Rozdział 54
Moja najdroższa, moja Linda. Podchodził wolno. Skrzywiła się z bólu.
– Danielu, posłuchaj. Jeszcze nie jest za późno. Bóg ci wybaczy. Pod daj się.
Zaśmiał się, jak gdyby usłyszał dowcip.
– Bóg – powtórzył. – Bóg mi wybaczy… Rebecca mówiła mi o twojej pobożności.
– Chcesz mnie zabić.
– Gdzie jest Sam?
– Proszę! Nie musisz tego robić. Możesz się zmienić.
– Zmienić? Och, Lindo, ludzie się nie zmieniają. Nigdy, przenigdy. Przecież jesteś tą samą osobą, którą znalazłem pod drzewem w Golden Gate Park, kiedy uciekłaś z domu, zapłakaną, niezgrabną.
Oczy Lindy zaczęły się zasnuwać mrokiem przetykanym żółtymi punkcikami. Osuwała się w otchłań, czując, jak ból z wolna słabnie. Kiedy się ocknęła, nachylał się nad nią z nożem.
– Przykro mi, kochanie. Muszę to zrobić w ten sposób. – Przeprosiny brzmiały absurdalnie, choć były szczere. – Ale znam się na tym. Zrobię to tak szybko, że prawie nie poczujesz.
– Ojcze nasz…
Odwrócił jej głowę, odsłaniając szyję. Próbowała się opierać, lecz nie potrafiła. Mgła zniknęła już bez śladu i gdy Pell przysunął ostrze do jej gardła, w stali odbiła się czerwień zachodzącego słońca.
– …który jesteś w niebie. Święć się imię…
Wtedy runęło drzewo.
A może lawina kamieni zasypała ścieżkę.
Albo stado mew z wściekłym wrzaskiem wylądowało mu na plecach.
Daniel Pell jęknął i padł na kamienistą ziemię.
Samantha McCoy zeskoczyła z mordercy, zerwała się na nogi i zaczęła rozpaczliwie okładać jego głowę i ramiona grubą gałęzią. Pell w zdumieniu zobaczył, że atakuje go jego Myszka, kobieta, która bez szemrania spełniała wszystkie jego polecenia, która nigdy nie powiedziała mu nie.
Z wyjątkiem jednego razu…
Daniel próbował jej zadać cios nożem, ale była szybsza. Sięgnął po broń, którą wcześniej upuścił na ścieżkę. Ale twarda gałąź znów wylądowała na jego głowie i zaczęła ją bombardować, raniąc go w ucho. Zawył z bólu.
– Niech cię szlag!
Z trudem podniósł się z ziemi. Zamachnął się pięścią, trafiając ją z całej siły w kolano. Upadła ciężko.
Daniel rzucił się naprzód i chwycił broń. Cofnął się, znów zerwał się z ziemi i skierował lufę pistoletu w stronę Samanthy. Ale Samantha zdołała się podnieść, i odzyskując równowagę, zadała mu kolejny cios trzymaną oburącz gałęzią. Trafiła go w ramię. Odskoczył jak oparzony.
Patrząc na walczącą Sam, Linda przypomniała sobie, co Daniel kiedyś mawiał, gdy był dumny z kogoś z Rodziny. „Trzymałaś się mocno, najdroższa”.
Trzymaj się mocno…
Samantha znowu natarła, biorąc szeroki zamach.
Tym razem jednak Daniel przyjął lepszą pozycję. Udało mu się złapać gałąź lewą ręką. Przez chwilę patrzyli na siebie z odległości jednego metra, połączeni kawałem drewna jak przewodem pod napięciem. Daniel uśmiechnął się ze smutkiem i uniósł broń.
– Nie! – wychrypiała Linda.
Samantha też się uśmiechnęła. Mocno pchnęła go trzymaną w ręku gałęzią i puściła ją. Daniel zrobił krok do tyłu – prosto w przepaść. Stał na skraju urwiska, sześć metrów nad szlakiem krajobrazowym.
Wrzasnął i stoczył się po ostrej ścianie skalnej.
Linda nie była pewna, czy przeżył upadek. Po chwili pomyślała, że chyba tak. Samantha z grymasem spojrzała w dół, a potem pomogła Lindzie wstać.
Szybko, musimy iść. – I poprowadziła ją w głąb gęstego lasu.
Wyczerpana i obolała Samantha McCoy z trudem podtrzymywała słaniającą się Lindę.
Kobieta była blada, choć rana nie krwawiła mocno. Ból musiał być nieznośny, ale przynajmniej mogła iść.
Szept. – Co?
– Myślałam, że mnie zostawiłaś.
– Co ty. Ale miał broń – musiałam go podejść.
– Zabije nas. – Wciąż wydawała się zdziwiona.
– Nie, nie zabije. Nic nie mów. Musimy się ukryć.
– Już nie mogę.
– Zaraz nad brzegiem, na plaży, są jaskinie. Tam się możemy schować. Dopóki nie przyjedzie policja. Kathryn zaraz tu będzie. Uratują nas.
– Nie mogę. To strasznie daleko.
– Wcale nie. Dojdziemy.
Po następnych dwudziestu metrach Sam poczuła, że Linda słabnie.
– Nie, nie… nie mogę. Przepraszam.
Wytężając resztki sił, Sam zdołała przejść z nią jeszcze dziesięć metrów. Ale potem Linda bezwładnie osunęła się na ziemię – w najgorszym miejscu, na polanie widocznej ze wszystkich stron z odległości stu metrów. Sam bała się, że lada chwila pojawi się Pell. I zastrzeli je jak kaczki.
Niedaleko zobaczyła niewielki wąwóz między skałami; byłaby to dobra kryjówka.
Usta Lindy poruszały się, szeptała coś.
– Co?
Nachyliła się. Linda nie mówiła do niej, lecz do Jezusa.
– Wstań, musimy iść dalej.
– Nie, idź sama. Proszę. Naprawdę… Nie jesteś mi nic winna za to, co się stało. Przed chwilą uratowałaś mi życie. Jesteśmy kwita. Wybaczam ci to, co zrobiłaś w Seaside…
– Linda, nie teraz! – krzyknęła Sam.
Ranna usiłowała się podnieść, lecz zaraz opadła na ziemię.
– Nie mogę.
– Musisz.
– Jezus się mną zajmie. Idź sama.
– Wstań!
Linda zamknęła oczy i zaczęła szeptać modlitwę.
– Nie możesz tu umrzeć! Wstawaj!
Wzięła głęboki oddech, kiwnęła głową i z pomocą Sam z trudem dźwignęła się na nogi. Zataczając się, zeszły ze ścieżki i przedzierając się przez zarośla, ruszyły w stronę płytkiego parowu.
Były na wysokim cyplu, około piętnaście metrów nad oceanem. Huk przyboju był niemal nieprzerwany, ogłuszający jak ryk silników odrzutowych.