Dziś pod nazwą „Jack’s Seafood” kryła się ogromna restauracja oraz firma prowadząca połów i sprzedaż ryb. Dawna cyganeria odeszła i zapanowała tu spokojniejsza atmosfera niż w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, lecz za to lokal pokazywano w Food Channel.
Pell pamiętał go z czasów, gdy mieszkali niedaleko stąd, w Seaside. Rodzina rzadko jadała poza domem, ale lubił wysyłać Jimmy’ego albo Lindę po kanapki z cytarami, frytki i sałatkę cole-slave. Uwielbiał ich kuchnię i naprawdę się cieszył, że restauracji nie zamknięto.
Miał parę spraw do załatwienia w okolicy, liczył się jednak z niewielkim opóźnieniem – musiał się dobrze przygotować, znaleźć pewne informacje. Poza tym umierał z głodu, a po namyśle doszedł do wniosku, że może zaryzykować i pojawić się w publicznym miejscu. Policja na pewno nie będzie szukać dwojga niewinnych turystów – zwłaszcza tutaj, skoro już uwierzyła, że Pell jest w połowie drogi do Utah. Dowiedział się tego z komunikatu w radiu, przekazanego przez jakiegoś nadętego dupka Charlesa Overby’ego.
W restauracji można było usiąść na tarasie, skąd roztaczał się widok na zatokę i łodzie rybackie, lecz Pell wolał zostać w środku i mieć na oku drzwi. Ostrożnie usiadł przy stoliku, powstrzymując chęć, by poprawić uwierający go pistolet tkwiący za paskiem z tyłu. Jennie zajęła miejsce obok, przyciskając nogę do jego kolana.
Pell pociągnął łyk mrożonej herbaty. Zerknął na Jennie i zauważył, że dziewczyna przygląda się obrotowej tacy pełnej wielkich ciastek.
– Masz ochotę na deser po lunchu?
– Nie, kochanie. Nie wyglądają na smaczne.
– Nie? – Jemu na pewno nie wydawały się smaczne; Pell nie przepadał za słodyczami. Ale to były naprawdę olbrzymie kawały ciasta. W Capitoli za jeden taki dało się wytargować cały karton papierosów.
– To sam cukier, biała mąka i przyprawy. Syrop kukurydziany i tania czekolada. Ładnie wyglądają i są słodkie, ale poza tym nijakie.
– Nie pieczesz takich w swojej firmie?
– Nie, nie, nigdy. – Mówiła z ożywieniem, wskazując głową piramidę ciast. – Ludzie jedzą dużo tego paskudztwa, bo nie potrafią się zadowolić i chcą więcej. A ja robię ciasto czekoladowe w ogóle bez mąki. Z czekolady, cukru, mielonych orzechów, wanilii i żółtek. Wierzch polewam odrobiną galaretki malinowej. Wystarczy kilka kęsów i człowiek jest szczęśliwy.
– Brzmi całkiem nieźle. – Pomyślał, że ciasto musi smakować ohydnie. Ale Jennie opowiadała mu o sobie, a ludzi zawsze należy do tego zachęcać. Niech gadają, niech się upajają własnymi słowami. Wiedza jest groźniejszą bronią od noża. – Tym się przede wszystkim zajmujesz? Pieczeniem?
– Pieczenie lubię najbardziej, bo mam wtedy największą kontrolę. Wszystko robię sama. Przy innych potrawach część dania przygotowują inni.
Lubi kontrolę, pomyślał. Ciekawe. Odnotował ten fakt w pamięci.
– Czasami podaję do stołu. Wtedy dostaję napiwki.
– Założę się, że duże.
– To zależy, nieraz się trafia.
– Lubisz tę pracę?… Z czego się śmiejesz?
– Po prostu… nie wiem, kiedy ostatni raz ktoś – to znaczy chłopak – Pytał mnie, czy lubię swoją pracę… Jasne, fajnie jest podawać. Czasami udaję, że wcale nie jestem w pracy, tylko sama wydaję przyjęcie i obsługuję swoich przyjaciół i rodzinę.
Za oknem zobaczył krążącą głodną mewę, która po chwili niezgrabnie przysiadła na palu, szukając resztek jedzenia. Pell zapomniał już, jakie to wielkie ptaki.
Jennie ciągnęła:
– Na przykład kiedy piekę tort weselny. Czasami wydaje mi się, że w życiu liczą się właśnie takie małe radości. Człowiek się cieszy, że zrobił świetny tort, który wszystkim smakuje. Och, to nie trwa wiecznie, ale w końcu jakie szczęście trwa wiecznie?
Słuszna uwaga.
– Nigdy nie wezmę do ust ciasta, które upiekł ktoś inny.
Zaśmiała się.
– Weźmiesz, weźmiesz, ukochany. Ale cieszę się, że to powiedziałeś. Dziękuję.
Ostatnie słowa zabrzmiały dojrzale. Jak gdyby wypowiedziała je osoba mająca kontrolę nad przebiegiem rozmowy. Pell poczuł, że został zepchnięty do defensywy. Taka sytuacja bardzo mu się nie podobała, więc zmienił temat.
– Mam nadzieję, że polubisz cytary. Ja je uwielbiam. Chcesz jeszcze mrożonej herbaty?
– Nie, dziękuję. Wystarczy mi, że siedzisz obok mnie. Niczego więcej nie chcę.
– Popatrzmy na mapy.
Otworzyła torebkę. Rozłożyła jedną z map, a Pell zaczął ją oglądać, zauważając zmiany, jakie zaszły na półwyspie w ciągu minionych ośmiu łat. Na chwilę przerwał studiowanie, skupiając się na jakimś dziwnym odczuciu. Nie potrafił go nazwać. Wiedział tylko, że jest naprawdę przyjemne.
Wreszcie uświadomił sobie, co to jest: cieszył się z wolności.
Skończyło się osiem lat odosobnienia, życia pod kontrolą innych, i Pell mógł rozpocząć nowy rozdział. Po wykonaniu zadań, jakie go tu czekały, będzie mógł wyjechać na zawsze i założyć nową Rodzinę. Rozejrzał się po restauracji, patrząc na pozostałych klientów i koncentrując uwagę na kilku osobach: na nastolatce siedzącej dwa stoliki dalej w towarzystwie rodziców, pochylonych w milczeniu nad talerzami, jak gdyby rozmowa była dla nich męczarnią. Przypuszczał, że potrafiłby bez trudu omamić pulchną dziewczynkę, gdyby spotkał ją samą w salonie gier albo Starbucksie. W ciągu najwyżej dwóch dni udałoby mu się ją przekonać, że może bezpiecznie wsiąść z nim do samochodu.
Przy barze siedział młody mężczyzna wyglądający na około dwadzieścia lat (odmówiono mu piwa, gdy oświadczył, że „zapomniał” dowodu tożsamości). Miał tatuaże – głupie rysunki, których dziś prawdopodobnie żałował – a nędzne ubranie i lunch złożony tylko z zupy świadczyły o kłopotach finansowych. Przebiegał spojrzeniem po sali, zatrzymując wzrok na każdej kobiecie i dziewczynie powyżej szesnastu lat. Pell doskonale wiedział, co wystarczyłoby zrobić, by w ciągu paru godzin zwerbować chłopaka.
Zauważył też młodą matkę – samotną, jeżeli brak obrączki dowodził prawdy. Siedziała zgarbiona i przygnębiona – oczywiście kłopoty z mężczyzną. Prawie nie zwracała uwagi na dziecko w wózku obok. Ani razu na nie nie spojrzała i nie daj Bóg, żeby zaczęło płakać; kobieta szybko straciłaby cierpliwość. Za rozgoryczoną miną i rezygnacją malującą się w oczach kryła się jakaś smutna historia, ale Pella zupełnie nie obchodziły jej przeżycia. Interesujący był tylko fakt, że z dzieckiem łączy ją bardzo krucha więź. Pell wiedział, że gdyby nakłonił kobietę, aby się do nich przyłączyła, mógłby wkrótce rozdzielić matkę i dziecko, i sam zostać ojcem.