Выбрать главу

Zjawił się błyskawicznie.

– Słucham, agentko Dance.

– Pojedziesz z powrotem do Salinas. Porozmawiasz z kierownikiem punktu You Mail It. – Najprawdopodobniej wspólniczka Pella niedawno sprawdzała rozkład kursów Worldwide Express. – Zapytaj, czy ktoś z pracowników pamięta kobietę o podobnym rysopisie. Jeżeli tak, zrób portret w EFIT.

Program komputerowy EFIT to elektroniczna wersja dawnego zestawu do ręcznej rekonstrukcji rysów twarzy podejrzanego na podstawie szczegółów zapamiętanych przez świadków.

– Oczywiście, agentko Dance.

TJ wcisnął kilka klawiszy, wysyłając obraz JPEG do kolorowej drukarki w swoim biurze, aby Carraneo mógł wziąć wydruk zdjęcia. Zadzwonił telefon TJ-a.

– Taa. – Podczas krótkiej rozmowy zrobił kilka notatek, mówiąc na koniec: – Kocham cię, złotko. – Rozłączył się, wyjaśniając: – Dziewczyna z urzędu stanu cywilnego w Sacramento, B-R-I-T-N-E-E. Cudowne imię. Ona też jest rozkoszna. Za bardzo jak dla mnie. Zresztą i tak nic by z tego nie było.

Dance uniosła brew, co w kodzie kinezycznym oznaczało: „Przejdź do rzeczy”.

– Prosiłem ją, żeby zbadała sprawę zaginionej członkini Rodziny, przez duże R. Pięć lat temu Samantha McCoy zmieniła imię i nazwisko na Sarah Monroe. Pewnie z oszczędności, żeby nie wyrzucać bielizny z monogramem. A trzy lata temu osoba o tym nazwisku wyszła za mąż za Ronalda Starkeya. Numer z monogramem przestał działać. W każdym razie mieszkają w San Jose.

– Na pewno chodzi o tę samą McCoy?

– Masz na myśli prawdziwą McCoy. Czekałem na to pytanie. Tak jest. Potwierdził to poczciwy numer ubezpieczenia. I rada zwolnień warunkowych.

Dance zadzwoniła do biura numerów, gdzie uzyskała numer telefonu i adres Ronalda i Sarah Starkeyów.

– San Jose – rzekł O’Neil. – Niedaleko. – W przeciwieństwie do dwóch pozostałych kobiet z Rodziny, z którym Dance już rozmawiała, Samantha mogła dziś rano podłożyć bombę i wrócić do domu w ciągu półtorej godziny.

– Czy ona gdzieś pracuje? – spytała Dance.

– Nie wiem. Sprawdzę, jeżeli chcesz.

– Chcemy – odparł O’Neil. Nie był przełożonym TJ-a, a w tradycyjnej hierarchii organów ścigania CBI zajmowało wyższą pozycję niż MCSO. Mimo to prośba komendanta biura szeryfa Michaela O’Neila miała tę samą wagę co prośba agentki Dance. Jeśli nie większą.

Po kilku minutach TJ wrócił, informując ich, że według danych urzędu skarbowego Sarah Starkey jest zatrudniona przez niewielkie wydawnictwo oświatowe w San Jose.

Dance wzięła od niego numer telefonu.

– Zobaczmy, czy dzisiaj rano była w pracy.

– Jak chcesz to zrobić? – zapytał O’Neil. – Przecież nie może się do wiedzieć, że coś podejrzewamy.

– Och, trochę nakłamię – odparła pogodnym tonem Dance. Za dzwoniła do wydawnictwa z linii wyposażonej w blokadę identyfikacji numeru. Gdy w słuchawce odezwał się kobiecy głos, Dance powiedziała: – Dzień dobry, dzwonię z butiku El Camino. Dostaliśmy zamówienie od Sarah Starkey, ale nasz kierowca mówi, że rano nie było jej w pracy. Może mi pani powiedzieć, kiedy wróci?

– Sarah? Obawiam się, że to jakieś nieporozumienie. Jest w pracy od wpół do dziewiątej.

– Naprawdę? W takim razie jeszcze raz porozmawiam z kierowcą. Może lepiej będzie dostarczyć jej towar do domu. Będę wdzięczna, jeże li nie powie jej pani o tej rozmowie. Chodzi o niespodziankę. – Dance odłożyła słuchawkę. Była w pracy od rana.

TJ zaczął bić brawo.

– Oskara za najlepszą rolę agentki okłamującej społeczeństwo otrzymuje…

O’Neil zmarszczył brwi.

– Nie pochwalasz moich podstępnych technik?

Typowym dla siebie drwiącym tonem O’Neil rzeki:

– Nie, ale teraz po prostu będziesz musiała jej coś wysiać. Sekretarka na pewno cię wsypie. Powie jej, że ma cichego wielbiciela.

– Już wiem, szefowo. Można jej wysłać pęk baloników z napisem „Gratulacje z okazji wykluczenia z kręgu podejrzanych”.

Stukając obcasami, do sali weszła Maryellen Kresbach, asystentka Dance, niewysoka, konkretna kobieta, niosąc kawę dla wszystkich (Dance nigdy jej o to nie prosiła; Maryellen zawsze podawała kawę). Sekretarka miała trójkę dzieci oraz słabość do szpilek, wyszukanych fryzur i fantazyjnie malowanych paznokci.

Zespół zgromadzony w sali konferencyjnej podziękował. Dance popijała wyśmienitą kawę, żałując, że Maryellen nie przyniosła ciasteczek stojących na jej biurku. Zazdrościła sekretarce zdolności łączenia ról zapobiegliwej gospodyni i najlepszej asystentki administracyjnej, jaką kiedykolwiek miała.

Agentka zauważyła, że Maryellen ociąga się z wyjściem.

– Nie wiedziałam, czy można ci zawracać głowę, ale dzwonił Brian.

– Tak?

– Nie był pewien, czy w piątek dostałaś od niego wiadomość.

– Przecież mija przekazałaś.

– Wiem. Nie powiedziałam mu, że przekazałam. Ani że nie przekazałam. W każdym razie dzwonił.

Czując na sobie wzrok O’Neila, Dance odrzekła:

– Aha, dziękuję.

– Chcesz jego numer?

– Mam.

– Aha. – Sekretarka wciąż niewzruszenie stała przed swoją szefową, wolno kiwając głową.

Zapadło nieco kłopotliwe milczenie.

Dance nie miała ochoty rozmawiać o Brianie Gundersonie.

Z opresji wybawił ją terkot telefonu.

Słuchała przez chwilę, po czym poleciła:

– Niech ktoś go zaraz do mnie przyprowadzi.

Rozdział 11

Potężny mężczyzna w mundurze Departamentu Więziennictwa i Resocjalizacji usiadł przed jej biurkiem – zwyczajnym służbowym meblem, na którym obok lampy i oprawionych listów pochwalnych poniewierały się przeróżne długopisy. Na blacie stały także zdjęcia: dzieci, Dance z przystojnym, siwowłosym mężczyzną, jej rodziców i dwóch psów w towarzystwie jej córki i syna. Na tanim laminacie leżało kilkanaście teczek z aktami. Zakrytych.

– To straszne – powiedział Tony Waters, starszy strażnik z zakładu karnego Capitola. – Naprawdę.