Kiedy jej uszy wypełniały dźwięki harfy celtyckiej Alana Stivella lub żywiołowe melodie grupy Ska Cubano założonej przez Natty Bo i Beny Billy’ego czy surowe, brzęczące riffy Lightnin’ Hopkinsa, łatwiej było odciąć się od szokujących historii gwałcicieli, morderców i terrorystów, które uporczywie odtwarzała w myślach.
Dance zatraciła się w trzeszczących dźwiękach muzyki sprzed półwiecza.
Roli, Jordan, roli…
Pięć minut później zatrzymała się w kompleksie biurowców na północy Monterey, tuż przy Munras Avenue, i wysiadła z samochodu. Weszła do parterowego garażu w jednym z budynków, gdzie stała honda civic należąca do kuriera Worldwide Express – wóz miał otwarty bagażnik, a klapa była wymazana krwią. Obok stał O’Neil i policjant z miejskiej.
Towarzyszył im ktoś jeszcze.
Był to Billy Gilmore, kierowca furgonetki, którego Dance uznała już za kolejną ofiarę Pella. Ku jej zdumieniu, odnalazł się cały i zdrowy.
Krępy mężczyzna miał parę sińców i duży opatrunek na czole – zasłaniający rozcięcie, z którego prawdopodobnie pochodziła krew na samochodzie – okazało się jednak, że obrażenia nie są dziełem Pella; Gilmore sam się skaleczył, usiłując przyjąć wygodną pozycję w bagażniku.
– Nie próbowałem się wydostać. Za bardzo się bałem. Ale ktoś chyba mnie usłyszał i wezwał policję. Pell powiedział, że mam tam siedzieć trzy godziny. Gdybym wyszedł wcześniej, groził, że zabije moją żonę i dzieci.
– Nic im się nie stało – zapewnił Dance O’Neil. – Daliśmy im ochronę. – Zrelacjonował opowieść Billy’ego o porwaniu furgonetki i kradzieży hondy. Kierowca potwierdził, że Pell był uzbrojony.
W co był ubrany?
– Chyba w szorty, wiatrówkę i bejsbolówkę. Nie wiem. Naprawdę miałem pietra.
O’Neil przekazał nowe szczegóły rysopisu funkcjonariuszom na blokadach i zespołom poszukiwawczym.
W rozmowie z Billym Pell nie wspomniał ani słowem, dokąd się wybiera, lecz bardzo precyzyjnie wskazał mu drogę do garażu.
– Dobrze wiedział, gdzie to jest i że w garażu nikogo nie będzie.
Sprawdziła to zapewne wspólniczka. Umówiła się tu z Pellem i prawdopodobnie razem wyruszyli w drogę do Utah.
– Pamięta pan coś jeszcze? – spytała.
Billy odrzekł, że gdy Pell zatrzasnął klapę bagażnika, znów usłyszał jego głos.
– Ktoś z nim był?
– Nie, był sam. Chyba dzwonił. Miał mój telefon.
– Pański telefon? – zdziwiła się Dance, zerkając na O’Neila, który natychmiast zadzwonił do biura szeryfa i polecił technikom skontaktować się z operatorem sieci komórkowej kuriera, aby namierzyli aparat.
Dance pytała Billy’ego, czy zrozumiał, co mówił Pell.
– Nie. Słyszałem tylko, jak coś mamrotał.
Zadzwoniła komórka O’Neila. Detektyw słuchał przez chwilę, po czym poinformował Dance:
– Nic z tego. Albo zniszczył telefon, albo wyjął baterię. Nie mogą znaleźć sygnału.
Dance rozejrzała się po garażu.
– Musiał go gdzieś wyrzucić. Miejmy nadzieję, że niedaleko. Ktoś powinien przeszukać kubły na śmieci – i studzienki ściekowe na ulicy.
– I krzaki – dodał O’Neil, wydając polecenia dwóm zastępcom szeryfa.
Dołączył do nich TJ.
– A więc naprawdę tu był. Szefowo, może jestem głupi, ale gdybym się wybierał do Utah, na pewno nie jechałbym tędy.
Bez względu na to, czy Pell rzeczywiście zamierzał schronić się w Utah, przystanek w centrum Monterey stanowił prawdziwą zagadkę. Miasto było nieduże, musiał się więc liczyć z niebezpieczeństwem, że ktoś go rozpozna, poza tym stąd miał znacznie mniej dróg ucieczki, niż gdyby pojechał na wschód, północ czy południe. Wybór miejsca spotkania ze wspólniczką był ryzykownym, ale znakomitym ruchem. Monterey było ostatnim miejscem, gdzie się go spodziewano.
Nurtowała ją jeszcze jedna kwestia.
– Billy, muszę pana o coś spytać. Jak to się stało, że pan żyje?
– Bo… prosiłem go, żeby nie robił mi krzywdy. Błagałem prawie na kolanach. To było żenujące.
Kłamał. Dance nie potrzebowała nawet wzorca jego typowego zachowania, by zobaczyć cały katalog oznak stresu. Gilmore odwrócił wzrok, czerwieniąc się.
– Muszę znać prawdę. Może się okazać bardzo ważna – naciskała go.
– Naprawdę, płakałem jak dziecko. Chyba zrobiło mu się mnie żal.
– Pellowi nigdy w życiu nie było żal żadnego człowieka – rzekł O’Neil.
– Proszę mówić dalej – powiedziała cicho Dance.
– No dobrze… – Kurier przełknął ślinę, a jego twarz oblała się purpurą. – Zawarliśmy układ. Chciał mnie zabić. Na pewno chciał. Powie działem, że jeżeli daruje mi życie… – Jego oczy wypełniły się łzami. Trudno było patrzeć na jego nieszczęsną minę, ale Dance musiała zrozumieć, czym się kierował Pell i dlaczego ten człowiek żył, mimo że dwaj inni w podobnych okolicznościach zginęli.
– Proszę mówić – powtórzyła.
– No więc powiedziałem, że zrobię wszystko, jeżeli daruje mi życie. Myślałem, że każe mi oddać pieniądze czy coś takiego. Ale chciał, że bym… zobaczył zdjęcie mojej żony, spodobała mu się i kazał… kazał mi opowiedzieć, co ze sobą robimy. Rozumie pani, chodziło mu o sprawy intymne. – Wbił wzrok w betonową posadzkę garażu. – Chciał znać szczegóły, dokładnie wszystko.
– Coś jeszcze? – Dance nie dawała za wygraną.
– Nie, nic więcej. Okropnie było mi wstyd.
– Billy, proszę mi powiedzieć.
Stał ze spuszczoną głową, bliski płaczu. Zaczęła mu drżeć broda.
– Co?
Głęboki wdech.
– Wziął mój numer telefonu. I powiedział, że niedługo zadzwoni do mnie wieczorem. Za miesiąc albo za pół roku. Nie wiadomo kiedy. A kiedy zadzwoni, miałem iść z żoną do sypialni. I, rozumie pani… – Słowa uwięzły mu w gardle. – Miałem zostawić odłożoną słuchawkę, że by mógł nas słuchać. Powiedział mi, co Pam miała do mnie mówić.
Dance zerknęła na O’Neila, który wolno wypuścił powietrze.