Выбрать главу

– To miło. – Dance i jej dzieci podobnie spędzali ze sobą czas, choć zazwyczaj zamiast literatury wybierali muzykę. Wes i Maggie pochłaniali książki, ale woleli czytać sami.

– Oczywiście znajdujemy czas na kulturę wysoką… na „Ryzykantów” i „24 godziny”. – W jego oczach ciągle tańczyły filuterne iskierki. Zachichotał, zauważywszy, jakim wzrokiem obrzuciła olbrzymi plik materiałów, jakie dla niej miał. – Nie martw się. Dla ciebie jest mniejszy zestaw. – Pokazał pudło pełne kaset wideo i kserokopii.

– Na pewno niczego pani nie chce? – spytała przez drzwi Joan.

– Niczego, dziękuję.

– Może pani zostać na kolacji.

– Przykro mi, ale nie skorzystam z zaproszenia.

Uśmiechnęła się i wyszła. Walker spojrzał w ślad za żoną.

– Jest fizykiem – wyjaśnił krótko.

Dance przekazała mu ostatnie informacje związane ze sprawą, dzieląc się z nim swoim przypuszczeniem, że Pell nie opuścił okolic Monterey.

– To szaleństwo. Przecież szuka go cały półwysep.

– Może i szaleństwo. – Powiedziała mu o hasłach, jakich Pell szukał w Internecie, ale Walker nie potrafił dodać niczego nowego na temat Alison ani Nimue. Nie miał też pojęcia, po co morderca odwiedził stronę ze zdjęciami satelitarnymi ziemi.

Zerknęła na pudło, które dla niej przygotował.

– Jest tam jego życiorys? W miarę zwięzły?

– Zwięzły? Raczej nie. Ale jeżeli sobie życzysz, zrobię krótkie streszczenie. Nie ma sprawy. Trzy, cztery strony?

– Byłoby wspaniale. Sama chyba nigdy nie dałabym rady niczego wygrzebać z tej góry materiałów.

– Góry? – Znów zachichotał. – To jeszcze nic. Kiedy jestem gotowy do napisania książki, mam pięćdziesiąt razy więcej notatek i źródeł. Ale jasne, coś wykroję.

– Hej – odezwał się młody głos.

Dance uśmiechnęła się na widok stojącej w progu Sonji. Dziewczynka obrzuciła zazdrosnym spojrzeniem jej figurę i włosy.

– Widziałam, że patrzyła pani na moje rysunki. Jak pani weszła.

– Kochanie, przeszkadzasz.

– Ależ skąd.

– Chce pani obejrzeć?

Dance przyklęknęła przy niej, by zajrzeć do bloku. Były w nim rysunki motyli, zaskakująco dobre.

– Sonja, są przepiękne. Powinny wisieć w galerii na Ocean Avenue w Carmel.

– Naprawdę?

– Oczywiście.

Odwróciła stronę szkicownika.

– To mój ulubiony. Paź królowej.

Rysunek przedstawiał granatowego motyla o opalizujących skrzydłach.

– Siedzi na kwiatku titonii. Zbierają z nich nektar. Kiedy jestem w domu, jeździmy na pustynię i rysuję jaszczurki i kaktusy.

Dance przypomniała sobie, że pisarz na stałe mieszka w Scottsdale.

– A tutaj – ciągnęła Sonja – chodzę z mamą do lasu i robimy zdjęcia. A potem je rysuję.

– Sonja jest Jamesem Audubonem motyli – oświadczył jej ojciec.

W drzwiach ukazała się Joan i zabrała dziecko.

– Myślisz, że się przyda? – spytał Walker, wskazując pudło.

– Nie wiem. Ale mam nadzieję, że tak. Bardzo potrzebna nam po moc.

Dance pożegnała się, dziękując za kolejne zaproszenie na kolację, i wróciła do samochodu.

Postawiła karton na siedzeniu obok. Korciło ją, by włączyć lampkę i przejrzeć kserokopie. Materiały musiały jednak zaczekać. Kathryn Dance była dobrą śledczą, tak jak dawniej była dobrą dziennikarką i konsultantką sądową. Ale była także matką i wdową. Ze względu na tak niezwykłe połączenie ról musiała się nauczyć, w którym momencie należy je rozdzielić. Nadszedł czas powrotu do domu.

Rozdział 19

To był ich Taras. Obszerna połać szarego, ciśnieniowo impregnowanego drewna, sześć na dziewięć metrów, przylegająca od kuchni i sięgająca w głąb ogrodu, zastawiona przeróżnymi krzesełkami, leżakami i stolikami. Wyposażenie stanowiły zlew i duża lodówka, a główny element dekoracji – elektryczne światełka bożonarodzeniowe i bursztynowe lampy oraz kilka anemicznych kwiatów w donicach z terrakoty. Wąskie schodki prowadziły do ogrodu, niezbyt pieczołowicie urządzonego, choć pełnego naturalnej roślinności: rosły tu skarłowaciałe dęby i klony, kropliki, astry, łubin, psianki, koniczyna i wszędobylska trawa.

Od sąsiadów oddzielało dom palisadowe ogrodzenie. Na gałęzi przy schodach wisiał karmnik i dwa baseniki dla kolibrów. Na ziemi leżały dwa dzwoneczki wietrzne, w tym samym miejscu, gdzie ubrana w piżamę Dance rzuciła je o trzeciej nad ranem podczas wyjątkowo gwałtownej burzy przed miesiącem.

Klasyczny dom wiktoriański – ciemnozielony, z szarymi, zniszczonymi przez słońce i deszcz balustradami, okiennicami i stolarką – znajdował się w północno-zachodniej części Pacific Grove; gdyby ktoś zaryzykował i wychylił się daleko z okna, mógłby dostrzec oddalony o niecały kilometr ocean.

Dance spędzała na Tarasie mnóstwo czasu. Poranki często były zbyt zimne lub mgliste, by jadać tu śniadania, lecz w leniwe weekendy, gdy słońce przedarło się przez mgłę, po spacerze z psami na plaży siadali tu w trójkę przy obwarzankach z twarożkiem, kawie i gorącej czekoladzie. Na nierównych deskach odbyły się setki przyjęć, dużych i małych.

Na Tarasie jej mąż Bill zdecydowanym tonem oznajmił swoim rodzicom, że żeni się z Kathryn Dance, odtrącając tym samym uczucia dziewczyny z dobrego domu z Napa, którą przez kilka lat gorąco popierała jego matka – co wymagało od niego większej odwagi niż udział w niejednej akcji.

Na Tarasie odbyła się ceremonia żałobna, gdy Bill zginął.

Było to także miejsce spotkań zaprzyjaźnionych stróżów prawa z całego półwyspu oraz znajomych spoza służby. Kathryn Dance lubiła ich towarzystwo, lecz od śmierci Billa najczęściej spędzała wolny czas z dziećmi, nie chcąc zabierać ich do barów i restauracji z innymi dorosłymi – Dlatego wprowadziła przyjaciół do ich świata.

W lodówce poza piwem i napojami zwykle czekała butelka czy dwie chardonnaya, pinot grigio czy caberneta z winnic środkowego wybrzeża. Pod ręką był też nieco zardzewiały, ale sprawny grill, a prosto z ogrodu można było zejść do łazienki na dole. Wracając do domu, Dance nierzadko spotykała na Tarasie matkę, ojca albo kogoś znajomego z CBI czy biura szeryfa, przy kawie lub piwie. Każdy był tu mile widziany, bez względu na to, czy gospodyni była w domu, czy nie, czy gość zapowiedział wizytę, czy wpadał niespodziewanie; nawet kiedy Dance była w domu, czasem w ogóle nie wychodziła do przybyłych. Według niepisanej zasady Taras stał dla wszystkich otworem o każdej porze dnia i nocy, natomiast dom stanowił strefę zamkniętą, z wyjątkiem organizowanych przyjęć; miejsce na prywatność, sen i pracę było święte.