Jennie Marston skończyła się czesać. Ze wszystkich elementów swojego ciała najbardziej lubiła włosy. Były lśniące i gęste, a gdy potrząsała głową, spływały na twarz jak falujące w zwolnionym tempie włosy modelki z telewizyjnej reklamy szamponu. Ustawiła z powrotem lusterko wsteczne. Wyłączyła radio. Dotknęła garbu na nosie.
Przestań!
Sięgając do klamki, zamarła zaskoczona. Drzwi otwierały się same.
Jennie nie mogła wykrztusić ani słowa, patrząc na pochylonego nad nią muskularnego mężczyznę.
Przez trzy czy cztery sekundy żadne z nich ani drgnęło. Wreszcie mężczyzna pociągnął drzwi, otwierając je na całą szerokość.
– Wyglądasz cudownie, Jennie Marston – powiedział. – Jesteś ładniejsza, niż sobie wyobrażałem.
– Och, Daniel. – Obezwładniona emocjami – lękiem, ulgą, poczuciem winy, żarem parzących uczuć – Jennie Marston nie potrafiła wy krztusić ani jednego słowa więcej. Bez tchu wyskoczyła z samochodu i rzuciła się w ramiona swojego chłopaka, drżąc i tuląc się do jego wąskiej piersi z taką siłą, że z jego ust wydobył się przeciągły syk.
Rozdział 10
Gdy wsiedli do forda, Jennie oparła głowę na jego ramieniu, a Daniel uważnie rozglądał się po parkingu i najbliższej ulicy.
Jennie rozmyślała o trudach minionego miesiąca, który spędziła na pracowitym tworzeniu związku za pomocą e-maili, rzadkich rozmów telefonicznych i marzeń, nie mając ani jednej okazji do osobistego spotkania z ukochanym. Mimo to wiedziała, że o wiele lepiej budować uczucie właśnie w ten sposób – na odległość. Była w podobnej sytuacji jak kobiety w kraju podczas wojny, a znała te czasy z opowieści matki o ojcu, który walczył w Wietnamie. Oczywiście potem się dowiedziała, że to wszystko było kłamstwem, lecz ten fakt nie zmieniał najważniejszej prawdy: miłość rodzi się ze związku dusz, a seks pojawia się dopiero później. Nigdy dotąd nie doświadczyła tego, co czuła do Daniela Pella.
Uczucie napawało ją radością.
Ale i lękiem.
Jej oczy wypełniły się łzami. Nie, nie, przestań. Nie płacz. Nie spodoba mu się, że ryczysz. Mężczyźni zawsze się o to wściekają.
Lecz on spytał łagodnym tonem:
– Co się stało, najdroższa?
– Nic, jestem taka szczęśliwa.
– No, powiedz.
Nie wydawał się wcale wściekły. Po krótkim wahaniu powiedziała:
– Tak sobie pomyślałam… W sklepie spożywczym spotkałam dwie kobiety, a potem włączyłam wiadomości. I słyszałam… że ktoś został poważnie poparzony. Policjant. I że zginęło dwóch ludzi. Zakłuci no żem.
Daniel mówił jej wcześniej, że noża będzie potrzebował tylko po to, żeby postraszyć strażników. Nie zamierzał robić im krzywdy. Co? warknął. W niebieskich oczach zamigotała złość.
Nie, nie, co ty wyprawiasz?, wpadła w popłoch Jennie. Rozgniewałaś go! Po co go o to zapytałaś? Wszystko spieprzyłaś! Jej serce zatrzepotało ze strachu i miała ochotę się rozpłakać.
– Znowu to zrobili. Zawsze to samo! Kiedy wychodziłem, nikt nie był ranny. Przecież uważałem! Uciekłem przez wyjście ewakuacyjne, tak jak planowaliśmy, i zatrzasnąłem drzwi. – Pokiwał głową. – Już wiem… no jasne. W celi obok mnie siedzieli inni więźniowie. Chcieli, żebym ich wypuścił, ale tego nie zrobiłem. Pewnie zaczęli się awanturować, a kiedy strażnicy przyszli ich uspokoić, wtedy zginęli ci dwaj. Tamci pewnie mieli kosy. Wiesz, co to jest?
– Nóż, prawda?
– Domowej roboty. Tak to wyglądało. A jeżeli ktoś został poparzony, to po prostu nie uważał. Byłem bardzo ostrożny – kiedy uciekałem przez ogień, nikogo tam nie było. Jak mógłbym sam jeden zabić trzech ludzi? To śmieszne. Ale policja i dziennikarze jak zawsze całą winę zrzucają na mnie. – Jego szczupła twarz poczerwieniała. – Łatwy ze mnie cel.
– Tak samo jak z tamtą rodziną osiem lat temu – powiedziała nie pewnie, starając się go uspokoić. Daniel opowiadał jej, jak poszedł z przyjacielem do domu Croytonów, żeby podsunąć komputerowemu geniuszowi pewien pomysł na świetny interes. Kiedy jednak dotarli na miejsce, okazało się, że przyjaciel ma zupełnie inny pomysł – chciał okraść dom. Ogłuszył Daniela i zaczął zabijać po kolei całą rodzinę. Gdy Daniel się ocknął, próbował go powstrzymać i musiał zabić przyjaciela w obronie własnej.
– Uznali, że to ja jestem winien – sama wiesz, jak nie cierpimy sytuacji, kiedy ginie morderca. Gdy na przykład ktoś wpada do szkoły, strzela do uczniów, a potem do siebie. Chcemy złapać bandytę żywego. Musimy mieć winnego. Taka jest ludzka natura.
Ma rację, pomyślała Jennie. Poczuła ulgę, choć wciąż nie mogła sobie darować, że tak go zdenerwowała.
– Przepraszam, kochanie. W ogóle nie powinnam o tym wspominać.
Spodziewała się, że każe się jej zamknąć, a może nawet wyrzuci ją z samochodu. Lecz ku jej zaskoczeniu, pogładził ją po włosach.
– Możesz mnie pytać o wszystko.
Znów się w niego wtuliła. Czując łzy na policzkach, otarła je dłonią. Makijaż zbił się w grudki. Odsunęła się od Daniela, spoglądając na palce. Och, nie. Tylko nie to! Chciała być dla niego piękna.
Powrócił lęk, przeszywając ją na wskroś.
Och, Jennie, chcesz chodzić z taką fryzurą? Na pewno?… Nie wolisz grzywki? Zasłoniłabyś to swoje wysokie czoło.
A jeżeli nie spełni jego oczekiwań? Daniel Pell ujął jej twarz w silne dłonie.
– Najdroższa, jesteś najpiękniejszą kobietą, jaka chodzi po ziemi. Niepotrzebny ci żaden makijaż.
Jak gdyby czytał w jej myślach. Znowu zaczęła płakać.
– Bałam się, że ci się nie spodobam.
– Nie spodobasz? Skarbie, kocham cię. Nie pamiętasz, co pisałem w e-mailach?
Jennie znała na pamięć każde słowo z jego listów. Spojrzała mu w oczy, ściskając mocno jego dłonie.
– Och, jesteś taki cudowny.
Przycisnęła usta do jego ust. Mimo że w wyobraźni kochała się z nim przynajmniej raz dziennie, to był ich pierwszy pocałunek. Poczuła na wargach jego zęby, jego język. Trwali w namiętnym uścisku chyba całą wieczność, choć w rzeczywistości mogło to trwać zaledwie sekundę. Jennie straciła poczucie czasu. Pragnęła mieć go w sobie, czuć na skórze jego pulsującą pierś.
Miłość rodzi się między dwiema duszami, ale bardzo szybko trzeba zaangażować ciała. Przesunęła dłonią po jego obnażonym, muskularnym udzie.