Выбрать главу

– Prezenty po torcie – oznajmiła Edie Dance. – A tort po kolacji.

– Cześć, mamo. – Dance nie zawsze obejmowała matkę, ale dziś Edie uściskała ją czule, by móc szepnąć jej do ucha, że chce z nią porozmawiać o Juanie Millarze.

Weszły do salonu. Dance natychmiast zwróciła uwagę na zatroskaną minę matki.

– O co chodzi?

– Jeszcze się trzyma. Kilka razy się ocknął. – Rozejrzała się, prawdo podobnie sprawdzając, czy w pobliżu nie ma dzieci. – Tylko na parę sekund. Nie ma mowy, żeby złożył wam zeznania. Ale…

– Co, mamo?

Jeszcze bardziej ściszyła głos.

– Stałam przez jakiś czas przy nim. Obok nie było nikogo. Zobaczy łam, że otworzył oczy. To znaczy jedno, to niezabandażowane. Poruszył ustami. Pochyliłam się. Powiedział… – Edie znów obejrzała się przez ramię. – Powiedział: „Zabijcie mnie’”. I powtórzył. Potem zamknął oczy.

– Tak bardzo go boli?

– Nie, jest tak nafaszerowany lekami, że niczego nie czuje. Ale pa trzy na bandaże. Widzi sprzęt. Nie jest głupi.

– Jest przy nim rodzina?

– Prawie cały czas. Jego brat siedzi tam na okrągło. Bez przerwy pa trzy nam na ręce. Jest przekonany, że Juan nie ma właściwej opieki, bo jest Latynosem. I wygłosił jeszcze kilka uwag na twój temat.

Dance skrzywiła się.

– Przepraszam, ale myślę, że powinnaś wiedzieć.

– Dobrze, że mi powiedziałaś.

Martwiła się – nie Juliem Millarem rzecz jasna. Z nim mogła sobie poradzić. Przygnębił ją brak nadziei młodego detektywa. Zabijcie mnie…

– Dzwoniła Betsey? – spytała Dance.

– Ach, twoja siostra nie może przyjechać – odparła Edie nienaturalnie pogodnym tonem, w którego podtekście kryła się irytacja na młodszą córkę za to, że nie raczy poświęcić czterech godzin na podróż z San ta Barbara, by zjawić się na urodzinach ojca. Oczywiście w odwrotnej sytuacji, gdyby to Dance miała tam pojechać, prawdopodobnie nie mogłaby tego zrobić ze względu na prowadzoną obławę. Jednak zgodnie z panującą w rodzinie zasadą, hipotetyczne wykroczenia się nie liczyły, tak więc tym razem walkowerem wygrała Dance, a Betsey zarobiła duży minus.

Gdy wróciły na Taras, Maggie spytała:

– Mamo, możemy wypuścić Dylana i Patsy?

– Zobaczymy. – Na przyjęciach psy bywały niesforne. I dostawało im się stanowczo za dużo ludzkiego jedzenia.

– Gdzie twój brat?

– W swoim pokoju.

– Co robi?

– Coś.

Dance na czas przyjęcia zamknęła broń – przed domem pełnił straż zastępca szeryfa. Wzięła szybki prysznic i się przebrała. W korytarzu zobaczyła Wesa.

– T-shirt wykluczony. To urodziny twojego dziadka.

Mamo, przecież jest czysty.

– Polo. Albo tę biało-niebieską zapinaną koszulę. Znała zawartość szafy swojego syna lepiej od niego.

– Oj, dobrze.

Przyjrzała się uważnie spuszczonym oczom. Jego zachowanie nie miało nic wspólnego ze zmianą stroju.

– O co chodzi?

– O nic.

– No już, wal.

– Wal?

– To wyrażenie z mojej epoki. Mów, co cię gryzie.

– Nic.

– Idź się przebrać.

Dziesięć minut później ustawiała na stole smakowite przekąski, zmawiając w duchu modlitwę dziękczynną do sieci sklepów Trader Joe’s.

Ubrany w elegancką koszulę starannie włożoną do spodni, z zapiętymi mankietami, Wes śmignął obok stołu, porywając garść orzeszków. Wionął za nim zapach płynu po goleniu. Chłopiec dobrze się prezentował. Rodzicielstwo to trudne zadanie, ale często ma się powody do dumy.

– Mamo? – Podrzucił orzeszek nerkowca i złapał w usta.

– Nie rób tak. Jeszcze się udławisz.

– Mamo?

– Słucham?

– Kto dzisiaj przyjdzie?

Jego oczy umknęły w bok, a ramię zwróciło się w jej stronę. Znak, że za pytaniem kryje się coś więcej. Wiedziała, co go gnębi – to samo, co wczorajszego wieczoru. Tym razem była odpowiednia pora na rozmowę.

– Tylko kilka osób. – W niedzielę w Klubie Morskim niedaleko oceanarium miała się odbyć większa uroczystość z udziałem wielu przyjaciół Stuarta. Dziś ojciec miał urodziny i Dance zaprosiła na kolację nie więcej niż osiem osób. – Michael z żoną, Steve i Martine, Barberowie… to chyba tyle. Ach, jeszcze ktoś, kto pracuje z nami nad sprawą. Z Waszyngtonu.

Skinął głową.

– To już wszyscy? Nikt więcej?

– Wszyscy. – Rzuciła mu paczkę precli, którą złapał jedną ręką. – Postaw to na stole. I postaraj się, żeby coś zostało dla gości.

Wes z wyraźną ulgą ruszył napełnić miseczki.

Chłopiec obawiał się, że Dance zaprosiła Briana Gundersona. Tego Briana, do którego należała książka leżąca w widocznym miejscu salonu, tego Briana, o którego telefonie do centrali CBI tak sumiennie zawiadomiła ją Maryellen Kresbach.

Dzwonił Brian…

Z czterdziestojednoletnim bankierem inwestycyjnym umówiła ją na randkę w ciemno Maryellen, która zajmowała się swataniem z równym uporem i talentem, z jakim piekła ciasteczka, parzyła kawę i czuwała nad zawodowymi sprawami agentów CBI.

Brian był inteligentny, spokojny, otwarty i zabawny; na pierwszej randce, wysłuchawszy jej opowieści o kinezyce, natychmiast schował ręce. „Żebyś nie mogła się domyślić moich zamiarów”. Długa kolacja okazała się miła. Brian był rozwiedziony i nie miał dzieci (chociaż chciał). Praca w banku była niezwykle absorbująca, a ponieważ oboje z Dance mieli napięty plan zajęć, ich związek z konieczności rozwijał się powoli. Nie miała nic przeciwko temu. Długo była mężatką, owdowiała niedawno, więc się nie spieszyła.

Po miesiącu wspólnych kolacji, wyjść na kawę i do kina, urządzili sobie długą wycieczkę i zawędrowali na plażę w Asilomar. Złoty zachód słońca, stadko baraszkujących przy brzegu wydr morskich… Jak można się oprzeć pokusie pocałunku? Pamiętała, że było przyjemnie. Potem czuła wyrzuty sumienia. Ale przyjemność była większa od wyrzutów sumienia.