Ta myśl znów skierowała jego uwagę na okolice poniżej pasa, przypominając o pilnej potrzebie fizjologicznej.
Nagle zauważył, jak kobieta macha i zbliża się do niego. Przystanął.
– Wszystko u nas w porządku?
– Chyba tak, proszę pani. – Jak zawsze unikał jednoznacznej odpowiedzi.
– Przyjechał pan z powodu tego samochodu? – zapytała.
– Samochodu?
Pokazała na zarośla.
– Tam. Jakieś dziesięć minut temu zobaczyłam, jak parkuje, ale kierowca wjechał między drzewa. Pomyślałam, że to trochę dziwne miejsce. Wie pan, ostatnio mieliśmy tu parę włamań.
Zaniepokojony zastępca szeryfa podszedł bliżej we wskazanym przez nią kierunku. Spomiędzy krzaków błysnął chrom albo szkło. Jedynym powodem, by zatrzymać samochód tak daleko z drogi, musiała była chęć jego ukrycia.
To Pełł, pomyślał.
Sięgając po broń, cofnął się w stronę ulicy.
Szszsz…
Słysząc zagadkowy dźwięk, odwrócił się i w tym samym momencie łopata trzymana przez ogrodnika z głuchym łomotem trafiła go w ramię i szyję.
Zastępca szeryfa z jękiem osunął się na kolana, a przed oczami zawirowały mu czarne kropki eksplodujące na tle żółtawego światła.
– Nie, błagam – wykrztusił.
Odpowiedzią był kolejny cios łopatą, tym razem wymierzony dokładniej.
Daniel Pell, ubrany w powalane ziemią ogrodniczki, zaciągnął gliniarza w krzaki, gdzie nikt nie mógł go zobaczyć. Mężczyzna żył, był tylko oszołomiony i ranny.
Pell błyskawicznie zdjął zastępcy szeryfa mundur i włożył go, podwijając odrobinę za długie nogawki spodni. Następnie zakleił usta policjanta taśmą izolacyjną i skuł go jego kajdankami. Do kieszeni wsunął pistolet gliny i zapasowe magazynki, wkładając do kabury swojego glocka; znał tę broń i na tyle często strzelał z niej na sucho, by mieć wyczucie spustu.
Zerkając za siebie, zobaczył Jennie, która wybierała kwiaty z kawałka ziemi pod skrzynką pocztową i wrzucała je do torby na zakupy. Dobrze poradziła sobie z rolą sąsiadki. Doskonale odwróciła uwagę gliniarza i prawie nie drgnęła, gdy Pell zdzielił drania łopatą.
Lekcja „morderstwa” Susan Pemberton odniosła skutek; Jennie zrobiła kolejny krok w stronę mrocznego wnętrza swojej duszy. Wciąż jednak musiał być ostrożny. Gdyby zabił zastępcę szeryfa, posunąłby się za daleko. Mimo to wszystko szło wspaniale; Pell był zachwycony. Nic nie sprawiało mu większej radości niż tworzenie z kogoś istoty własnego projektu.
– Idź po samochód, najdroższa. – Podał jej ogrodniczki.
Rozpromieniła się w uśmiechu.
– Zaraz podjadę.
Pobiegła w głąb ulicy, niosąc ubranie, torbę na zakupy i łopatę. Obejrzawszy się, powiedziała bezgłośnie „Kocham cię”.
Pell z przyjemnością patrzył, z jaką pewnością siebie Jennie się porusza.
A potem wolno ruszył podjazdem prowadzącym do domu człowieka, który popełnił wobec niego niewybaczalny grzech, omal nie doprowadzając do jego śmierci – byłego prokuratora Jamesa Reynoldsa.
Daniel Pell zajrzał do środka przez szparę między firankami w oknie od frontu. Zobaczył Reynoldsa rozmawiającego przez bezprzewodowy telefon i spacerującego po pokoju z butelką wina w dłoni. Do kuchni weszła jakaś kobieta – zapewne żona. Śmiała się.
Pell sądził, że w dzisiejszych czasach można łatwo odszukać prawie każdego – człowiek miał do dyspozycji komputery, Internet, Google. Znalazł pewne informacje na temat Kathryn Dance, które mogły mu się przydać. Ale James Reynolds pozostawał niewidzialny. Jego nazwiska nie było w bazach danych abonentów, w ewidencji podatników, w poczciwych stanowych i okręgowych książkach telefonicznych ani w spisach członków stowarzyszeń prawników.
Przypuszczał, że w końcu znajdzie prokuratora w jakimś urzędowym rejestrze, ale nie mógł przecież szperać w budynku okręgowym, z którego właśnie uciekł. Poza tym miał mało czasu. Musiał załatwić swoją sprawę w Monterey i wyjechać.
Potem jednak przyszło olśnienie i zaczął przeszukiwać internetowe archiwa miejscowych gazet. W „Peninsula Times” natrafił na notkę o ślubie córki prokuratora. Zadzwonił do hotelu Del Monte Spa and Resort, gdzie odbyło się wesele, i dowiedział się, że uroczystość zorganizowała Brock Company. Wystarczyło poczęstować Susan Pemberton kawą – i odrobiną gazu pieprzowego – by zdobyć dokumenty z nazwiskiem i adresem człowieka finansującego tę fetę, Jamesa Reynoldsa.
A teraz stał przed jego drzwiami.
W środku znów ktoś się poruszył.
W domu był też dwudziestokilkuletni mężczyzna. Może syn – brat panny młodej – albo jego brat. Pell oczywiście będzie musiał zabić każdego, kogo znajdzie za progiem. Nie przejmował się, że skrzywdzi rodzinę, lecz nie mógł zostawić nikogo przy życiu. Ich śmierć miała dla niego wyłącznie praktyczne znaczenie – dawała Pellowi i Jennie więcej czasu na ucieczkę. Grożąc im bronią, zamierzał zapędzić wszystkim do małego pomieszczenia – łazienki czy ciasnego pokoiku – a potem użyć noża, aby nikt nie słyszał strzałów. Miał nadzieję, że jeśli dopisze mu szczęście, ciała zostaną znalezione dopiero po wykonaniu drugiego zadania, jakie czekało go na półwyspie, i już po jego ucieczce.
Pell zobaczył, jak prokurator odkłada słuchawkę i zaczyna się odwracać. Odskoczył od okna, sprawdził pistolet i nacisnął guzik dzwonka. Usłyszał szelest za drzwiami. Zdawało mu się, że judasza przesłonił czyjś cień. Pell stał w takim miejscu, by mieszkańcy domu mogli zobaczyć jego mundur, miał jednak spuszczoną głowę.
– Tak? Kto tam?
– Posterunkowy Ramos, panie Reynolds.
– Kto?
– Zastępca szeryfa, zmiennik. Chciałbym z panem porozmawiać.
– Chwileczkę. Muszę coś zdjąć z ognia.
Pell zacisnął dłoń na pistolecie, spodziewając się, że niebawem opuści go ogromne zniecierpliwienie. Nagle poczuł podniecenie. Nie mógł się doczekać powrotu z Jennie do Sea View. Może nawet nie zdążą dojechać do motelu. Weźmie ją na tylnym siedzeniu. Pell cofnął się w cień wysokiego i gęstego drzewa rosnącego niedaleko drzwi, z lubością dotykając ciężkiego pistoletu. Upłynęła minuta. Potem następna. Zapukał.