– Niczego nie wiem. Naprawdę. Daniel Pell nie jest żadnym mężem, bratem ani przyjacielem. To potwór. Wykorzysta! nas. To wszystko. Mieszkałam z nim przez dwa lata i nie umiem powiedzieć nic o tym, co się działo w jego głowie. Musi mi pani uwierzyć. Przysięgam.
Klasyczne sygnały zaprzeczenia świadczące nie o fałszu, ale stresie z przeszłości, z którym nie mogła sobie poradzić.
– Będzie pani doskonale chroniona, jeżeli o to…
– Nie. Przykro mi. Chciałabym pomóc. Musi pani zrozumieć. Zbudowałam sobie nowe życie. Ale kosztowało mnie to mnóstwo pracy i jest takie kruche.
Wystarczyło spojrzeć na jej twarz, przerażone oczy i drżące wargi, by wiedzieć, że kobieta nigdy się nie zgodzi.
– Rozumiem.
– Przykro mi. Po prostu nie mogę.
Samantha odwróciła się i podeszła do domu. W drzwiach obejrzała się i nagle rozpromieniła w uśmiechu.
Czyżby zmieniła zdanie? W Dance wstąpiła nowa nadzieja. Kobieta pomachała do niej.
– Do zobaczenia! – zawołała. – Miło było znów panią widzieć.
Samantha McCoy i jej kłamstwo zniknęły za drzwiami domu.
Rozdział 24
Słyszałeś o tym? – zapytała Susan Pemberton Cesara Gutierreza siedzącego naprzeciw niej w hotelowym barze. Słodząc kawę latte, wskazała na telewizor, gdzie pod sylwetką spikera czytającego wiadomości wyświetlano miejscowy numer telefonu. Gorąca linia w sprawie zbiega.
– Nie powinno być „linia specjalna”? – spytał z powątpiewaniem Gutierrez.
Susan spojrzała na niego zaskoczona.
– Nie mam pojęcia.
Biznesmen ciągnął:
– Nie chcę tego broń Boże lekceważyć. To straszne. Podobno za bił dwie osoby. – Przystojny Latynos wsypał do cappuccino odrobinę cynamonu, brudząc sobie przyprawą spodnie. – No nie, popatrz tylko. Ależ ze mnie niezdara. – Roześmiał się. – Nie można mnie nigdzie zabrać.
Potarł plamę, co tylko pogorszyło sprawę.
– Trudno.
Było to spotkanie w interesach – Susan jako przedstawicielka firmy zajmującej się organizacją imprez miała urządzić przyjęcie z okazji rocznicy ślubu jego rodziców – ale ponieważ trzydziestodziewięcioletnia kobieta była obecnie samotna, mimowolnie otaksowała Gutierreza z osobistego punktu widzenia, zauważając, że jest tylko kilka lat starszy od niej i nie nosi obrączki.
Najpierw omówili szczegóły przyjęcia – drinki na koszt własny, menu złożone z kurczaka i ryby, otwarcie wina, piętnaście minut na odnowienie przysięgi małżeńskiej, a potem tańce przy muzyce serwowanej przez DJ-a.
Teraz gawędzili przy kawie przed jej powrotem do biura, gdzie miała przygotować kosztorys imprezy.
– Może już go złapali. – Gutierrez wyjrzał na zewnątrz, marszcząc brwi.
– Coś nie tak? – spytała Susan.
– Wiem, że to zabawne. Ale kiedy tu wchodziłem, widziałem, jak przed hotelem zatrzymał się jakiś samochód. I wysiadł z niego ktoś trochę podobny do Pella. – Pokazał na telewizor.
– Do kogo? Do mordercy?
Skinął głową.
– A za kierownicą siedziała kobieta.
Spiker właśnie powtórzył, że zbiegowi pomaga młoda kobieta.
– Dokąd poszedł?
– Nie zwróciłem uwagi. Chyba w stronę podziemnego parkingu, obok banku.
Spojrzała w tę stronę. Biznesmen nagle się uśmiechnął.
– Ale to przecież szaleństwo. Niemożliwe, żeby tu był. – Ruchem głowy wskazał jakieś miejsce za bankiem. – Co to za banner? Widziałem go już wcześniej.
– Ach, koncert w piątek. W ramach festiwalu Johna Steinbecka. Czytałeś jego książki?
– Oczywiście – odparł biznesmen. – „Na wschód od Edenu”. „Długa dolina”. Byłaś kiedyś w King City? Cudowne miejsce. Dziadek Steinbecka miał tam ranczo.
Nabożnym gestem położyła dłoń na piersi.
– „Grona gniewu”… najlepsza powieść wszech czasów.
– I w piątek jest koncert? Jaki?
– Jazzowy. Wiesz, w związku z Monterey Jazz Festival. Moim ulubionym.
– Ja też uwielbiam jazz – odrzekł Gutierrez. – Kiedy tylko mogę, przyjeżdżam na festiwal.
– Naprawdę? – Susan powstrzymała chęć, by dotknąć jego ramienia.
– Może spotkamy się na następnym.
– Czasem się martwię… Chciałabym, żeby więcej ludzi słuchało takiej muzyki. Prawdziwej. Dzieciaki chyba w ogóle się nią nie interesują.
– Wypijmy za to. – Gutierrez stuknął swoim cappuccino w jej filiżankę. – Moja była żona… pozwala naszemu synowi słuchać rapu. Słyszałaś kiedyś te ich teksty? Obrzydlistwo. A chłopak ma dopiero dwa naście lat.
– To w ogóle nie jest muzyka – orzekła Susan, myśląc: a więc ma byłą żonę. Świetnie. Przyrzekła sobie nie spotykać się nigdy więcej z kimś, kto przekroczył czterdziestkę, a nie był wcześniej żonaty.
Po chwili wahania Gutierrez spytał:
– Nie zamierzasz tam przypadkiem iść? Na koncert w piątek?
– Tak, zamierzam.
– Właściwie nie wiem, jaką masz sytuację, ale gdybyś szła, może się podłączę?
– Och, Cesar, byłoby przyjemnie.
Podłączę…
Dziś było to równoznaczne z oficjalnym zaproszeniem.
Gutierrez przeciągnął się i oświadczył, że chce ruszać w drogę. Dodał, że miło mu było ją poznać i bez wahania podał jej świętą trójcę telefonów: numer do pracy, do domu i numer komórki. Wziął aktówkę i razem ruszyli do wyjścia. Zauważyła jednak, że Gutierrez przystaje i zza okularów w ciemnych oprawkach podejrzliwie rozgląda się po holu. Znów zmarszczył brwi.
– Coś nie tak?
– To chyba on – szepnął. – Ten, którego widziałem wcześniej. Tam, widzisz? Był tu, w hotelu. Patrzy w naszą stronę.
W holu stało mnóstwo tropikalnych roślin. Susan mignęła jakaś postać, która odwróciła się i szybko wyszła z budynku.