Zupełnie jak mój zmarły mąż, pomyślała. Ten sam wiek, to samo dawne zajęcie.
– Najpierw był detektywem w policji w Seattle, potem wstąpił do biura. Pracuje w wydziale zwalczającym sekty i związane z nimi przestępstwa. Namierzają przywódców, prowadzą negocjacje z porywaczami zakładników i zapewniają członkom sekty terapię. Jednostkę założono po Waco.
Było to oblężenie siedziby sekty Davida Koresha w Teksasie przez agentów federalnych. Szturm, który miał na celu uratowanie członków sekty, zakończył się tragedią. Ranczo spłonęło, a większość ludzi w środku – w tym liczna grupa dzieci – zginęła.
– Ma w biurze niezłą reputację. Trochę sztywny, ale nie boi się po brudzić rąk. To dosłowny cytat z mojego kumpla i naprawdę nie mam pojęcia, co to znaczy. Aha, szefowo, jeszcze jedno. Chodzi o hasło „Nimue”. Nie ma nic w VICAP-ie ani innych naszych bazach. Zdążyłem sprawdzić kilkaset nicków sieciowych. Połowa z nich jest nieaktywna, a za resztą kryją się szesnastoletni komputerowcy. Ludzie o nazwiskach „Nimue” mieszkają przede wszystkim w Europie i nie znalazłem nikogo, kto mógłby mieć związek ze sprawą. Mam za to ciekawy wariant.
– Naprawdę? Jaki?
– Jest taka gra RPG. Wiesz, co to jest?
– Na komputer, prawda? Taką skrzynkę z kłębowiskiem kabli w środku?
– Poddaję się, szefowo. Akcja toczy się w średniowieczu, a gracze za bijają trolle i smoki i ratują dziewice. Swoją drogą my zarabiamy na życie podobnie. W każdym razie wcześniej nie znaleźliśmy nic o tej grze, bo jej nazwę inaczej się pisze. N-i-X-m-u-e, a logo ma duże czerwone X w środku. Ostatnio jedna z bardziej popularnych. Dochody ze sprzedaży idą w setki milionów. Ach, gdzież się podział mój ulubiony Pac Man?
– Nie sądzę, żeby Pell był typem gracza komputerowego.
– Ale na pewno jest typem, który zabił autora programów komputerowych.
– Słusznie. Przyjrzyj się temu. Ja jednak ciągle uważam, że to czyjeś imię albo pseudonim.
– Nie martw się, szefowo. Mogę sprawdzić jedno i drugie, bo dzięki tobie mam masę wolnego czasu.
– Podoba ci się muzyka?
– Poddaję się po raz drugi.
Dance wypuściła Dylana i Patsy, by załatwiły swoje wieczorne potrzeby, po czym zrobiła szybki obchód dookoła domu. Nie zauważyła żadnych podejrzanych samochodów zaparkowanych w pobliżu. Zagoniła psy z powrotem. Zwykle spały w kuchni, ale dziś oddała im do dyspozycji cały dom; gdyby zbliżył się tu ktoś obcy, narobiłyby wielkiego hałasu.
Dance weszła do pokoju Maggie i przez chwilę słuchała, jak dziewczynka gra na syntezatorze utwór Mozarta. Pocałowała ją na dobranoc i zgasiła światła.
Przez kilka minut siedziała z Wesem, opowiadającym jej o nowym chłopcu na obozie, który przeprowadził się tu kilka miesięcy temu. Rozegrali dzisiaj kilka meczów.
– Chcesz go zaprosić na jutro z rodzicami? Na urodziny dziadka?
– Nie. Chyba nie.
Po śmierci ojca Wes stał się bardziej nieufny i mniej towarzyski.
– Na pewno?
– Może trochę później. Nie wiem… Mamo?
– Słucham, najdroższy synu. Westchnął z rozdrażnieniem. – Tak?
– Czemu ciągle masz przy sobie broń?
Dzieci… nic nie umknie ich uwagi.
– Całkiem o niej zapomniałam. Zaraz trafi do sejfu.
– Mogę jeszcze trochę poczytać?
– Jasne. Dziesięć minut. Co to za książka?
– „Władca pierścieni”. – Spojrzał na nią, lecz nie otwierał. – Mamo?
– Tak?
Nie doczekała się jednak niczego więcej. Pomyślała, że wie, o co mu chodzi. Była gotowa mu powiedzieć, gdyby chciał. Ale miała nadzieję, ze nie zapyta; to był naprawdę długi dzień.
– Nic – powiedział w końcu Wes tonem oznaczającym „tak naprawdę chcę o czymś porozmawiać, ale jeszcze nie teraz”. Wróci! do Śródziemia.
– Gdzie są hobbity? – spytała, wskazując książkę.
– W Shire. Szukają ich Czarni Jeźdźcy.
– Piętnaście minut.
– Dobranoc, mamo.
Dance wsunęła glocka do schowka. Ustawiła zamek na prosty trzycyfrowy kod, by mogła otworzyć sejf w ciemnościach. Spróbowała z zamkniętymi oczami. Operacja trwała nie dłużej niż dwie sekundy.
Wzięła prysznic, włożyła piżamę i wśliznęła się pod ciepłą kołdrę, czując, jak zmartwienia minionego dnia spowijają ją jak zapach lawendy ze stojącego przy łóżku potpourri.
Gdzie jesteś?, pytała bezgłośnie Daniela Pella. Kim jest twoja wspólniczka?
Co teraz robisz? Spisz? Jeździsz po osiedlach, szukając kogoś albo czegoś? Znów zamierzasz kogoś zabić?
Jak mam się dowiedzieć, dlaczego tu zostałeś?
Powoli zapadając w sen, usłyszała w myślach słowa z nagrania, które niedawno obejrzała z Michaelem O’Neilem.
– Dzieci też nie mam. Muszę przyznać, że żałuję… Ale jestem młody. Mam jeszcze czas, prawda?
– Och, Danielu, jeżeli weźmiesz się w garść, nie ma żadnego powodu, żebyś nie mógł założyć własnej rodziny.
Otworzyła oczy. Przez kilka minut leżała w łóżku, wpatrując się w konfiguracje cieni na suficie. Po chwili wsunęła kapcie i ruszyła do salonu.
– Idźcie spać – rozkazała psom, które mimo to obserwowały ją uważnie przez następną godzinę, gdy jeszcze raz przetrząsała zawartość pudła przygotowanego przez Mortona Walkera.
Wtorek
Rozdział 21
Wczesnym rankiem Kathryn Dance z TJ-em siedzieli w narożnym gabinecie Charlesa Overby’ego, słysząc bębnienie deszczu o szyby. Turyści sądzili, że w klimacie zatoki Monterey przeważa duże zachmurzenie i częste opady. W rzeczywistości półwysep zwykle usychał z tęsknoty za deszczem, a przyczyną szarości nieba była typowa dla Zachodniego Wybrzeża mgła. Dziś jednak naprawdę lało.
– Chcę cię o coś prosić, Charles.
– O co?
– O zgodę na pewne wydatki.
Charles Overby na wszystko zwracał baczną uwagę.