– Ten kwas to ocet – ściśle mówiąc, ocet słodowy, bo aminokwas i glukoza wskazują na obecność karmelowego barwnika. Według moich danych jest powszechnie używany w kuchni brytyjskiej, w daniach podawanych w pubach i potrawach z owoców morza. Pamiętasz Thoma? To on mi pomógł w szczegółach.
– Oczywiście, że pamiętam. Pozdrów go ode mnie. – Opiekun Rhyme’a był wyśmienitym kucharzem. W grudniu zeszłego roku poczęstował ją najlepszą wołowiną bourguignon, jaką w życiu jadła.
– Przykro mi, że ślad nie zaprowadzi cię do jego drzwi – dodał kryminalistyk.
– Nie, to świetnie, Lincoln. Będę mogła zdjąć ludzi z terenów, które właśnie przeszukują. I wysłać ich tam, gdzie są bardziej potrzebni.
– Dzwoń, kiedy tylko zechcesz. Chciałbym przyłożyć rękę do złapania tego gagatka.
Pożegnali się.
Następnie Dance zadzwoniła do O’Neila, aby mu powiedzieć, że kwas przypuszczalnie pochodził z restauracji „Jack’s Seafood” i nie doprowadzi ich do Pella ani nie pomoże odkryć jego planów. Funkcjonariuszy prawdopodobnie lepiej wysłać na poszukiwanie zbiega.
Rozłączyła się i dalej jechała na północ znajomą autostradą, którą dotarłaby do San Francisco, gdzie osmiopasmowa droga 101 wtapiała się w ulicę miasta, Van Ness. Lecz będąc sto dwadzieścia kilometrów od Monterey, Dance skręciła na zachód i wkrótce znalazła się na przedmieściach rozległego San Jose, miasta, które w starej piosence Burta Bacharacha i Hala Davida „Do You Know the Way to San Jose?” stanowiło zupełne przeciwieństwo narcystycznego Los Angeles. A dziś, oczywiście dzięki Dolinie Krzemowej, San Jose zdążyło nabrać przekonania o własnej wielkości.
Kierując się wskazówkami z MapQuest, pokonała labirynt dzielnic mieszkaniowych i dotarła do osiedla prawie identycznych domów; jeżeli symetrycznie rozmieszczone drzewa znalazły się tu jako sadzonki, Dance oceniła wiek osiedla na około dwadzieścia pięć lat. Domy były skromne, nijakie, małe – mimo to każdy był wart grubo ponad milion dolarów.
Odnalazła poszukiwany budynek i minęła go, parkując po drugiej stronie ulicy, przecznicę dalej. Pieszo wróciła pod dom, gdzie na podjeździe stały czerwony jeep i granatowa acura, a na trawniku plastikowy trójkołowy rowerek. Zobaczyła, że w środku palą się światła. Podeszła do drzwi ocienionych werandą. Wcisnęła guzik dzwonka. Przygotowała sobie zmyślony powód wizyty na wypadek, gdyby otworzył jej mąż lub dzieci Samanthy McCoy. Wydało się mało prawdopodobne, żeby kobieta nie wyjawiła mężowi prawdy o swojej przeszłości, ale lepiej przyjąć założenie, że nic nie wiedział. Dance potrzebowała jej pomocy i nie chciała jej do siebie zrażać.
Otworzyły się drzwi, za którymi zobaczyła szczupłą kobietę o wąskiej, ładnej twarzy, przypominającą aktorkę Cate Blanchett. Nosiła modne okulary w niebieskich oprawkach i miała ciemne kręcone włosy. Wychyliła się przez szparę w drzwiach, kościstą ręką trzymając się framugi.
– Tak?
– Pani Starkey?
– Zgadza się. – W jej twarzy trudno było rozpoznać rysy Samanthy McCoy sprzed ośmiu lat; kobieta przeszła poważną operację plastyczną. Ale jej oczy nie pozostawiały wątpliwości, kim jest. Nie zdradził tego ich wygląd, lecz błysk szoku i przerażenia.
Agentka powiedziała cicho:
– Jestem Kathryn Dance, Biuro Śledcze Kalifornii. – Kobieta zerknęła na dyskretnie pokazaną legitymację, ale tak szybko, że na pewno nie zdołała odczytać ani słowa.
Z głębi domu zawołał męski głos:
– Kto to, kochanie?
Patrząc jej prosto w oczy, Samantha McCoy odpowiedziała:
– Ta kobieta z naszej ulicy, którą poznałam w Safewayu. Opowiada łam ci.
W ten sposób Dance uzyskała odpowiedź na pytanie, czy jej przeszłość jest dla innych tajemnicą. Nieźle, pomyślała. Wprawni kłamcy zawsze mają gotowe odpowiedzi i znają osobę, którą okłamują. Reakcja Samanthy powiedziała jej, że mąż nie pamięta przypadkowych rozmów oraz że Samantha dokładnie zaplanowała i przećwiczyła każdą sytuację, w jakiej będzie zmuszona kłamać.
Kobieta wyszła z domu, zamykając za sobą drzwi, po czym obie ruszyły w kierunku ulicy. Widząc ją nieosłoniętą siatkowymi drzwiami, Dance zobaczyła, jak mizernie wygląda Samantha McCoy. Zaczerwienione, podkrążone oczy, sucha skóra na twarzy, spękane usta. Miała złamany paznokieć. Wyglądała, jakby spędziła bezsenną noc. Dance zrozumiała, dlaczego dziś „pracowała w domu”.
Kobieta zerknęła na dom, po czym odwróciła się do Dance i patrząc na nią błagalnie, szepnęła:
– Nie miałam z tym nic wspólnego, przysięgam. Słyszałam, że ktoś mu pomaga, jakaś kobieta. Widziałam w wiadomościach, ale…
– Nie, nie, nie po to przyjechałam. Sprawdziłam panią. Pracuje pani w wydawnictwie na Figueroa. Wczoraj spędziła tam pani cały dzień.
Popłoch.
– Czy…
– Nikt nie wie. Zadzwoniłam w sprawie dostarczenia zamówionego towaru.
– Ach… Toni mówiła, że ktoś próbował mi coś doręczyć i o mnie pytał. A więc to pani. – Potarła twarz i skrzyżowała ramiona. Gesty negacji. Była kłębkiem nerwów.
– To pani mąż? – spytała Dance.
Przytaknęła.
– Nie wie?
– Nawet nie podejrzewa.
Nie do wiary, pomyślała Dance.
– Czy ktokolwiek wie?
– Kilku urzędników w sądzie, gdzie zmieniałam nazwisko. Mój kurator.
– A przyjaciele i rodzina?
– Moja matka nie żyje. Ojca zupełnie nie obchodzę. Zanim pozna łam Pella, nie mogliśmy znaleźć wspólnego języka. Po morderstwie Croytonów przestali do mnie oddzwaniać. A dawni przyjaciele? Niektórzy przez jakiś czas utrzymywali ze mną kontakt, ale zadawać się z kimś takim jak Daniel Pell? Powiedzmy, że znaleźli sobie wymówki, żeby jak najszybciej zniknąć z mojego życia. Wszystkich swoich obecnych znajomych poznałam jako Sarah. – Znów odwróciła się w stronę domu, a potem z niepokojem spojrzała na Dance. – Czego pani ode mnie chce? – Pytanie zadała szeptem.
– Na pewno ogląda pani wiadomości. Nie znaleźliśmy jeszcze Pella. Ale nie opuścił okolic Monterey. I nie wiemy dlaczego. Rebecca i Linda przyjadą nam pomóc.
– Przyjadą? – Wyglądała na zdumioną.
– Chciałabym, żeby pani też przyjechała.
– Ja? – Zadrżały jej usta. – Nie, nie, nie mogę. Proszę… – Głos zaczął się jej załamywać.
Dance zauważyła początki histerii. Zapewniła ją pospiesznie:
– Proszę się nie bać. Nie zamierzam rujnować pani życia. Nie zamierzam nikomu o pani mówić. Proszę tylko o pomoc. Nie potrafimy zrozumieć, o co mu chodzi. Być może wie pani coś…