudno mi się przy nich zachowywać naturalnie. Wymazałem to ze swojego życia. Nigdy dotąd nie zbliżyłem się do żadnej kobiety, która ma dzieci. Jesteś pierwsza. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że jeżeli wydaję się trochę sztywny, to nie przez ciebie ani Wesa i Maggie. Są wspaniali. Próbuję z tym walczyć i przechodzę terapię. I tyle. – Uniósł ręce w geście-emblemacie, oznaczającym zwykle: „Powiedziałem, co chciałem. Możesz mnie za to kochać lub nienawidzić, ale znasz prawdę…”

– Tak mi przykro, Win. - Ujęła jego dłoń i ścisnęła. Odwzajemnił uścisk. – Cieszę się, że mi powiedziałeś. Wiem, że nie było ci łatwo. Zauważyłam, że coś jest nie tak, ale nie byłam pewna, co to jest.

– Sokole oko.

Roześmiała się.

– Kiedyś podsłuchałam Wesa. Mówił koledze, że człowiek ma przechlapane, kiedy jego mama jest gliną.

– Zwłaszcza gdy jest chodzącym wykrywaczem kłamstw. – Też się uśmiechnął.

– Mam swoje problemy z powodu Billa.

I z powodu Wesa, pomyślała, lecz postanowiła jeszcze o tym nie mówić.

– Nie będziemy się spieszyć.

– Pośpiech nie jest wskazany – odrzekła.

Uścisnął jej przedramię, prostym, poufałym i właściwym gestem.

– Powinnam już jechać na zjazd Rodziny.

Odprowadziła go do tymczasowego biura, po czym pojechała do Point Lobos Inn.

Gdy tylko weszła do domku, zorientowała się jednak, że atmosfera się zmieniła. Kinezyka była zupełnie inna niż poprzedniego dnia. Kobiety zdradzały oznaki zniecierpliwienia i podenerwowania. Zwróciła uwagę na miny i pozycje ciała świadczące o napięciu, niechęci, a nawet otwartej wrogości. Przesłuchania to długotrwały proces i nieraz się zdarzało, że po udanym dniu następował taki, który okazywał się całkowitą stratą czasu. Dance ogarnęło zniechęcenie. Oceniła, że przywrócenie kobietom stanu psychicznego, jaki pozwalałby na uzyskanie istotnych informacji, może potrwać długie godziny, jeśli nie dni.

Mimo to spróbowała. Powtórzyła to, co czego się dowiedzieli o Jennie Marston, pytając, czy kiedykolwiek o niej słyszały. Nie słyszały. Dance usiłowała podjąć rozmowę przerwaną poprzedniego dnia, ale dziś słyszała tylko same ogólniki i powierzchowne spostrzeżenia.

Linda, jak gdyby występując w imieniu wszystkich, oświadczyła:

– Nie wiem, co jeszcze mogłabym dodać. Chcę już wracać do domu.

Dance uważała, że i tak ich pomoc okazała się bezcenna: uratowały życie Reynoldsowi i jego rodzinie, wyjaśniły modus operandi Pella, a także, co ważniejsze, ujawniły jego zamiar ucieczki na „szczyt góry”; dalsze śledztwo być może pozwoli zlokalizować to tajemnicze miejsce.

Dance chciała jednak, aby kobiety zostały do przesłuchania Theresy Croyton w nadziei, że coś, co dziewczyna powie, stanie się odskocznią dla ich wspomnień. Nie chciała nic mówić o przyjeździe Theresy – ryzyko przecieku wiadomości było zbyt duże – ale na jej prośbę kobiety zgodziły się zaczekać jeszcze kilka godzin.

Gdy Dance wyszła, odprowadziła ją Rebecca. Stały pod markizą; mżyło. Agentka spojrzała na nią pytająco. Czekała w napięciu, zastanawiając się, czy kobieta zamierza wygłosić kolejny wykład na temat jej niekompetencji.

Ale Rebecca miała jej co innego do powiedzenia.

– – Może to oczywiste, ale pomyślałam, że powinnam o czymś wspomnieć. Sam nie uświadamia sobie, jak bardzo niebezpieczny jest Pell, a Linda uważa go za biedną, nierozumianą przez nikogo ofiarę złego dzieciństwa.

– Proszę mówić dalej.

– To, co wczoraj opowiadałyśmy o jego psychice i tak dalej, to wszystko prawda. Ale przeszłam mnóstwo terapii i wiem, jak łatwo jest skupić się na teorii i fachowym żargonie, a zapomnieć o człowieku, który się za tym kryje. Udało się pani dwa razy powstrzymać Pella przez zrobieniem tego, co chciał, i prawie go złapać. Czy on wie, jak się pani nazywa?

Przytaknęła.

– Sądzi pani, że chciałby tracić czas, żeby mnie wytropić?

– A jest pani na niego odporna? – spytała Rebecca, unosząc brew.

Uzyskała więc odpowiedź na swoje pytanie. Owszem, była odporna na jego wpływy. I dlatego była dla niego groźna. Zagrożenia należy eliminować…

– Mam przeczucie, że się boi. Jest pani dla niego naprawdę niebezpieczna i będzie chciał panią powstrzymać. A zwykle dobiera się do ludzi, grożąc ich rodzinie.

– Schemat – zauważyła Dance.

Rebecca skinęła głową.

– Przypuszczam, że ma pani rodzinę na półwyspie?

– Rodziców i dzieci.

– Dzieci są teraz z pani mężem?

– Jestem wdową.

– Och, przykro mi.

– Ale nie ma ich teraz w domu. Poza tym pilnuje ich policjant.

– To dobrze, ale na siebie też proszę uważać.

– Dziękuję… – Dance zajrzała do domku. Coś się wczoraj stało? Między wami?

Rebecca zaśmiała się.

– Chyba nie dałyśmy sobie rady z taką dawką przeszłości. Wyprałyśmy trochę brudów, które już dawno trzeba było wyprać. Ale nie jestem pewna, czy wszystkie byłyśmy tego samego zdania.

Rebecca wróciła do domku, zamykając za sobą drzwi na klucz. Dance zerknęła do wnętrza przez szparę w zasłonach. Linda czytała Biblię, Samantha patrzyła na swój telefon komórkowy, zapewne wymyślając dla męża jakieś kłamstwo o konferencji. Rebecca usiadła i zaczęła rysować w szkicowniku szerokimi, gniewnymi pociągnięciami ołówka.

Dziedzictwo Daniela Pella i jego Rodziny.

Rozdział 45

Pół godziny po wyjeździe Kathryn Dance do domku zadzwonił jeden z zastępców szeryfa, aby sprawdzić sytuację.

– Wszystko w porządku – odparła Sam. Oprócz nabrzmiałej napięciem atmosfery, pomyślała.