Выбрать главу

Odpowiedział jej stoicki uśmiech. Michael O’Neil był w tym mistrzem.

– Dzisiaj medycyna potrafi zdziałać cuda – ciągnęła. Nie miała pojęcia, czego medycyna może dokonać dla Millara. W ciągu kilku ostatnich lat Dance i O’Neil nieraz mieli powody, by się wzajemnie pocieszać, głównie w sytuacjach zawodowych, a czasem osobistych, jak na przy kład śmierć jej męża czy pogarszający się stan umysłowy ojca O’Neila. Żadne z nich nie umiało zbyt dobrze wyrażać współczucia; wygłaszając banały, mogliby nadwerężyć łączącą ich więź. Zwykle wystarczała po prostu wzajemna obecność.

– Miejmy nadzieję.

Gdy dochodzili do drzwi, zadzwonił do niej agent FBI Winston Kellogg ze swojej tymczasowej kwatery w CBI. Dance przystanęła, a O’Neil poszedł na parking.

Poinformowała Kellogga o stanie Millara, natomiast od niego dowiedziała się, że agentom FBI nie udało się znaleźć w Bakersfield żadnych świadków, którzy widzieliby kogoś włamującego się do szopy należącej do ciotki Pella, by skraść stamtąd młotek. Federalni eksperci kryminalistyczni nie potrafili także ustalić, kto kupił portfel z wytłoczonymi inicjałami R. H., który znaleziono w studni.

– Aha, Kathryn, jeżeli Linda Whitfield dostanie zgodę z niebios, w Oakland czeka na nią zatankowany samolot. Jeszcze jedno. Co z trzecią kobietą?

– Samanthą McCoy?

– Tak. Dzwoniłaś do niej?

W tym momencie Dance przypadkiem spojrzała na parking. Zobaczyła, jak Michael O’Neil zatrzymuje się i podchodzi do niego atrakcyjna blondynka. Kobieta uśmiechnęła się do niego, objęła go i pocałowała. O’Neil odwzajemnił pocałunek.

– Kathryn – odezwał się w słuchawce Kellogg. – Jesteś tam?

– Słucham?

– Pytałem o Samanthę McCoy.

– Przepraszam. – Dance oderwała wzrok od O’Neila i blondynki.

Nie. Jadę teraz do San Jose. Jeżeli zadała sobie tyle trudu, żeby zmienić tożsamość, chcę się z nią spotkać osobiście. Wydaje mi się, że sam telefon nie przekona jej do przyjazdu.

Rozłączyła się, podchodząc do O’Neila i kobiety, którą trzymał w objęciach.

– Kathryn.

– Annę, miło cię widzieć – powiedziała Dance do żony detektywa. Wymieniły uśmiechy i informacje o dzieciach, po czym Annę ruchem głowy wskazała budynek szpitalny.

– Przyszłam zobaczyć Juana. Mikę mówi, że z nim niedobrze.

– To prawda. Bardzo źle. Jest nieprzytomny. Ale są tam jego rodzice. Na pewno się ucieszą z towarzystwa.

Annę miała przewieszony przez ramię niewielki aparat Leica. Dzięki fotografowi pejzażyście Anselowi Adamsowi i stworzonej przez niego Grupie f/64, północna i środkowa Kalifornia stała się jedną z największych mekk fotografików. Annę prowadziła w Carmel galerię sprzedającą zdjęcia kolekcjonerskie; „kolekcjonerskie”, czyli autorstwa nieżyjących już fotografów: Adamsa, Alfreda Stieglitza, Edwarda Westona. Imogen Cunningham, Henri Cartiera-Bressona. Annę współpracowała także z kilkoma gazetami, między innymi z dużymi dziennikami z San Jose i San Francisco.

– Michael mówił ci o dzisiejszym przyjęciu? – spytała Dance. – Mój ojciec świętuje urodziny.

– Mówił. Chyba uda się nam przyjść.

Annę jeszcze raz pocałowała męża i skierowała się do szpitala.

– Na razie, kochanie.

– Pa, skarbie.

Dance pożegnała oboje skinieniem głowy i wsiadła do samochodu, rzucając torebkę Coach na fotel pasażera. Zatrzymała się na stacji Shell, żeby zatankować i posilić się pączkiem z kawą, a następnie ruszyła autostradą numer jeden na północ, widząc przed sobą piękną panoramę zatoki Monterey. Minęła kampus uniwersytetu CSUMB znajdujący się w miejscu dawnego Fortu Ord (była to prawdopodobnie jedyna uczelnia w kraju, z której okien widać teren wojskowy naszpikowany niewypałami). Zauważyła duży banner zapowiadający jakąś ważną konferencję informatyczną, która miała się odbyć w weekend. Przypomniała sobie, że uniwersytet otrzymał w spadku po Williamie Croytonie większość należącego do niego sprzętu i oprogramowania. Jeśli informatycy wciąż prowadzili badania na podstawie jego prac sprzed ośmiu lat, Croyton musiał być prawdziwym geniuszem. Programy, z których korzystali Wes i Maggie, traciły aktualność po roku, najwyżej dwóch latach. Ciekawe, ilu komputerowych wynalazków pozbawił świata Daniel Pell, mordując Williama Croytona.

Dance przerzuciła strony notesu, znalazła numer pracodawcy Samanthy McCoy, zadzwoniła i poprosiła o połączenie z jej firmą, gotowa odłożyć słuchawkę, gdyby telefon odebrała Samantha. Usłyszała jednak od sekretarki, że pani Sarah Starkey pracuje dziś w domu. Dance rozłączyła się, po czym poleciła TJ-owi, aby przesłał jej SMS z serwisu Map-Quest z opisem trasy do domu Samanthy.

Po kilku minutach, akurat w chwili, gdy włączyła odtwarzacz CD, odezwała się jej komórka. Dance zerknęła na wyświetlacz. Traf chciał, że gdy Fairfield Four zaczynali śpiewać przerwaną wcześniej pieśń gospel, w słuchawce odezwał się głos Lindy Whitfield telefonującej z kościoła.

Amazing grace, how sweet the sound…

– Agentko Dance…

– Proszę mi mówić Kathryn.

.…that saveda wretch like me…

– Chciałam tylko powiedzieć, że jeżeli jeszcze pani chce, przyjadę jutro rano, żeby pani pomóc.

– Tak, będę wdzięczna za pomoc. Zadzwoni do pani ktoś ode mnie i ustali szczegóły. Bardzo, bardzo pani dziękuję.

.I once was lost, but now I amfound…

Po chwili wahania Linda odrzekła oficjalnym tonem:

– Proszę bardzo.

To już dwie, pomyślała Dance. Ciekawe, czy zjazd rodzinny w końcu dojdzie do skutku.

Rozdział 23

Siedząc przed otwartym oknem w motelu Sea View, Daniel Pell niewprawnie stukał w klawiaturę notebooka. Udało mu się skorzystać z komputerów w San Quentin i w Capitoli, ale nie miał czasu posiedzieć przy nich dłużej i poznać ich działania. Dziś cały ranek spędził przed laptopem Jennie. Ogłoszenia, wiadomości, porno… zdumiewające.

Atrakcyjniejsza od seksu była jednak możliwość uzyskania informacji o ludziach. Ignorując sprośności, Pell zabrał się do pracy. Najpierw zapoznał się ze wszystkim, co dotyczyło Jennie – przeczytał przepisy kulinarne (tony przepisów), e-maile, zakładki stron internetowych, upewniając się, czy naprawdę jest osobą, za jaką się podawała (okazało się, że tak). Następnie zaczął szukać w sieci ludzi z przeszłości – zależało mu, by ich znaleźć – ale nie miał zbyt wiele szczęścia. Spróbował wygrzebać coś z dokumentacji podatkowej, rejestrów aktów własności i urzędu stanu cywilnego, lecz przekonał się, że wszędzie trzeba mieć kartę kredytową. A karty kredytowe, podobnie jak telefony komórkowe, pozostawiają wyraźne ślady.