Urzędnik nie poprawił jej. Lubił, gdy brano go za jednego ze śledczych. Wsiadł do samochodu i wyjechał z podjazdu. Zerkając we wsteczne lusterko, zobaczył kobietę stojącą w tym samym miejscu, gdzie ją zostawił. Wyglądała na zdenerwowaną.
Mógł jej powiedzieć, że nie ma się czego obawiać. Jego zdaniem Kathryn Dance była jedną z najsympatyczniejszych osób w całym CBI.
Dance zamknęła drzwi należącej do matki toyoty prius. Silnik zamruczał i auto ruszyło spod budynku. Agentka pomachała im na pożegnanie, przyglądając się, jak srebrny samochód pokonuje krętą drogę prowadzącą na autostradę numer 68. Dręczył ją niepokój. W myślach wciąż słyszała głos Juana Millara.
Zabijcie mnie…
Biedak.
Choć atak jego brata nie miał z tym nic wspólnego, Kathryn Dance rzeczywiście czuła wyrzuty sumienia z powodu swojej decyzji wysłania młodego detektywa, by sprawdził, co się działo w areszcie. Jej wybór był naturalny, ale wciąż się zastanawiała, czy funkcjonariusz z większym doświadczeniem nie zachowałby większej ostrożności. Wydawało się niemożliwe, by Michael O’Neil, rosły Albert Stemple czy sama Dance pozwolili się rozbroić Pellowi.
Zawracając do budynku, rozmyślała o pierwszych chwilach po wybuchu pożaru w sądzie i ucieczce. Musieli działać szybko. Ale czy nie powinna zaczekać, opracować lepszej strategii?
Roztrząsanie wszystkiego po fakcie. Nieodłączny element policyjnego życia.
Idąc w stronę głównego wejścia, nuciła piosenkę Juliety Venegas. Cudowne nuty dźwięczały jej w głowie, pozwalając na chwilę zapomnieć o okropnych ranach Juana Millara, o jego okropnych słowach, o śmierci Susan Pemberton… i oczach jej syna, które natychmiast straciły radosny blask, gdy tylko chłopiec ujrzał matkę z Winstonem Kelloggiem.
Co z tym począć?
Dance szła przez pusty parking, zmierzając do drzwi i ciesząc się, że nareszcie przestało padać.
Gdy zbliżała się do schodów, usłyszała za sobą szmer kroków na asfalcie. Szybko się odwróciła i zobaczyła jakąś kobietę, której niemal bezszelestnie udało się do niej podejść. Kobieta była w odległości niecałych dwóch metrów i zmierzała prosto w jej kierunku.
Dance stanęła jak wryta.
Kobieta także. Przestąpiła z nogi na nogę.
– Agentko Dance…
Żadna z nich nie odzywała się przez chwilę.
– Zmieniłam zdanie – powiedziała Samantha McCoy. – Chcę pani pomóc.
Rozdział 32
Po pani wizycie nie mogłam zasnąć. A kiedy się dowiedziałam, że znowu kogoś zabił, tę kobietę, wiedziałam już, że muszę przyjechać.
Samanthą, Dance i Kellogg byli w gabinecie agentki. Kobieta siedziała sztywno wyprostowana, ściskając poręcze krzesła, i spoglądała na nich, nie zatrzymując wzroku na żadnym z dwojga agentów dłużej niż sekundę.
– To na pewno Daniel ją zabił?
– Zgadza się – przytaknął Kellogg.
– Dlaczego?
– Nie wiemy. Staramy się właśnie to ustalić. Ofiara nazywała się Susan Pemberton. Pracowała w firmie Eve Brock. Mówią pani coś te nazwiska?
– Nic.
– To firma zajmująca się organizacją imprez. Pell zabrał stamtąd wszystkie dokumenty i prawdopodobnie zniszczył. Było w nich coś, co chciał ukryć. A może interesował się jakąś planowaną imprezą. Nie wie pani, co to mogło być?
– Przykro mi, ale nie.
– Chcę jak najszybciej zabrać panią do Lindy i Rebecki – powiedziała Dance.
– Obie tu są?
– Owszem.
Samanthą wolno pokiwała głową.
– Muszę tu dopilnować paru rzeczy – rzekł Kellogg. – Dołączę do was później.
Dance poinformowała Maryellen Kresbach, gdzie można ją znaleźć, po czym obie z Samanthą opuściły centralę CBI. Agentka poleciła jej zaparkować samochód w garażu pod budynkiem, aby nikt go nie zobaczył – Wsiadły do forda Dance.
Samantha zapięła pas i utkwiła wzrok w przestrzeni. Nagle wyrzuciła z siebie:
– Mój mąż, jego rodzina, moi znajomi… ciągle o niczym nie wiedzą.
– Co im pani powiedziała o swoim wyjeździe?
– Że jadę na konferencję wydawców… A Linda i Rebecca? Wolała bym, żeby nie wiedziały, jak się teraz nazywam, że mam rodzinę.
– Zgoda. Nie powiedziałam im nic, o czym wcześniej nie wiedziały. No jak, gotowa?
Niepewny uśmiech.
– Nie, w ogóle nie jestem gotowa. Ale trudno, jedźmy.
Kiedy dotarły na miejsce, Dance podeszła do pilnującego hotelu zastępcy szeryfa, od którego usłyszała, że w domku ani wokół niego nie działo się nic podejrzanego. Dała znak Samancie. Kobieta po krótkim wahaniu wysiadła z samochodu, mrużąc oczy i bacznie obserwując okolicę. Jej czujność była zrozumiała, zważywszy na sytuację, ale Dance odniosła wrażenie, że kryje się za tym coś więcej.
Samantha uśmiechnęła się blado.
– Ten zapach, szum oceanu… Od procesu nie byłam na półwyspie. Mąż ciągle mnie prosi, żebyśmy tu przyjechali na weekend. Wymyślam coraz to nowe wymówki. Alergie, choroba lokomocyjna, pilna redakcja tekstu. – Uśmiech zgasł. Samantha zerknęła na domek. – Śliczny.
– Są tylko dwa pokoje. Nie spodziewałam się pani.
– Wystarczy, jeżeli jest kanapa. Nie chcę nikomu sprawiać kłopotu.
Samantha, skromna i nieśmiała.
Myszka.
– Mam nadzieję, że to tylko jedna noc. – Kathryn Dance podeszła do domku i zastukała do drzwi przeszłości.
Wnętrze toyoty cuchnęło dymem papierosowym, którego Daniel Pell nie znosił.
Sam nigdy nie palił, choć gdy był w San Quentin i Capitoli, prowadził handel wymienny, przeliczając wszystko na papierosy z wprawą maklera giełdowego. Pozwalałby palić dzieciakom w Rodzinie, czyjeś uzależnienie można było oczywiście wykorzystywać do woli – ale nie cierpiał zapachu dymu. Przypominał mu dzieciństwo, ojca siedzącego w wielkim fotelu, czytającego Biblię i robiącego notatki do kazań, których nikt nigdy nie miał wysłuchać, odpalającego papierosa od papierosa. I matkę, ale ona nie dość, że paliła, to jeszcze piła, nie robiąc nic innego. I brata, który nie palił, tylko wciąż wyciągał Daniela ze wszystkich kryjówek – z szafy w jego pokoju, z domku na drzewie, z łazienki w suterenie. „Nie będę sam odwalał całej pieprzonej roboty”.