– Możecie nam podrzucać, co tylko chcecie. Jeżeli przyjdzie wam do głowy jakiś szczegół, który wydaje się dziwaczny, mówcie. Chcemy wiedzieć wszystko, co się da.
– Jestem gotowa – oświadczyła Linda.
– Niech nas pani magluje – zachęciła ją Rebecca.
Dance spytała o organizację życia w Rodzinie.
– Było jak w komunie – odrzekła Rebecca. – Co mnie, wychowanej na przedmieściu prosto z sitcomu, wydawało się trochę dziwne.
Z ich opisu wynikało jednak, że stosunki panujące w domu odbiegały nieco od ideałów komunizmu. Wszystko opierało się na zasadzie: od każdego tyle, ile wymagał Daniel Pell; każdemu tyle, ile Daniel Pell uznał za stosowne.
Mimo to Rodzina funkcjonowała całkiem dobrze, przynajmniej pod względem praktycznym. Linda dbała, by gospodarstwo działało sprawnie, a pozostali dzielili się resztą obowiązków. Nieźle jedli i utrzymywali bungalow w czystości i dobrym stanie. Samantha i Jimmy Newberg, najlepiej radzący sobie z narzędziami, przeprowadzali wszystkie niezbędne naprawy. Z oczywistych przyczyn – w sypialni trzymali skradzione przedmioty – Pell nie chciał, żeby właściciel malował dom czy reperował zepsute urządzenia, dlatego musieli być samowystarczalni.
– Taka była jedna z zasad filozofii życiowej Daniela – powiedziała Linda. – „Poleganie na sobie” – esej Ralpha Waldo Emersona. Chyba kilkanaście razy czytałam go na głos. Daniel uwielbiał tego słuchać. – Rebecca uśmiechała się. – Pamiętasz nasze wieczorne czytanie?
Linda wyjaśniła, że Pell wierzył w siłę książek.
– Uwielbiał je. Uroczyście wyrzuciliśmy telewizor. Prawie co wieczór czytałam na głos, a wszyscy siadali kołem na podłodze. To były miłe wieczory.
– Czy w Seaside mieliście jakichś sąsiadów czy przyjaciół, z którymi utrzymywaliście bliższe kontakty?
– Nie mieliśmy przyjaciół – odrzekła Rebecca. – To nie było w stylu Pella.
– Ale czasem wpadali do nas ludzie, których poznawał, trochę po mieszkali i znikali. Zawsze zbierał nowych ludzi.
– Takie życiowe ofiary jak my.
Linda lekko się obruszyła.
– Powiedziałabym raczej, ludzi, którym nie dopisało szczęście – po prawiła. – Daniel niczego im nie żałował. Karmił ich, czasem dawał im pieniądze.
Jeśli nakarmisz głodnego, zrobi wszystko, co zechcesz, pomyślała Dance, wspominając przedstawiony przez Kellogga profil przywódcy sekty i jego poddanych.
Kontynuowali podróż w przeszłość, która jednak nie pomogła Lindzie i Rebecce przypomnieć sobie, kim mogli być goście bungalowu. Dance przeszła do kolejnego tematu.
– Niedawno Pell przeszukiwał Internet. Nie wiem, czy te słowa z czymś się wam kojarzą. Pierwsze to „Nimue”. Moim zdaniem to czyjeś imię. Może pseudonim albo sieciowy nick.
– Nie. Nigdy nie słyszałam. Co to znaczy?
– To postać z legendy o królu Arturze.
Rebecca spojrzała na Lindę.
– Słuchaj, nie czytałaś nam którejś z tych historii?
Okazało się jednak, że nie. Nie słyszały też nic o żadnej Alison.
– Opowiedzcie, jak wyglądał typowy dzień w Rodzinie – poprosiła Dance.
Rebecca wyglądała, jak gdyby nie wiedziała, co powiedzieć.
– Wstawaliśmy, jedliśmy śniadanie… nie wiem.
Linda wzruszyła ramionami, dodając:
– Byliśmy po prostu rodziną. Rozmawialiśmy o tym, o czym rozmawiają wszystkie rodziny. O pogodzie, planach, gdzie pojedziemy. O kłopotach z pieniędzmi. Kto gdzie ma pracować. Czasami stałam w kuch ni, zmywałam po śniadaniu i po prostu płakałam – bo taka byłam szczęśliwa. Nareszcie miałam rodzinę.
Rebecca zgodziła się, że ich życie prawie w ogóle nie różniło się od życia innych, choć była wyraźnie mniej sentymentalna od swojej współtowarzyszki zbrodni.
Rozmowa stawała się chaotyczna, nie przynosząc żadnych istotnych informacji. W przesłuchaniach obowiązuje znana zasada, według której pojęcia abstrakcyjne zacierają wspomnienia, natomiast poruszają je szczegóły. Dance powiedziała:
Proszę coś dla mnie zrobić: wybierzcie jeden konkretny dzień. Opowiedzcie mi o nim. Taki, który obie pamiętacie.
Żadnej z nich jednak nie przychodził na myśl żaden szczególny dzień. Może jakieś święto – podsunęła Dance. – Dziękczynienia. Boże Narodzenie.
– Może tamta Wielkanoc? – zaproponowała Linda.
– Moje pierwsze święto w domu. I jedyne. Jasne. Fajnie było.
Linda opowiedziała o przygotowaniu bardzo wykwintnej kolacji, o której składniki „postarali się” Sam, Jimmy i Rebecca. Dance natychmiast wychwyciła ten eufemizm: oznaczał, że trójka po prostu ukradła jedzenie.
– Przyrządziłam indyka – ciągnęła Linda. – Cały dzień wędził się na podwórku. Rety, ale mieliśmy frajdę.
– A więc w domu była pani, byłyście obie i Samantha - naciskała dalej Dance. – Czyli ta spokojna.
– Myszka.
– I ten młody człowiek, który poszedł z Pellem do Croytonów – włączył się Kellogg. – Jimmy Newberg. Proszę nam coś o nim opowiedzieć.
– Zabawny szczeniak – powiedziała Rebecca. – Też uciekł z domu. Chyba był z Seattle.
– Całkiem przystojny. Ale tu miał nie po kolei. – Linda postukała się w czoło.
Jej towarzyszka parsknęła śmiechem.
– Przez prochy.
– Ale był prawdziwą złotą rączką. Znał się na wszystkim, na stolarce, elektronice. Był maniakiem komputerowym, nawet sam pisał programy. Kiedy nam o nich opowiadał, nikt nie rozumiał, o co mu chodzi. Chciał uruchomić jakąś stronę internetową – a to było w czasach, gdy nie każdy miał swoją jak dzisiaj. Moim zdaniem był dosyć pomysłowy. Współczułam mu. Daniel nie bardzo go lubił. Tracił do niego cierpliwość. Chyba chciał go wyrzucić.
– Poza tym Daniel był kobieciarzem. Źle się czuł, kiedy miał obok siebie innych mężczyzn.
Dance skierowała rozmowę na przebieg Wielkanocy.
– Był ładny dzień – podjęła Linda. – Świeciło słońce. Było ciepło. Słuchaliśmy muzyki. Jimmy zmontował nam naprawdę porządny ze staw stereo.
– Zmówiliście modlitwę przed posiłkiem?
– Nie.
– Mimo że była Wielkanoc?
– Zaproponowałam modlitwę – powiedziała Rebecca. – Ale Pell się nie zgodził.