Выбрать главу

Dance weszła na Taras po stromych schodkach od strony ogrodu, niosąc karton z taśmami i kserokopiami, na którym chwiało się pudełko z kurczakiem kupionym w Albertsonsie. Powitały ją psy, czarny gładkowłosy retriever i czarny podpalany owczarek niemiecki. Potarmosiła je za uszy, rzuciła im kilka wyliniałych pluszowych zabawek, po czym zbliżyła się do dwóch mężczyzn siedzących na plastikowych krzesełkach.

– Cześć, kochanie. – Stuart Dance nie wyglądał na swoich siedemdziesiąt lat. Był wysoki i barczysty, i miał bujną czuprynę niesfornych siwych włosów. Czas spędzony na morzu i wybrzeżu odcisnął swoje pięt no na jego skórze; wyraźnie było widać parę blizn po skalpelu i laserze dermatologa. Formalnie rzecz biorąc, ojciec był na emeryturze, lecz kilka razy w tygodniu pracował w oceanarium i nic na świecie nie mogło go powstrzymać od wypraw na skaliste mielizny.

Przytulił policzek do twarzy córki.

– Hm – mruknął Albert Stemple, agent z wydziału kryminalnego CBI. Zwalisty, ogolony na zero mężczyzna, był ubrany w czarną koszulkę, dżinsy i wysokie sznurowane buty. Podobnie jak jej ojciec, miał blizny na twarzy, a także – o czym aluzyjnie napomykał – w innych miejscach, które rzadko wystawiał na światło dzienne, choć w jego wypadku blizny nie były dziełem dermatologa. Agent pił piwo, siedząc ze swobodnie wyciągniętymi przed siebie nogami. Funkcjonariusze CBI nie słynęli z kowbojskiego stylu bycia, lecz Albert Stemple był typem Wild Billa Hickoka postępującego według własnych zasad. Miał na koncie najwięcej aresztowań ze wszystkich agentów, a także najwięcej wniesionych przeciw niemu skarg (z drugiego rekordu był bardziej dumny).

– Dzięki, że miałeś wszystko na oku, A). Przepraszam, jestem później niż zamierzałam. – Pamiętając, jak Pell groził jej podczas przesłuchania – i że krąży gdzieś w okolicy – Dance poprosiła Stemple’a, aby przypilnował dzieci do jej powrotu. (O’Neil polecił miejscowym funkcjonariuszom mieć dom na oku, dopóki zbieg przebywał na wolności).

– Nie ma sprawy – burknął Stemple. – Overby postawi mi kolację.

– Charles sam ci to obiecał?

– Nie. Ale postawi. U nas cisza i spokój. Zrobiłem parę rundek wokół domu. Nic się nie dzieje.

– Chcesz coś do picia na drogę?

– Pewnie. – Wyciągnął z lodówki dwie butelki piwa Anchor Steam. – Nie martw się. Zanim siądę za kółko, będą puste. Na razie, Stu. – Cięż kie kroki zadudniły po Tarasie, który jęknął pod jego ciężarem.

Zniknął, a piętnaście sekund później Dance usłyszała warkot silnika forda crown victoria i pisk opon. Nie miała wątpliwości, że obydwa piwa spoczywają między masywnymi udami agenta.

Dance zajrzała do salonu przez pokryte zaciekami okna. Jej wzrok zatrzymał się na książce leżącej na stoliku. Ten widok o czymś jej przypomniał.

– Dzwonił może Brian?

– Ach, twój przyjaciel? Ten, który był na kolacji?

– Tak.

– Jak się nazywa?

– Gunderson.

– Ten z banku inwestycyjnego.

– Ten. Dzwonił?

– Nic o tym nie wiem. Chcesz spytać dzieci?

– Nie, nie trzeba. Jeszcze raz dziękuję, tato.

– Nie ma sprawy. – Zwrot pochodził z jego pobytu na Nowej Zelandii. Ojciec odwrócił się i zastukał w okno. – Pa!

– Zaczekaj, dziadku! – Z domu wybiegła Maggie, a jej kasztanowy warkocz podskakiwał przy każdym kroku. Dziewczynka trzymała książkę. – Cześć, mamo – powitała ją z entuzjazmem. – Kiedy wróciłaś?

– Przed chwilą.

– I nic nie powiedziałaś! – wykrzyknęła dziesięciolatka, poprawiając zsuwające się okulary.

– Gdzie twój brat?

– Nie wiem. U siebie. Kiedy kolacja?

– Za pięć minut.

– Co będziemy jeść?

– Zobaczysz.

Maggie otworzyła książkę i pokazała dziadkowi małą, szarofioletową muszlę kształtem przypominającą łodzika.

– Popatrz. Miałeś rację. – Nie próbowała wymówić nazwy.

– Amphissa columbiana – rzekł Stuart Dance, wyciągając długopis i notes, z którymi nigdy się nie rozstawał. Zapisał. Był trzydzieści lat starszy od córki i nie potrzebował okularów. Dance dowiedziała się kiedyś, że większość swoich przypadłości genetycznych odziedziczyła po matce.

– Przyniósł ją przypływ – wyjaśnił. – U nas taka muszla jest rzadkością. Ale Maggie udało się ją znaleźć.

– Po prostu sobie leżała – powiedziała dziewczynka.

– No dobrze, odmeldowuję się. Mój sierżant sztabowy szykuje kolację, muszę się więc stawić w wyznaczonym czasie. Dobranoc wszystkim.

– Pa, dziadku.

Gdy ojciec zszedł po schodkach, Dance kolejny raz podziękowała w duchu losowi, Bogu czy komukolwiek innemu za obecność tej dobrej, niezawodnej postaci w życiu wdowy z dziećmi.

Idąc do kuchni, usłyszała dzwonek telefonu. Rey Carraneo poinformował ją, że ford thunderbird znaleziony w Moss Landing został skradziony w zeszły piątek ze strzeżonego parkingu eleganckiej restauracji na Sunset Boulevard w Los Angeles. Podejrzanych nie było. Czekali na raport z policji Los Angeles, ale jak w większości wypadków kradzieży samochodów, nie było żadnych dowodów kryminalistycznych. Agentowi nie dopisało szczęście i nie znalazł hotelu, motelu ani pensjonatu, w którym zameldowałaby się wspólniczka.

– Jest ich mnóstwo – wyznał.

Witajcie na półwyspie Monterey.

– Musimy gdzieś upchać turystów, Rey. Szukaj dalej. I pozdrów żonę.

Dance zaczęła wypakowywać kolację.

Na przylegającą do kuchni oszkloną werandę wyszedł szczupły chłopiec o rudoblond włosach. Rozmawiał przez telefon. Mimo że Wes miał dopiero dwanaście lat, wzrostem niemal już dorównywał matce. Dance pokiwała na niego palcem, a gdy się zbliżył, pocałowała go w czoło. Nie wzdrygnął się, co było równoznaczne z wyznaniem „Bardzo cię kocham, najdroższa mamo”.

– Odłóż telefon – powiedziała. – Siadamy do kolacji.