Выбрать главу

Edie Dance i jej córka spojrzały po sobie w niemym wyrazie smutku z powodu śmierci Millara, lecz nie wspomniały o tragedii. Edie i Kellogg przywitali się, wymieniając podobne spojrzenia.

– Mamo, Carly odsunęła kosz na śmieci panu Bledsoe! – poinformowała ją z przejęciem Maggie. – I za każdym razem, jak chciał coś wyrzucić, wszystko spadało na podłogę.

– Udało ci się nie śmiać?

– Trochę. Ale potem Brendon zaczął i już nie mogliśmy przestać.

– Przywitaj się z agentem Kelloggiem.

Maggie spełniła prośbę matki. Wes tylko skinął głową, umykając wzrokiem w bok. Dance natychmiast zwróciła uwagę na jego niechęć.

– Chcecie gorącej czekolady? – spytała.

– Hura! – krzyknęła Maggie. Wes powiedział, że też chce.

Dance zaczęła szperać w kieszeniach. Kawa była gratis, ale za wszystkie pozostałe smakołyki płaciło się gotówką, a Dance zostawiła wszystkie pieniądze w torebce w gabinecie. Edie nie miała drobnych.

– Ja wam postawię – rzekł Kellogg, sięgając do kieszeni.

– Mamo, chyba wolę kawę – powiedział szybko Wes. Chłopiec próbował jej może dwa razy w życiu i nie znosił kawy.

– Ja też chcę kawę – dołączyła się Maggie.

– Nie ma mowy. Gorąca czekolada albo coś zimnego. – Dance przy puszczała, że Wes nie chce niczego, za co płaciłby Kellogg. Co jest grane? Zaraz sobie przypomniała jego badawcze spojrzenie, jakim obrzucił agenta poprzedniego dnia na Tarasie. Sądziła wtedy, że szuka broni; te raz zrozumiała, że chłopiec oceniał faceta, którego mama przyprowadziła na urodziny dziadka. Czyżby w jego oczach Kellogg był nowym Brianem?

– Zgoda – oświadczyła jej córka. – Niech będzie czekolada.

– Ja nic nie chcę – mruknął Wes.

– Przecież mogę pożyczyć waszej mamie – powiedział Kellogg, odliczając monety.

Dzieci wzięły pieniądze. Wes z ociąganiem i dopiero po siostrze.

– Dzięki – rzekł chłopiec.

– Bardzo dziękujemy – dorzuciła Maggie.

Edie nalała sobie kawy. Usiedli przy chybotliwym stoliku. Kellogg jeszcze raz podziękował matce Dance za kolację poprzedniego wieczoru i spytał o Stuarta. Potem odwrócił się do dzieci, zastanawiając się głośno, czy lubią łowić ryby.

Maggie powiedziała, że tak sobie.

Wes uwielbiał, mimo to odparł:

– Nie bardzo. To nudne.

Dance wiedziała, że agent chce tylko przełamać pierwsze lody, a pytanie nasunęło mu się prawdopodobnie po rozmowie z jej ojcem na temat połowu ryb w zatoce Monterey. Dostrzegła u niego kilka reakcji stresowych – chyba za bardzo starał się zrobić dobre wrażenie.

Weil w milczeniu popijał czekoladę, a Maggie zasypywała dorosłych lawiną informacji o porannych wydarzeniach na obozie muzycznym, powtarzając w szczegółach opowieść o figlu z koszem na śmieci.

Agentkę zirytował powracający problem z Wesem, który dał o sobie znać… bez wyraźnego powodu. Ani razu nawet się nie umówiła z Kelloggiem.

Ale Dance znała niejedną sztuczkę wychowawczą, więc po kilku minutach Wes z entuzjazmem opowiadał o swoim dzisiejszym meczu tenisowym. Kellogg raz czy dwa zmienił pozycję, a z mowy jego ciała wynikało, że też gra w tenisa i ma ochotę coś dodać. Zauważywszy jednak rezerwę, z jaką Wes się do niego odnosił, nie odzywał się, słuchając chłopca z uśmiechem.

Wreszcie Dance oznajmiła, że musi wracać do pracy i że ich odprowadzi. Kellogg powiedział jej, że chce się skontaktować z biurem terenowym w San Francisco.

– Miło było was znowu zobaczyć. – Pomachał im.

Edie i Maggie pożegnały się z nim. Wes po chwili także – choć prawdopodobnie tylko dlatego, żeby nie być gorszym od siostry.

Agent odszedł w głąb korytarza, kierując się do swojego tymczasowego biura.

– Wrócisz na kolację? – spytała Maggie.

– Spróbuję, Mags. – Nigdy nie należy składać obietnic, jeśli istnieje ryzyko, że nie będzie można ich spełnić.

– Ale gdyby mama nie mogła – włączyła się Edie – na co mielibyście ochotę?

– Na pizzę – odparła bez namysłu Maggie. – Z pieczywem czosnkowym. A na deser lody miętowo-czekoladowe.

– A ja chcę parę ferragamo – powiedziała Dance.

– Co to jest?

– Buty. Ale wiesz, nie zawsze możemy dostać to, czego chcemy.

Jej matka przedstawiła inną propozycję.

– Co powiecie na michę sałatki? Ze smażonymi krewetkami?

– Pewnie.

– Fajnie – rzekł Wes. Wobec dziadków dzieci były ogromnie uprzejme.

– Wydaje mi się jednak, że czosnkowe pieczywo da się załatwić – do dała Dance, w końcu wywołując uśmiech na jego twarzy.

Z centrali CBI wyszedł jeden z pracowników administracyjnych biura, zamierzając dostarczyć dokumenty do biura szeryfa okręgu Monterey w Salinas.

Zauważył zatrzymujący się przed budynkiem ciemny samochód. Siedząca za kierownicą młoda kobieta, która mimo mgły miała na twarzy okulary przeciwsłoneczne, zlustrowała parking. Coś ją niepokoi, pomyślał urzędnik. Ale to częsty widok: typowa reakcja ludzi, którzy przyjeżdżali tu zgłosić się w charakterze podejrzanych lub świadków. Kobieta przejrzała się w lusterku, nałożyła czapkę i wysiadła. Zamiast ruszyć do wejścia, podeszła do urzędnika.

– Przepraszam pana.

– Tak?

– Czy to jest Biuro Śledcze Kalifornii?

Gdyby spojrzała na budynek, zobaczyłaby wielką tablicę z trzema słowami, jakie zawarła w pytaniu. Ale jako wzorowy pracownik instytucji stanowej odrzekł:

– Zgadza się. W czymś pani pomóc?

– Czy w tym budynku pracuje agentka Dance?

– Owszem, Kathryn Dance.

– Jest u siebie?

– Nie… – Urzędnik spojrzał na przeciwległy koniec parkingu i za śmiał się krótko. – Wie pani, tak się akurat składa, że właśnie tu jest. To ta młodsza. – Dostrzegł Dance w towarzystwie matki i dzieci, które widział już parę razy.

– Aha. Dziękuję panu, agencie.