– Przepraszam, nie mogę. Mamy z Annę inne plany.
Ach, plany.
To też jedno z tych słów.
– Będę kończyć. Chciałem ci tylko powiedzieć o tym kierowcy.
– Jasne, trzymaj się.
Trzask…
Dance skrzywiła się i wróciła do dokumentów.
Dziesięć minut później w drzwiach ukazała się głowa Winstona Kellogga. Gestem zaprosiła go do środka i agent ciężko opadł na krzesło. Nie przebrał się jeszcze; na ubraniu wciąż miał błoto i piasek. Zobaczył jej poplamione solą buty stojące przy drzwiach i pokazał swoje. Roześmiał się, wskazując kilkanaście par w szafie.
– Pewnie nic tu dla siebie nie znajdę.
– Przykro mi – odparła z kamienną twarzą. – Mam tylko numer sześć.
– Szkoda, te żółtozielone nawet mi się podobają.
Zaczęli rozmawiać o protokołach, które należało uzupełnić, i o komisji kontrolnej, która będzie musiała zbadać przebieg strzelaniny i napisać raport. Zastanawiając się, jak długo agent zostanie na półwyspie, Dance doszła do wniosku, że bez względu na to, czy ją gdzieś zaprosi, czy nie, będzie musiał spędzić tu co najmniej cztery lub pięć dni; tyle czasu potrzebowała komisja, aby się zebrać, wysłuchać zeznań i napisać raport.
Potem. Co ty na to?…
Podobnie jak wcześniej Dance, Kellogg także się przeciągnął. Przez jego twarz przemknął ledwie dostrzegalny wyraz niepokoju. Na pewno przyczyną była strzelanina. Dance jeszcze nigdy nie strzeliła do podejrzanego, a tym bardziej nikogo nie zabiła. Odgrywała kluczową rolę w tropieniu niebezpiecznych przestępców, z których część ginęła podczas zatrzymania, część trafiała do cel śmierci. Ale to było co innego niż wycelowanie do kogoś z broni i zakończenie jego życia.
A Kellogg zrobił to dwa razy, w stosunkowo krótkim czasie.
– Co masz teraz w planach? – zapytała.
– Mam prowadzić seminarium w Waszyngtonie na temat fundamentalizmu religijnego – ma sporo wspólnego z mentalnością sekt. A potem biorę wolne. Oczywiście jeżeli świat będzie skłonny do współpracy. – Zgarbił się i przymknął oczy.
W poplamionych spodniach, z tą opadającą na czoło grzywką i delikatnym zarostem wygląda naprawdę pociągająco, pomyślała Dance.
– Przepraszam – powiedział, otwierając oczy i śmiejąc się. – Chyba nie wypada zasypiać w gabinetach kolegów. – Uśmiech wydawał się szczery, a po wcześniejszym niepokoju nie było już śladu.
– Ach, jeszcze jedno. Dzisiaj muszę odwalić papierkową robotę, ale jutro mogę chyba liczyć na przyjęcie tamtej propozycji kolacji? Już jest „potem”, pamiętasz?
Zawahała się. Znasz strategię przesłuchania, pomyślała: przewiduj każde pytanie przesłuchującego i miej w zanadrzu odpowiedź. Ale mimo że właśnie o tym myślała, dała się zaskoczyć. No więc jak brzmi odpowiedź?, spytała samą siebie.
– Jutro? – powtórzył nieśmiało. Dziwne jak na człowieka, który właśnie wykończył jednego z najgorszych bandytów w historii okręgu Monterey.
Grasz na zwłokę, powiedziała sobie. Jej wzrok przesunął się po zdjęciach dzieci, psów, nieżyjącego męża. Pomyślała o Wesie.
– Jutro byłoby wspaniale.
Rozdział 57
Już po wszystkim – powiedziała cicho do matki. – Słyszałam. Michael mówił nam w CBI.
Były w domu jej rodziców w Carmel. Rodzina wróciła już z fortecy biura śledczego.
– Banda też wie?
Miała na myśli dzieci.
– Owinęłam to trochę w bawełnę. Powiedziałam coś w rodzaju, mama będzie dzisiaj w domu o przyzwoitej godzinie, bo wiecie, ta głupia sprawa nareszcie się skończyła, już mają tego bandytę, szczegółów nie znam. Mags w ogóle nie słuchała – przygotowuje nową piosenkę na obóz muzyczny. Wes od razu klapnął przed telewizorem, ale kazałam Stu wyciągnąć go na ping-ponga. Chyba zapomniał o całej historii. Ale słowem kluczowym pozostaje „chyba”.
Dance zdradziła kiedyś rodzicom, że chce ograniczyć do minimum kontakt Wesa z wiadomościami o śmierci i przemocy, zwłaszcza związanymi z jej pracą, dopóki nie upłynie więcej czasu od straty ojca.
– Będę miała go na oku. I dziękuję. – Otworzyła piwo Anchor Steam i rozlała do dwóch szklanek. Jedną podała matce.
Edie pociągnęła łyk i, marszcząc brwi, zapytała:
– Kiedy znaleźliście Pella?
Dance podała jej przybliżoną godzinę.
– Dlaczego pytasz?
Zerkając na zegar, jej matka odrzekła:
– Byłam pewna, że koło czwartej czy wpół do piątej słyszałam kogoś w ogrodzie. Z początku to zlekceważyłam, ale potem zaczęłam się bać, że może Pell dowiedział się, gdzie mieszkamy. I chce wyrównać rachunki czy coś takiego. Trochę mnie strach obleciał. Mimo że przed domem stał radiowóz.
Pell oczywiście nie zawahałby się ani przez chwilę, gdyby miał ich skrzywdzić – prawdopodobnie nawet to planował – ale nie zgadzał się czas. O tej godzinie Pell był już w domu Mortona Walkera albo w drodze do niego.
– To prawdopodobnie nie był on.
– Pewnie kot. Albo pies Perkinsów. Muszą się wreszcie nauczyć go zamykać. Porozmawiam z nimi.
Wiedziała, że matka na pewno to zrobi.
Dance zapędziła dzieci do nissana pathfindera, gdzie czekały psy. Uściskała ojca i umówili się, że w niedzielę wieczorem zawiezie rodziców na przyjęcie urodzinowe w Klubie Morskim. Dance została wyznaczona na kierowcę, aby Edie i Stu mogli się dobrze bawić i wypić tyle szampana i pinot noir, ile zechcą. Zastanawiała się, czy nie zaprosić Winstona Kellogga, uznała jednak, że z tym poczeka. Przekona się, jak przebiegnie jutrzejsza randka „potem”.
Myśląc o kolacji, nie potrafiła wykrzesać z siebie ani odrobiny zapału do gotowania.
– Co byście powiedzieli na naleśniki w Bayside?
– Hurra! – wykrzyknęła Maggie. I zaczęła się głośno zastanawiać, ja ki syrop zamówi. Wes też był zadowolony, choć wyrażał to w bardziej umiarkowany sposób.
Kiedy znaleźli się w restauracji i usiedli przy stoliku, przypomniała synowi, że w tym tygodniu do niego należy wybór zajęcia na niedzielne popołudnie przed urodzinami dziadka.
– Jakie mamy plany? Kino? Wycieczka?
– Jeszcze nie wiem. – Wes długo studiował menu. Maggie chciała za mówić naleśniki na wynos dla psów. Dance wyjaśniła, że nie przyszli tu świętować spotkania ze swoimi pupilami, ale po prostu dlatego, że nie miała ochoty gotować.