– Daniel Pell?
– Niemożliwe. To głupie… Jakaś siła sugestii czy coś takiego.
Podeszli do drzwi i zatrzymali się. Gutierrez wyjrzał na zewnątrz.
– Zniknął.
– Myślisz, że powinniśmy powiedzieć w recepcji?
– Raczej zadzwonię na policję. Pewnie się mylę, ale co mi szkodzi? – Wyciągnął komórkę i wstukał numer 911. Po krótkiej rozmowie rozłączył się. – Powiedzieli, że przyślą kogoś, żeby to sprawdzić. Nie słyszałem entuzjazmu. Oczywiście mają setkę takich telefonów na godzinę. Jeżeli chcesz, odprowadzę cię do biura.
– Nie mam nic przeciwko temu. – Nie obawiała się spotkania ze zbiegłym więźniem, po prostu miała ochotę trochę dłużej pobyć z Gutierrezem.
Szli główną ulicą centrum, Alvarado. Dziś, opanowana przez restauracje, sklepy dla turystów i kafejki, wyglądała zupełnie inaczej niż przed stu laty, gdy w czasach Dzikiego Zachodu żołnierze i robotnicy z Cannery Row pili tu, włóczyli się po burdelach i od czasu do czasu strzelali.
W drodze do samochodu Gutierrez i Susan rozmawiali przyciszonymi głosami, rozglądając się wokół siebie. Susan zauważyła, że ulice są dziwnie puste. Czyżby przez komunikaty o zbiegu? Zaczynała się niepokoić.
Jej biuro znajdowało się obok placu budowy, przecznicę od Alvarado. Piętrzyły się tu sterty materiałów budowlanych; Susan pomyślała, że gdyby Pell tędy przechodził, mógł się za nimi ukryć. Zwolniła.
– To twój samochód? – spytał Gutierrez.
Skinęła głową.
– Coś nie tak?
Susan skrzywiła się, pokrywając zmieszanie śmiechem. Wyznała mu, że boi się Pella, który może się czaić na budowie. Uśmiechnął się.
– Nawet gdyby tam był, nie zaatakuje dwóch osób. Chodź.
– Zaczekaj, Cesar – powiedziała, sięgając do torebki. Podała mu nie wielki czerwony cylinder. – Proszę.
– Co to jest?
– Gaz pieprzowy. Na wszelki wypadek.
– Nic nam nie grozi. Jak to działa? – Zaśmiał się. - Nie chcę sobie prysnąć w twarz.
– Trzeba po prostu wycelować i nacisnąć tutaj. Działa od razu.
Zanim dotarli do samochodu, Susan czuła się coraz bardziej głupio.
Przecież za stertą cegieł nie czyha na nią żaden oszalały morderca. Obawiała się, czy przez swoją strachliwość nie straciła kilku punktów w rozgrywce wstępnej przed randką. Sądziła, że nie. Gutierrezowi spodobała się rola szarmanckiego dżentelmena. Otworzyła drzwi.
– Chyba już mogę ci to zwrócić – rzekł, podając jej gaz.
Wyciągnęła rękę.
Nagle Gutierrez rzucił się na nią, chwycił ją za włosy i brutalnie szarpnął jej głowę do tyłu. Wepchnął dyszę pojemnika do jej ust, rozchylonych w stłumionym krzyku.
I nacisnął pompkę.
Chyba najszybszym sposobem zdobycia nad kimś kontroli jest zadanie mu cierpienia, pomyślał Daniel Pell.
Wciąż w przebraniu latynoskiego biznesmena, które świetnie spełniło zadanie, jechał samochodem Susan Pemberton w stronę odludzia niedaleko oceanu, na południe od Carmel.
Cierpienie… Trzeba zadać dotkliwy ból, dać trochę czasu na ochłonięcie, a potem zagrozić jeszcze większym bólem. Eksperci twierdzą, że tortury są nieskuteczne. Mylą się. Tortury nie są eleganckie. I nie są estetyczne. Ale naprawdę działają.
Rozpylał gaz w usta i nos Susan Pemberton zaledwie przez sekundę, ale po jej zduszonym jęku i spazmatycznych ruchach kończyn poznał, że ból musi być nie do zniesienia. Pozwolił jej ochłonąć. Potrząsnął miotaczem przed jej przerażonymi, załzawionymi oczami. I natychmiast otrzymał od niej dokładnie to, czego chciał.
Oczywiście nie zaplanował manewru ze sprayem; miał w aktówce taśmę izolacyjną i nóż. Lecz postanowił zmienić plany, gdy kobieta, ku jego rozbawieniu, sama podała mu pojemnik z gazem – ściśle rzecz biorąc, jego alter ego, Cesarowi Gutierrezowi.
Daniel Pell miał do załatwienia kilka spraw w publicznych miejscach, a ponieważ w telewizji co pół godziny pokazywano jego zdjęcie, musiał się przedzierzgnąć w kogoś innego. Gdy Jennie Marston przyprowadziła toyotę od naiwniaka, któremu podobały się damskie dekolty, po drodze kupiła barwnik do tkanin i krem samoopalający. Pell sporządził z tego miksturę i dodał do kąpieli, aby przyciemnić sobie skórę. Ufarbował włosy i brwi na czarno, a za pomocą ścinków włosów i kleju Skin-Bond spreparował sobie całkiem realistyczne wąsy. Nie mógł nic zrobić z oczami. Nie wiedział, gdzie może znaleźć szkła kontaktowe zmieniające błękit w brąz, jeśli w ogóle takie były. Ale uznał, że tanie okulary do czytania z przydymionymi szkłami powinny odwrócić uwagę od błękitu jego źrenic.
Wcześniej Pell zadzwonił do Brock Company i rozmawiał z Susan Pemberton, która zgodziła się spotkać z nim w sprawie organizacji przyjęcia rocznicowego. Ubrał się w tani garnitur kupiony przez Jennie w Mervyns i ruszył na spotkanie w „Doubletree”, gdzie przystąpił do pracy, w której Daniel Pell był mistrzem.
Och, jakież to było przyjemne! Bawiąc się Susan jak marionetką, wpadł w euforię, większą od upojenia, jakiego doznawał, obserwując Jennie obcinającą włosy, wyrzucającą bluzkę, czy krzywiącą się z bólu, gdy wieszakiem na ubrania smagał jej chudy tyłek.
Odtwarzał w pamięci wszystkie zastosowane przez siebie techniki: znalazł wspólny lęk (zbiegły z więzienia morderca) i wspólne pasje (Johna Steinbecka i jazz, o których wiedział niewiele, lecz nieźle potrafił blefować); wdał się we flirt (jej spojrzenie na jego palec serdeczny i stoicki uśmiech, gdy wspomniał o dzieciach, powiedziały mu wszystko o życiu uczuciowym Susan Pemberton); zrobił jakieś głupstwo i sam się z tego roześmiał (rozsypany cynamon); wzbudził jej współczucie (wredna była żona rujnowała życie synowi); zagrał przyzwoitego człowieka (przyjęcie dla ukochanych rodziców, rycerskie odprowadzenie Susan do samochodu); uwolnił się od jakichkolwiek podejrzeń (fałszywy telefon pod 911).
Krok po kroku zdobywał jej zaufanie – i w konsekwencji zdobywał kontrolę.
Nie było lepszej jazdy niż świadomość, że znów może uprawiać swoją sztukę w rzeczywistości.
Pell znalazł skręt. Droga prowadziła przez gęsty las w stronę oceanu. W sobotę przed ucieczką Jennie przeprowadziła dla niego rekonesans i odnalazła to odludne miejsce. Jadąc zapiaszczoną drogą, minął tablicę informującą o wjeździe na teren prywatny. Zatrzymał samochód Susan w piasku na końcu drogi, w miejscu zupełnie niewidocznym z autostrady. Gdy wysiadł, usłyszał szum fal rozbijających się o stare molo niedaleko. Słońce chyliło się coraz niżej. Widok był piękny.
Nie musiał czekać długo. Jennie zjawiła się przed umówioną godziną. Ucieszył się; jeśli ludzie przychodzą za wcześnie, to znak, że masz nad nimi kontrolę. Spóźnialskich zawsze lepiej mieć na oku.