– „Kontrolowane” – to by brzmiało sensowniej. Na pewno się tak nie nazywają?
Zaczynał się denerwować.
– Nie wiem. Co to za różnica? Używamy obu nazw.
– Czy to określenie odnosi się do innych części więzienia? Na przy kład gabinetu naczelnika, szatni strażników – to też są strefy kontrolne?
– No pewnie… to znaczy, niektórzy używają tego wyrażenia częściej niż inni. Przyniosłem je z zakładu, w którym pracowałem wcześniej.
– Którego?
Znów umilkł.
– Och, nie pamiętam. Wydaje się pani, że to jakaś oficjalna nazwa. Ale tak się po prostu u nas mówi. Za murami wszyscy używają swojego języka. Wszędzie, w każdym więzieniu. Strażnicy to „klawisze”, więźniowie to „frajerzy”. Nie ma w tym nic oficjalnego. Na pewno macie podobne wyrażenia w CBI, prawda? Wszyscy mają.
Chronił się za podwójną gardą: kłamcy często usiłują się odwoływać do poczucia solidarności z przesłuchującymi („robicie to samo”) i uciekają się do abstrakcyjnych uogólnień („wszyscy”, „wszędzie”).
Dance spytała cichym i opanowanym głosem:
– Wszystko jedno, jak się nazywała ta strefa. Czy Daniel Pell kiedykolwiek znalazł się w Capitoli w pomieszczeniu, gdzie był komputer, za zgodą strażników albo bez?
– Nigdy nie widziałem go przy komputerze, przysięgam. Naprawdę.
Stres, jaki przeżywają ludzie podczas kłamstwa, wywołuje u nich jeden z czterech stanów emocjonalnych: wpadają w gniew, są w depresji, zaprzeczają rzeczywistości lub chcą wytargować sobie wyjście z opresji. Słowa, których właśnie użył Waters – „przysięgam” i „naprawdę” – wraz z gwałtownymi gestami odbiegającymi od jego typowego zachowania, powiedziały Dance, że strażnik jest w fazie zaprzeczenia. Nie potrafił zaakceptować prawdy o tym, co zrobił w więzieniu, i starał się uniknąć odpowiedzialności.
Przesłuchujący musi ustalić, w którym stanie reakcji na stres znajduje się przesłuchiwany, aby wybrać taktykę dalszego zadawania pytań. Gdy przesłuchiwany reaguje gniewem, należy go zachęcać, by dał upust złości i w ten sposób się zmęczył.
W wypadku zaprzeczenia trzeba zaatakować fakty.
I do tego zadania przystąpiła Dance.
– Ma pan wstęp do biura, gdzie trzymacie komputery, prawda?
– Mam i co z tego? Wszyscy klawisze mogą tam wchodzić… Zaraz, o co chodzi? Przecież gramy w jednej drużynie.
Typowy unik dla stanu zaprzeczenia, który Dance zignorowała.
– Powiedział pan, że niektórzy więźniowie także mogą tam przebywać. Czy Pell kiedykolwiek był w biurze?
– Tylko skazanym za lżejsze przestępstwa…
– Czy Pell kiedykolwiek tam był?
– Przysięgam na Boga, że nigdy go tam nie widziałem.
Dance zauważyła adaptatory – gesty mające złagodzić napięcie: zaciskanie palców, przytupywanie, jego bark zwrócony w jej stronę (w pozycji futbolisty grającego w obronie) i częste spojrzenia w kierunku drzwi (kłamcy zwykle szukają drogi ucieczki od stresu towarzyszącego przesłuchaniu).
– Tony, po raz czwarty nie odpowiedział pan na moje pytanie. Proszę powiedzieć, czy Pell był w jakimkolwiek pomieszczeniu w Capitoli wyposażonym w komputer?
Strażnik skrzywił się.
– Przykro mi. Nie chciałem… sprawiać pani trudności. Po prostu trochę się zdenerwowałem. Poczułem się, rozumie pani, jakby mnie pani o coś oskarżała. No więc naprawdę nigdy nie widziałem go przy komputerze. Nie kłamałem. Tylko wkurzyła mnie ta cała historia. Chyba się pani nie dziwi. – Opuścił ramiona, lekko pochylając głowę.
– Oczywiście, że się nie dziwię.
– Możliwe, że Daniel faktycznie znalazł się kiedyś blisko komputera.
Pod wpływem jej ataku Waters zdał sobie sprawę, że przyznanie się do kłamstwa będzie mniej bolesne od nieustannego bombardowania pytaniami, które coraz trudniej znosił. Jak za skinieniem różdżki strażnik nagle przeszedł w fazę negocjacji. Oznaczało to, że jest bliski rezygnacji z oszustwa, lecz nadal nie jest gotów wyjawić całej prawdy, usiłując uniknąć kary. Dance wiedziała, że musi przerwać frontalny atak i dać mu szansę wyjścia z twarzą.
Podczas przesłuchania wrogiem nie jest kłamca, ale kłamstwo.
– Ach tak – powiedziała życzliwym tonem, prostując się i wycofując z jego strefy osobistej. – A więc Pell mógł znaleźć okazję, by skorzystać z komputera?
– Niewykluczone. Ale nie wiem na sto procent. – Jego głowa opadła jeszcze niżej. Mówił cicho. – Po prostu… mamy ciężką robotę. Ludzie nie wiedzą, jak to jest być klawiszem.
– Rzeczywiście nie wiedzą – przytaknęła.
– Musimy być nauczycielami, glinami, wszystkim. Poza tym – konspiracyjnie zniżył głos administracja ciągle zagląda nam przez ramię, każe robić to i tamto, mamy pilnować porządku i informować ich, gdy by coś się działo.
– Pewnie czujecie się trochę jak rodzice. Ciągle musicie mieć dzieci na oku.
– Otóż to, tak samo jak z dziećmi. – Miał szeroko otwarte oczy – wskaźnik emocji.
Dance energicznie pokiwała głową.
– Naturalnie zależy panu na skazanych, Tony. I na tym, żeby dobrze wykonywać swoją pracę.
Ludziom znajdującym się w fazie negocjacji należy wybaczać i dodawać otuchy.
– To naprawdę nie było nic ważnego. Mam na myśli to, co się stało.
– Proszę mówić dalej.
– Musiałem podjąć pewną decyzję.
– Ma pan trudną pracę. Co dzień musi pan podejmować niełatwe decyzje.
– Ba, nawet co godzinę.
– O czym musiał pan zadecydować?
– Widzi pani, Daniel był inny.
Dance zwróciła uwagę, że strażnik używa jego imienia. Pell wmówił Watersowi, że są kumplami i wykorzystał jego naiwność.
– To znaczy?
– Ma… nie wiem, jakąś władzę nad ludźmi. Nad każdym, czy to czarny gangster, biały czy Latynos… Chodzi gdzie chce i nikt nie tknie go palcem. Nigdy nie widziałem w pudle nikogo takiego. Ludzie robią dla niego wszystko, czego tylko zechce. I mówią mu o wszystkim.
– Czyli przekazał panu jakieś informacje, tak?
Bardzo dobre informacje. Takie, których nie można było zdobyć w żaden inny sposób. Podobno jakiś strażnik handlował speedem. Jeden z więźniów przedawkował. Nie mogliśmy ustalić źródła prochów. Ale Pell mi dał cynk.