– A przestępstwa?
Linda zesztywniała.
– No tak, zdarzały się. Czasami. Nie aż tyle, jak ludzie mówią. Drobna kradzież w sklepie, takie rzeczy. I nigdy mi się to nie podobało. Nigdy.
Zapewnieniu towarzyszyło kilka gestów negacji, lecz Dance wyczuła, że Linda nie kłamie; stres wywołało bagatelizowanie skali przestępstw. Rodzina dopuszczała się gorszych rzeczy niż kradzieże w sklepie. Zarzuty mówiły o włamaniach i rabunkach, a także kradzieżach kieszonkowych i kradzieżach torebek – przestępstwach przeciwko osobom, które w świetle kodeksu karnego miały większą wagę od przestępstw przeciwko mieniu.
– Ale nie mieliśmy innego wyjścia. Każdy w Rodzinie musiał w tym brać udział.
– Jak się mieszkało z Danielem?
– Wcale nie tak źle, jak można sądzić. Trzeba było po prostu robić to, czego chciał.
– A jeżeli nie?
– Nigdy nie robił nam krzywdy. Fizycznej. Przeważnie… przestawał się nami interesować.
Dance przypomniała sobie nakreślony przez Kellogga profil przywódcy sekty.
Grozi im, że się od nich odwróci – to chyba jego najpotężniejsza broń.
– Odsuwał się od nas. I człowiek zaczynał się bać. Nigdy nie było wiadomo, czy to już koniec i czy cię nie wyrzuci. Jedna kobieta w kancelarii kościoła opowiadała mi o reality show. Zna je pani? „Wielki Brat”, „Ryzykanci”?
Dance przytaknęła.
– Mówiła, jak bardzo popularne są te programy. Chyba właśnie dla tego ludzie mają na ich punkcie taką obsesję. To straszna myśl, że można zostać wyrzuconym z rodziny. – Wzruszyła ramionami, bawiąc się krzyżykiem na szyi.
– Dostała pani wyższy wyrok niż reszta. Za zniszczenie dowodów. Jak to wyglądało?
Linda zacisnęła usta.
– To było głupie. Daniel zadzwonił, powiedział, że Jimmy nie żyje i coś poszło nie tak w domu, gdzie byli umówieni na spotkanie. Kazał się nam spakować i przygotować do drogi, bo miała go szukać policja. Daniel trzymał w sypialni te swoje książki o Charlesie Mansonie, wycinki z gazet i tak dalej. Zanim przyjechała policja, część spaliłam. Wy dawało mi się, że może być źle, jak się dowiedzą, że interesował się Mansonem.
I było źle, pomyślała Dance, przypominając sobie, jak prokurator wykorzystał wątek Charlesa Mansona, by wygrać sprawę.
Na prośbę Dance, Linda opowiedziała o swoich późniejszych losach. W więzieniu stała się bardzo religijna, a po zwolnieniu przeprowadziła się do Portland, gdzie znalazła pracę w miejscowym kościele protestanckim. Wybrała kościół, ponieważ jej brat był tam diakonem.
W Portland spotykała się z miłym, przyzwoitym człowiekiem i opiekowała się przybranymi dziećmi brata i bratowej. Sama także chciała adoptować dziecko – miała kłopoty ze zdrowiem i nie mogła mieć własnych dzieci – lecz osobie z wyrokiem trudno było zdobyć zgodę. Na zakończenie dodała:
– Może nie powodzi mi się materialnie, ale lubię swoje życie. To bogate życie, w dobrym znaczeniu tego słowa.
Przerwało jej pukanie. Dłoń Dance spoczęła na ciężkim pistolecie.
– To ja, szefowo, TJ. Zapomniałem tajnego hasła.
Dance otworzyła drzwi i do domku wszedł agent w towarzystwie wysokiej i szczupłej, trzydziestokilkuletniej kobiety ze skórzanym plecakiem przewieszonym przez ramię.
Kathryn Dance podeszła powitać drugiego członka Rodziny.
Rozdział 28
Rebecca Sheffield, kilka lat starsza od swojej współtowarzyszki z Rodziny, była wysportowana i prześliczna, choć Dance uznała, że krótko obcięte, przedwcześnie posiwiałe włosy, ekstrawagancka biżuteria i brak makijażu nadają jej ascetyczny wygląd. Miała na sobie dżinsy, jedwabny biały T-shirt i kurteczkę z brązowego zamszu.
Rebecca mocno uścisnęła dłoń Dance, lecz natychmiast zwróciła wzrok na Lindę, która wstała z kanapy, patrząc na nią z uśmiechem.
– Proszę, proszę, kogo ja widzę. – Rebecca podeszła i wzięła ją w objęcia.
– Tyle lat – wykrztusiła Linda zdławionym głosem. – Rety, chyba się rozpłaczę. – I rzeczywiście zalała się łzami.
Odsunęły się od siebie, ale Rebecca wciąż nie wypuszczała z rąk jej dłoni.
– Tak się cieszę, że cię widzę, Linda.
– Och, Rebecca… Często się za ciebie modliłam.
– Taka się zrobiłaś pobożna? Kiedyś nie odróżniałaś krzyża od Gwiazdy Dawida. W każdym razie dzięki za modlitwy. Nie wiem tylko, czy zadziałały.
– Och, przecież robisz takie dobre rzeczy. Naprawdę! W kancelarii kościelnej jest komputer. Widziałam twoją stronę internetową. Kobiety zakładają własne firmy. To wspaniałe. Na pewno przynosi wiele pożytku.
Rebecca wyglądała na zdziwioną faktem, że Linda zna jej działalność. Gdy Dance wskazała jej wolną sypialnię, Rebecca zaniosła tam plecak, a potem skorzystała z toalety.
– Szefowo, jeżeli będziesz mnie potrzebować, po prostu wrzaśnij. – TJ wyszedł, a Dance zamknęła za nim drzwi.
Linda podniosła kubek z herbatą i obracała go w dłoniach, nie pijąc ani kropli. Ludzie w stresowych sytuacjach uwielbiają mieć pod ręką jakiś rekwizyt. Dance przesłuchiwała osoby, które rozładowywały napięcie, bawiąc się długopisami, popielniczkami, opakowaniami po jedzeniu, a nawet własnymi butami.
Gdy Rebecca wróciła, Dance zaproponowała jej kawę.
– Jasne.
Dance nalała kubek, stawiając obok mleko i cukier.
– Nie mają tu restauracji, ale jest room service. Można zamawiać wszystko, czego sobie życzycie.
Popijając kawę, Rebecca powiedziała:
– Muszę powiedzieć, że dobrze wyglądasz, Linda.
Rumieniec.
– Och, nie wiem. Nie jestem w takiej formie, jak bym chciała. Za to ty wyglądasz przecudownie. Taka jesteś szczupła. I masz fantastyczne włosy.
Rebecca parsknęła śmiechem.
– Nie ma to jak parę lat w pudle, żeby posiwieć, hm? Ej, nie widzę obrączki. Nie wyszłaś za mąż?