Bez tej sfery życia można się obyć przez jakiś czas, lecz nie na zawsze.
Dance nie wiązała z Brianem żadnych konkretnych planów i spokojnie czekała, co z tego wyniknie.
W końcu zainterweniował Wes. Nigdy nie zachowywał się niegrzecznie ani krępująco, ale na wiele różnych sposobów dał jej do zrozumienia, że ani trochę nie lubi Briana. Dance skończyła kurs terapii w okresie osierocenia, mimo to od czasu do czasu chodziła do psychologa. Terapeutka doradziła jej, w jaki sposób poinformować dzieci o swoim zaangażowaniu uczuciowym, i postąpiła ściśle według wskazówek. Ale Wes ją przechytrzył. Dąsał się i reagował bierną agresją, ilekroć była mowa o Brianie albo gdy Dance wracała ze spotkania z nim.
Tego właśnie chciał się dowiedzieć poprzedniego wieczoru, gdy czytał „Władcę pierścieni”.
Dziś, zadając niewinne pytanie o gości, w istocie chłopiec pytał: czy przyjdzie Brian?
I w konsekwencji: czy naprawdę zerwaliście ze sobą?
Tak, zerwaliśmy.
Choć Dance zastanawiała się, czy Brian nie ma na ten temat innego zdania. W końcu od ich rozstania kilka razy dzwonił.
Terapeutka twierdziła, że zachowanie Wesa jest normalne i wszystko się ułoży, jeśli Kathryn będzie cierpliwa i zdecydowana. Co ważniejsze, nie może pozwolić mu przejąć nad sobą kontroli. Dance uznała jednak, że brakuje jej cierpliwości i zdecydowania. I tak przed dwoma tygodniami zerwała z Brianem. Delikatnie, wyjaśniając, że chyba za mało czasu upłynęło od śmierci męża; jeszcze nie jest gotowa. Brian był przybity, ale przyjął to do wiadomości. Pożegnali się bez gniewu. I nie podejmując żadnych ostatecznych decyzji.
Dajmy sobie trochę czasu…
Prawdę mówiąc, rozstanie przyniosło jej ulgę; rodzice muszą czasem ustąpić pola, a Dance uznała, że w tej chwili nie warto kruszyć kopii o romans. Mimo to ucieszyła się z wiadomości o telefonie Briana i odkryła, że za nim tęskni.
Wynosząc wino na Taras, zobaczyła ojca z Maggie. Pokazywał jej w książce zdjęcie jakiejś świecącej ryby głębinowej.
– Hej, Mags, smacznie wygląda – powiedziała Dance.
– Fuj, mamo.
– Wszystkiego najlepszego, tato. – Uściskała go.
– Dziękuję, kochanie.
Dance ustawiła półmiski, włożyła do lodówki piwo, a potem weszła do kuchni, wyciągając telefon. Sprawdziła, co słychać u TJ-a i Carranea. Nie mieli szczęścia w poszukiwaniach Pella, nie natrafili też na żaden ślad skradzionego forda focusa ani nikogo noszącego imię lub pseudonim Alison i Nimue, nie ustalili, w którym hotelu, motelu lub pensjonacie mogli się zatrzymać Pell ze wspólniczką.
Przez chwilę miała ochotę zadzwonić do Winstona Kellogga, podejrzewając, że się spłoszył, lecz zrezygnowała z tego zamiaru. Znał adres; przyjdzie albo nie.
Pomogła matce w przygotowaniu pozostałych potraw i wracając na Taras, przywitała sąsiadów, Toma i Sarah Barberów, którzy przynieśli wino i prezent oraz przyprowadzili swojego patykowatego psa mieszańca, Fawlty’ego.
– Mamo, proszę! – zawołała Maggie tonem niebudzącym wątpliwości, o co jej chodzi.
– No już dobrze, możesz je uwolnić.
Maggie wypuściła Dylana i Patsy z sypialni i trzy psy pogalopowały w głąb ogrodu, przewracając się nawzajem i badając nowe zapachy.
Kilka minut później na Tarasie pojawiła się następna para. Czterdziestokilkuletni Cahill w sztruksowych spodniach i ze szpakowatymi włosami związanymi w koński ogon, mógł z powodzeniem występować jako model firmy Birkenstock. Wygląd jego żony, Martine Christensen, przeczył jej skandynawskiemu nazwisku; była zgrabną i ponętną ciemnoskórą pięknością. Można było odnieść wrażenie, że w jej żyłach płynie hiszpańska albo meksykańska krew, lecz jej przodkowie zamieszkiwali Kalifornię jeszcze przed pojawieniem się pierwszych osadników. Pochodziła z plemienia Ohlone – grupy szczepów prowadzących łowiecko-zbieraczy tryb życia na terenie od Big Sur po zatokę San Francisco. Przez setki, może tysiące lat Indianie Ohlone byli jedynymi gospodarzami tej części stanu.
Dance poznała Martine przed paroma laty na koncercie w college^ w Monterey, będącego spadkobiercą słynnego Monterey Folk Festival, gdzie w sześćdziesiątym piątym zadebiutował na Zachodnim Wybrzeżu Bob Dylan. Kilka lat później impreza przeobraziła się w jeszcze sławniejszy Monterey Pop Festival, który zwrócił uwagę świata na Janis Joplin i Jimiego Hendrixa.
Koncert, na którym poznały się Dance i Martine, nie miał tak przełomowego znaczenia dla kultury jak poprzednie, lecz był o wiele istotniejszy w ich życiu prywatnym. Kobiety natychmiast przypadły sobie do gustu i jeszcze długo po zakończeniu występu rozmawiały o muzyce. Wkrótce zostały przyjaciółkami. Po śmierci Billa to właśnie Martine kilka razy omal nie wyważyła drzwi domu Dance. prowadząc wytrwałą kampanię na rzecz uchronienia przyjaciółki od zatonięcia w samotności wdowiego życia. Podczas gdy niektórzy ludzie zaczęli unikać Kathryn. a inni (między innymi matka) zasypywali ją słowami wsparcia i współczucia, Martine rozpoczęła akcję pod nazwą „ignorowanie smutku”. Namawiała, żartowała, perswadowała i spiskowała. Mimo początkowej niechęci do jej zabiegów, Dance uświadomiła sobie, że taktyka zaczęła odnosić skutki. Martine chyba najbardziej z bliskich ludzi pomogła jej w odzyskaniu równowagi psychicznej.
Za Steve’em i Martine weszły po schodach ich dzieci, bliźniaki młodsze o rok od Maggie: jeden taszczył futerał z gitarą matki, drugi prezent dla Stuarta. Po powitaniach Maggie zaprowadziła chłopców do ogrodu, gdzie Wes pozwolił im się pobawić swoim gameboyem.
Dorośli skierowali się do chybotliwego, zastawionego świecami stolika.
Dance od dawna nie widziała tak radosnego Wesa. Chłopiec miał wrodzone talenty przywódcze i właśnie organizował dzieciom zabawę.
Znów pomyślała o Brianie, lecz zaraz porzuciła wspomnienia.
– Słyszeliśmy o tej ucieczce. Czy to ty…? Melodyjny głos umilkł, gdy Martine się zorientowała, że Dance domyśliła się, o co pyta.
– Aha, to ja prowadzę obławę.
Czyli jesteś w oku cyklonu – zauważyła przyjaciółka.
– W samej źrenicy. Jeżeli będę musiała uciekać przed tortem, to właśnie z tego powodu.
– Zabawne – odezwał się Tom Barber, dziennikarz współpracujący z miejscową prasą. – Cały czas myślimy tylko o terrorystach. To oni ma ją być nowym wewnętrznym zagrożeniem. A tu nagle gdzieś z tyłu zakrada się taki ktoś jak Pell. Zbyt łatwo zapominamy, że to właśnie tacy ludzie mogą być najbardziej niebezpieczni.
– Ludzie siedzą w domach – dorzuciła żona Barbera. – Na całym półwyspie. Boją się.