– Odważyłem się przyjść tylko dlatego, że będą tu ludzie z gnatami pod pachą – rzekł Steve Cahill.
Dance parsknęła śmiechem.
Nadeszli Michael i Annę O’Neil z dwójką swoich dzieci, dziewięcioletnią Amandą i dziesięcioletnim Tylerem. Maggie znów wspięła się na Taras. Zaprowadziła nowych małych gości do ogrodu, zabierając zapasy napojów i chipsów.
Dance poprosiła wszystkich, by częstowali się piwem i winem, po czym skierowała się do kuchni pomóc matce, ale Edie powiedziała:
– Masz jeszcze jednego gościa. – Pokazała drzwi domu, przed który mi stał Winston Kellogg.
– Przyszedłem z pustymi rękami – wyznał.
– Jedzenia mamy więcej niż dość. Jeżeli chcesz, zapakuję ci coś na później. Albo weźmiesz dla pieska. A propos, nie jesteś uczulony?
– Owszem, na pyłki. Na psy nie.
Kellogg znów się przebrał. Marynarka była ta sama, ale poza nią miał na sobie koszulkę polo, dżinsy, żółte skarpetki i buty na gumowej podeszwie.
Dostrzegł jej spojrzenie.
– Wiem, wiem. Jak na agenta federalnego za bardzo przypominam tatuśka z przedmieścia.
Dance zaprowadziła go do kuchni i przedstawiła matce. Potem wyszli na Taras, gdzie nastąpiły dalsze prezentacje. Nie wdawała się w szczegóły, a Kellogg powiedział tylko, że przyjechał z Waszyngtonu i „pracuje z Kathryn przy kilku sprawach”.
Następnie Dance zabrała go na schody prowadzące do ogrodu i przedstawiła dzieciom. Zauważyła badawcze spojrzenia Wesa i Tylera, szukających zapewne broni i szepczących między sobą.
Do agentów podszedł O’Neil.
Wes pomachał do niego z entuzjazmem i rzucając ostatnie spojrzenie na Kellogga, wrócił do zabawy, którą najwidoczniej wymyślał na gorąco.
Właśnie tłumaczył jej zasady. Była w nich mowa o przestrzeni kosmicznej i niewidzialnych smokach. Psy grały rolę kosmitów. Bliźniaki – członków jakiegoś królewskiego rodu, a sosnowa szyszka miała być albo magicznym jabłkiem królewskim, albo granatem ręcznym, albo jednym i drugim.
– Mówiłaś Michaelowi o Walkerze? – zapytał Kellogg.
W kilku słowach streściła detektywowi poznane fakty z życia Pella, dodając, że pisarz ma się dowiedzieć, czy Theresa Croyton będzie mogła z nimi porozmawiać.
– I co, sądzisz, że Pell tu jest z powodu tamtych morderstw? – zapytał O’Neil.
– Nie wiem – odrzekła. – Ale muszę zebrać tyle informacji, ile się da.
Detektyw uśmiechnął się, wyjaśniając Kelloggowi:
– Poruszy niebo i ziemię. Tak określam jej metody pracy.
– Których zresztą nauczyłam się od ciebie – odparła ze śmiechem Dance.
– Zastanawiałem się nad czymś – dodał O’Neil. – Pamiętacie, jak Pell jeszcze z Capitoli mówił przez telefon o pieniądzach?
– Dziewięciu tysiącach dwustu dolarach – rzekł Kellogg. Jego pa mięć zrobiła wrażenie na Dance.
– No więc pomyślałem sobie tak: wiemy, że thunderbirda skradziono w Los Angeles. Można więc przyjąć, że stamtąd pochodzi dziewczyna Pella. Co powiecie na to, żeby skontaktować się z bankami w okręgu Los Angeles i sprawdzić, czy jakieś klientki podejmowały taką kwotę w ciągu, powiedzmy, dwóch zeszłych miesięcy?
Dance spodobał się pomysł, choć jego realizacja wymagała mnóstwa pracy.
– Powinien się z tym zwrócić ktoś od was – zwrócił się do Kellogga O’Neil. – Może z urzędu skarbowego, departamentu skarbu albo bezpieczeństwa wewnętrznego.
– Niezły pomysł. Chociaż tak głośno myśląc, powiedziałbym, że możemy mieć problem z ludźmi. – Potwierdzał obawy Dance. – W grę wchodzą miliony klientów. Biuro w Los Angeles na pewno sobie z tym nie poradzi, a departament bezpieczeństwa tylko nas wyśmieje. Mogła być sprytna i wypłacać drobniejsze kwoty w dłuższym okresie. Albo zrealizować czek kogoś innego i schować pieniądze.
Och, oczywiście, Możliwe. Ale świetnie byłoby zidentyfikować jego dziewczynę. Wiesz, „drugi podejrzany…
…logarytmicznie zwiększa prawdopodobieństwo wykrycia i zatrzymania” dokończył Kellogg zdanie ze starego policyjnego podręcznika. Dance i O’Neil często je cytowali.
Kellogg z uśmiechem patrzył detektywowi w oczy.
– Federalni wcale nie mają takich możliwości, jak się podejrzewa. Jestem pewien, że zabrakłoby nam ludzi do obsługi telefonów. To gigantyczna robota.
– Czy ja wiem. Chyba łatwo byłoby sprawdzić bazy danych, przy najmniej w większych sieciach banków. – Michael O’Neil bywał nie ustępliwy.
– Potrzebowalibyśmy nakazu? – zapytała Dance.
– Żeby ujawnili nazwisko, prawdopodobnie tak – odrzekł detektyw. – Ale gdyby bank chciał współpracować, mogliby sprawdzić kwoty i po wiedzieć nam, czy jest trafienie. Wtedy w ciągu pół godziny mielibyśmy nakaz na nazwisko i adres.
Kellogg pociągnął łyk wina.
– Prawdę mówiąc, jest jeszcze jeden problem. Obawiam się, że gdy byśmy zwrócili się do agenta specjalnego albo departamentu bezpieczeństwa z takim słabym materiałem, moglibyśmy stracić wsparcie, które będzie nam potrzebne przy czymś bardziej konkretnym.
– Fałszywy alarm, hm? – O’Neil pokiwał głową. – Pewnie na takim szczeblu trzeba więcej polityki niż u nas na dole.
– Ale pomyślę o tym. Zadzwonię do paru osób.
O’Neil spojrzał ponad ramieniem Dance.
– Hej, wszystkiego najlepszego, młody człowieku.
Stuart Dance, z przypiętą na piersi plakietką „SOLENIZANT” wykonaną własnoręcznie przez Maggie i Wesa, uścisnął dłoń detektywa, napełnił kieliszki O’Neila i Dance i zwrócił się do Kellogga:
– Rozmawiacie o pracy. To zabronione. Zostawmy te dzieci i chodź my pobawić się z dorosłymi.
Kellogg zaśmiał się zmieszany i ruszył za nim do stołu rozjaśnionego blaskiem świec, gdzie Martine wyciągnęła z futerału sfatygowanego gibsona, organizując wspólne śpiewanie. Agentka i detektyw zostali sami. Dance zauważyła, że Wes patrzy w ich stronę. Zapewne przyglądał się dorosłym. Odwrócił się, wracając do improwizacji „Gwiezdnych wojen”.
– Wydaje się w porządku rzekł O’Neil, przechylając głowę w kie runku Kellogga.
– Winston? Tak.
O’Neil jak zwykle nie miał żalu za odrzucenie swoich propozycji. Nie było w nim ani krzty małostkowości.
– Chyba niedawno dostał? – O’Neil pokazał na swój kark.
– Skąd wiesz? – Na przyjęciu nie było widać bandaża.