Dalej toczył niekończący się spór ze sobą.
Dotąd postępował zgodnie z zasadami. Nie złamał żadnej reguły.
Wciąż mógł wrócić do domu, pozostając w zgodzie ze swoją etyką.
Ale czy powinien?
Nie był pewien.
Morton Walker wierzył, że celem jego życia jest ujawnianie zła. Była to ważna misja, której oddawał się z prawdziwą pasją. Szlachetna misja.
Ale tylko demaskował zło, pozostawiając jego ocenę innym. Sam go nie zwalczał. Bo gdyby przekroczył tę linię i zamiast informować, na własną rękę zaczął szukać sprawiedliwości, musiałby się liczyć z ryzykiem. W przeciwieństwie do policji, nie miał konstytucji, która mówiłaby mu, co może, a czego nie może robić, co dawało pole do nadużyć. Prosząc Theresę Croyton o pomoc w ujęciu mordercy, narażał ją i jej rodzinę – a także siebie i własną rodzinę – na realne niebezpieczeństwo. Daniel Pell z pewnością nie miałby żadnych oporów przed zgładzeniem dzieci.
O niebo lepiej było pisać o ludziach i konfliktach w ich życiu niż dokonywać oceny tych konfliktów. Pozwalać czytelnikowi zdecydować, gdzie jest dobro, gdzie zło, by sam podjął właściwe działania. Z drugiej jednak strony, czy powinien bezczynnie pozwalać Pellowi kontynuować rzeź, skoro mógł zrobić więcej?
Nie miał czasu na dalsze roztrząsanie tego dylematu. Mary Bolling wychodziła z Albertsonsa, pchając wózek z zakupami.
Tak czy nie?
Morton Walker wahał się tylko kilka sekund, a potem otworzył drzwi, wysiadł z samochodu i podciągnął spodnie. Ruszył naprzód.
– Przepraszam. Dzień dobry, pani Bolling. To ja.
Przystanęła, mierząc go zaskoczonym spojrzeniem.
Co pan tu robi?
– Właśnie…
Nie zgodziłam się, żeby rozmawiał pan z Theresą.
– Wiem, wiem… Nie chodzi o…
– Jak pan śmie się tu pojawiać? Pan nas prześladuje!
W jej dłoni pojawił się telefon komórkowy.
– Proszę – rzekł błagalnie Walker, za wszelką cenę pragnąc ją prze konać do zmiany zdania. – Chodzi o coś zupełnie innego. Chcę wy świadczyć komuś przysługę. O książce możemy porozmawiać później.
– Przysługę?
– Przyjechałem z Monterey, żeby o coś panią prosić. Chciałem po rozmawiać z panią osobiście.
– O czym pan mówi?
– Słyszała pani o Danielu Pellu.
Oczywiście, że słyszałam. – Powiedziała to takim tonem, jak gdyby miała do czynienia z głupkiem wioskowym.
– Pewna policjantka chciałaby porozmawiać z pani siostrzenicą. Sądzi, że Theresa może jej pomóc odnaleźć Pella.
– CO?!
– Proszę się nie niepokoić. Nic wam nie grozi. Ta policjantka…
– Nic nie grozi? Oszalał pan? Przecież mógł pana śledzić!
– Nie, jest gdzieś w Monterey.
– Powiedział im pan, gdzie mieszkamy?
Nie! Ta policjantka spotka się z nią, gdzie pani sobie zażyczy. Tu czy gdziekolwiek indziej. Chce po prostu zapytać Theresę…
Nikt z nią nie będzie rozmawiać. Nikt się z nią nie zobaczy. – Kobieta wychyliła się, zbliżając do niego twarz. – A jeżeli w tej chwili pan nie zostawi mnie w spokoju, niech się pan liczy z poważnymi konsekwencjami.
– Pani Bolling. Daniel Pell zabił już…
– Oglądam wiadomości, do cholery. Niech pan powie tej swojej policjantce, że Theresa nie powie jej ani słowa. I może pan zapomnieć o wywiadzie do tej przeklętej książki.
– Chwileczkę, proszę…
Mary Bolling odwróciła się i pobiegła do samochodu, a pozbawiony oparcia wózek zaczął się toczyć po łagodnej pochyłości w przeciwnym kierunku. Kiedy zdyszany Walker zdążył go zatrzymać, zanim uderzył w mini coopera. cadillac escalade z piskiem opon zniknął z parkingu.
Nie tak dawno temu pewien agent CBI, dziś już były agent, nazwał to „Babskim Skrzydłem”.
Określił tak część siedziby biura w Monterey, w której urzędowały dwie agentki śledcze – Dance i Connie Ramirez – oraz Maryellen Kresbach i bardzo rzeczowa administratorka, Grace Yuan.
Nieszczęsnym autorem tej nazwy był pięćdziesięciokilkuletni agent, jeden ze spotykanych w każdej instytucji pracowników, którzy już od wieku dwudziestu paru lat, budząc się, odliczają dni do emerytury. Kilka lat wcześniej służył w policji stanowej, gdzie udało mu się wykonać swoją normę aresztowań, ale przenosiny do CBI okazały się błędem. Wymagania pracy go przerosły.
Wyraźnie brakowało mu też instynktu samozachowawczego.
– A to jest Babskie Skrzydło – oznajmił donośnym głosem pewnego dnia w porze lunchu, oprowadzając po biurze młodą kobietę, o której względy się starał.
Dance i Connie Ramirez wymieniły spojrzenia.
A wieczorem udały się na zakupy pończosznicze i gdy biedny agent przyszedł nazajutrz do pracy, ujrzał swój gabinet ozdobiony gigantyczną pajęczyną ażurowych, siatkowych i syntetycznych rajstop i pończoch. W scenografii nie zabrakło też odpowiednich artykułów higieny osobistej. Agent pobiegł z krzykiem do ówczesnego szefa CBI, poczciwego Staną Fishburne’a, który przepytując go, z trudem zachowywał powagę.
– Co to znaczy, Barton, że powiedziałeś tylko „Babskie Skrzydło”? Naprawdę tak powiedziałeś? Czyś ty na głowę upadł?
Agent groził, że złoży skargę w Sacramento, lecz nie zagrzał już zbyt długo miejsca w CBI i nie zdążył dopilnować tej sprawy. O ironio, natychmiast po odejściu winowajcy nazwa się przyjęła i odtąd wszyscy pracownicy CBI mówili o tej części budynku „BS”.
Pustym korytarzem właśnie w tym skrzydle szła Kathryn Dance.
– Witaj, Maryellen.
– Och, Kathryn, tak mi przykro z powodu Juana. Chcemy od wszystkich zebrać pieniądze. Gdzie moglibyśmy złożyć ofiarę? Pytałaś jego rodziców?
– Michael właśnie z nimi rozmawia.
– Dzwoniła twoja matka. Chce później wpaść z dziećmi, jeżeli się zgodzisz.
Dance starała się widywać z dziećmi, kiedy tylko mogła, nawet w godzinach pracy, jeżeli musiała poświęcić sprawie więcej czasu i dłużej zostać w biurze.
– Dobrze. Co z Daveyem?
– Już to załatwiłam oświadczyła stanowczym tonem. Dance pytała o syna Maryellen, chłopca w wieku Wesa, który miał kłopoty w szkole z powodu bandy dzieciaków bawiących się w gang. Asystentka przekazała jej informację o zakończeniu sprawy ze złośliwym uśmiechem, który mówił, że winowajcy zostali przeniesieni do innej szkoły lub zneutralizowani w inny sposób przy użyciu radykalnych środków.