– Ty też gadasz. – Morderca skierował broń w jej stronę.
– Przepraszam – szepnął TJ.
– Jeszcze jedno słowo. – Pell zwrócił się do Dance. – Mam kilka pytań do ciebie i twojego małego przyjaciela. Ale za chwilę. Siedźcie grzecznie i przyglądajcie się rodzinnemu szczęściu. Wracaj do roboty – powiedział do Walkera.
Pisarz podjął czynność najwidoczniej przerwaną przez wejście Dance i TJ-a; wrzucał do kominka papiery – prawdopodobnie wszystkie notatki i materiały zebrane do książki.
Patrząc w płomienie, Pell rzucił mimochodem:
– Jeżeli coś zostawisz i to znajdę, odetnę palce twojej żonie. Potem zabiorę się do dzieci. I przestań płakać. Miej trochę godności. Powinieneś się choć trochę kontrolować.
Minęło kilka minut pełnej napięcia ciszy, podczas których Walker szukał papierów i ciskał je w ogień.
Dance wiedziała, że kiedy skończy, a Pell usłyszy od niej i TJ-a to, co chciał wiedzieć, wszyscy zginą.
Żona Walkera zawołała przez łzy:
– Proszę nas zostawić w spokoju, błagam… wszystko… zrobię wszystko…
Dance zerknęła do sypialni, gdzie Joan leżała obok Sonji i Erica. Dziewczynka żałośnie łkała.
– Cicho tam, pani pisarzowo.
Dance spojrzała na zegarek, częściowo przysłonięty kajdankami. Wyobraziła sobie, co teraz robią jej dzieci. Myśl o nich była jednak zbyt bolesna, więc Dance siłą odsunęła ją od siebie, skupiając uwagę na tym, co się działo w pokoju.
Co mogła zrobić?
Targować się z nim? Ale żeby się z kimś targować, trzeba mieć coś cennego, co druga osoba pragnie mieć.
Stawić opór? Do tego trzeba mieć broń.
– Dlaczego pan to robi? – jęknął Walker, gdy ostatnia kartka trafiła w płomienie.
– Sza!
Pell wstał i pogrzebaczem rozgarnął notatki, by wszystkie równo się paliły. Otrzepał ręce i pokazał im pokryte sadzą palce.
– Czuję się jak w domu. Zdejmowali mi odciski palców chyba z pięćdziesiąt razy. Zawsze umiem rozpoznać nowych techników. Kiedy przykładają ci palce do karty, drżą im ręce. No dobrze. – Odwrócił się do Dance. – Z twojego telefonu do pana pisarza rozumiem, że już rozgryźliście Rebeccę. O tym właśnie muszę z wami porozmawiać. Co o nas wiecie? I kto jeszcze wie? Musimy dobrze zaplanować nasz kolejny ruch. Powinnaś wiedzieć, agentko Dance, że nie tylko ty umiesz rozpoznać kłamcę z pięćdziesięciu kroków. Ja też to potrafię. Oboje mamy ten wrodzony dar.
Nieważne, czy powie prawdę, czy skłamie. I tak już nie żyli.
– Och, zapomniałem powiedzieć, że Rebecca znalazła dla mnie jesz cze jeden adres. Domu Stuarta Dance’a.
Dance poczuła się, jakby wymierzono jej policzek. Z trudem opanowała mdłości. Jej twarz i pierś oblała fala piekącego gorąca.
– Ty sukinsynu – krzyknął z wściekłością TJ.
Jeżeli powiesz mi prawdę, mamusi, tatusiowi i dzieciaczkom nic się nie stanie. Miałem rację co do twoich milusińskich, prawda? Przy naszej pierwszej pogawędce. I co do męża. Rebecca mówiła, że jesteś biedną wdową. Tak mi przykro. W każdym razie założę się, że dzieciaczki są teraz u dziadków.
W tym momencie Kathryn Dance podjęła decyzję.
Stawiała wszystko na jedną kartę i w innych okolicznościach uznałaby to za karkołomne, jeśli nie niemożliwe zadanie. Teraz, choć musiała liczyć się z tym, że skutki tak czy inaczej będą tragiczne, nie widziała innego wyjścia.
Nie miała broni – z wyjątkiem słów i własnej intuicji. Od punktu A i B do X…
Musiały jej wystarczyć.
Dance poruszyła się na kanapie, by zwrócić się twarzą do Pella.
– Nie jest pan ciekawy, po co tu przyjechaliśmy?
– To jest pytanie. Nie chciałem pytań. Chciałem usłyszeć odpowiedź.
Trzeba mu dawać odczuć, że cały czas panuje nad sytuacją – dewizą Daniela Pella była absolutna kontrola.
– Proszę mi pozwolić dokończyć. Naprawdę chcę odpowiedzieć na pytanie. Proszę.
Pell przyjrzał się jej spod zmarszczonych brwi.
– Niech się pan zastanowi. Dlaczego tak bardzo się spieszyliśmy?
W innych warunkach, gdyby było to zwykłe przesłuchanie, zwróciłaby się do niego po imieniu. Mógłby to jednak zinterpretować jako próbę dominacji, a Daniel Pell musiał być przekonany, że on tu rządzi.
Skrzywił się zniecierpliwiony.
– Do rzeczy.
Rebecca posłała jej gniewne spojrzenie.
– Gra na zwłokę. Jedźmy już, kochanie.
– Bo musiałam ostrzec Mortona… – zaczęła Dance.
– Kończmy z tym i zabierajmy się stąd – szepnęła Rebecca. – Jezu, tracimy tylko…
– Zaczekaj, najdroższa. – Błękitne oczy Pella zwróciły się w stronę Dance, lustrując ją badawczo jak podczas przesłuchania w Salinas. Miała wrażenie, jak gdyby od poniedziałku upłynęły całe lata.
– Chciałaś go ostrzec przede mną. Co z tego?
– Nie. Chciałam go ostrzec przed Rebecca.
– O czym ty mówisz?
Patrząc mu prosto w oczy, Dance odrzekła:
– Chciałam go ostrzec, że zamierza pana wykorzystać, żeby go za bić. Tak samo jak wykorzystała pana w domu Williama Croytona osiem lat temu.
Rozdział 50
Dance dostrzegła błysk w nieziemsko jasnych oczach Daniela Pełła.
Dotknęła czułego punktu króla kontroli. Wykorzystała pana…
– To jakaś bzdura – warknęła Rebecca.
– Prawdopodobnie – wycedził Pell. Dance zwróciła uwagę na brak kategoryczności tego potwierdzenia.
Agentka ostrożnie przesunęła się w jego stronę. Zwykle sądzimy, że osoby będące bliżej nas mówią prawdę, a odchylające się w przeciwnym kierunku próbują nas wprowadzić w błąd.
– Wrobiła cię, Danielu. Chcesz wiedzieć dlaczego? Żebyś zabił żonę Williama Croytona.
Przecząco kręcił głową, lecz chłonął każde słowo.
– Rebecca była kochanką Croytona. A kiedy jego żona nie zgodziła się na rozwód, postanowiła wykorzystać ciebie i Jimmy’ego Newberga, żebyście ją zabili.