Samantha poczuła się odrobinę zazdrosna. Po wyjściu z więzienia zmieniła tożsamość i przeprowadziła się do San Francisco, mając nadzieję wtopić się w anonimowy tłum mieszkańców wielkiego miasta. Unikała towarzystwa, obawiając się, że jakiś szczegół zdradzi jej prawdziwą tożsamość albo że mimo operacji plastycznych ktoś ją rozpozna.
W końcu zaczęła jej doskwierać samotność i Sam wyszła do ludzi. Trzeci chłopak, z którym się spotykała, Ron Starkey, był inżynierem elektrykiem, absolwentem Stanforda. Sympatyczny, nieśmiały, nieco zagubiony – klasyczny kujon. Niezbyt ciekawiła go jej przeszłość; właściwie nie interesowało go nic poza lotniczymi urządzeniami nawigacyjnymi, filmami, restauracjami i ostatnio ich synem.
Większość kobiet nie przepada za tym typem osobowości, lecz Samantha uznała, że dla niej będzie w sam raz.
Pobrali się po pół roku, a rok później urodził się Peter. Sam była zadowolona. Ron okazał się dobrym ojcem, człowiekiem, na którym mogła polegać. Żałowała tylko, że nie poznała go kilka lat później, gdy zdążyłaby trochę więcej przeżyć i doświadczyć po czasie spędzonym w Rodzinie i w więzieniu. Uważała, że skutkiem spotkania z Danielem Pełłem była wielka dziura w jej życiu, której nigdy nie będzie potrafiła wypełnić.
Linda i Rebecca usiłowały namówić Samanthę, by opowiedziała im o sobie. Odmówiła. Nie chciała zdradzać komukolwiek, a zwłaszcza tym kobietom, żadnych szczegółów życia Sarah Starkey. Gdyby tajemnica wyszła na jaw, Sam nie miała wątpliwości, że Ron by ją zostawił. Kiedy z płaczem „przyznała się” do defraudacji, zerwał z nią na kilka miesięcy; gdyby się dowiedział, że przez tyle lat go okłamywała, nie mówiąc nic o swoim związku z Danielem Pellem, natychmiast wyszedłby z domu – zabierając ze sobą syna – i już nigdy by nie wrócił.
Linda znów podsunęła jej talerz z ciastkami.
– Nie, dziękuję – rzekła Samantha. – Już nie mogę. Od dawna nie zjadłam tyle na kolację.
Linda usiadła obok, chrupiąc herbatnika.
– Och, Sam. Zanim przyjechałaś, opowiadałyśmy Kathryn o naszej wielkanocnej kolacji. Ostatniej Wielkanocy razem. Pamiętasz?
– Czy pamiętam? Było fantastycznie.
To rzeczywiście był wspaniały dzień. Siedzieli przed domem przy stole, który zrobiła z Jimmym Newbergiem ze znalezionego na plaży drewna. Mnóstwo jedzenia, świetna muzyka sącząca się z oplatanego siecią kabli, skomplikowanego zestawu stereo dzieła Jimmy’ego. Malowali pisanki, wypełniając dom wonią gorącego octu. Samantha pomalowała wszystkie na niebiesko. Jak oczy Daniela.
Dni Rodziny były już policzone; sześć tygodni później rodzina Croytonów i Jimmy Newberg nie żyli, reszta trafiła za kratki.
Ale tamten dzień był cudowny. Indyk – wspominała z uśmiechem Sam. Uwędziłaś go, prawda?
Linda przytaknęła.
– Chyba osiem godzin. W tej wędzarni, którą zrobił dla mnie Daniel.
– W czym? – zdziwiła się Rebecca.
– W wędzarni za domem. Tej, którą dla mnie zrobił.
– Pamiętam. Ale wcale jej nie zrobił.
Linda roześmiała się.
– Ależ tak. Mówiłam mu, że zawsze chciałam mieć małą wędzarnię. Taką jak u moich rodziców. Ojciec wędził tam szynki, kurczaki i kaczki. Chciałam mu pomagać, ale nie pozwalał. Więc Daniel zrobił ją dla mnie.
Rebecca miała zdezorientowaną minę.
– Nie, nie. Wziął ją od tej kobiety z naszej ulicy. Jak jej było?
– Z naszej ulicy? – Linda zmarszczyła brwi. – Mylisz się. Pożyczył narzędzia i zrobił mi wędzarnię ze starej beczki po ropie. Sprawił mi prawdziwą niespodziankę.
– Zaraz… Rachel. Zgadza się, tak miała na imię. Pamiętasz ją? Ład na nie była – jasnorude włosy z siwymi odrostami. – Rebecca spojrzała na nią zdumiona. – Musisz ją pamiętać.
– Pamiętam Rachel – odparła chłodno Linda. – Co ona ma z tym wspólnego?
Rachel była ćpunką i powodem poważnej niezgody w Rodzinie, ponieważ Pell spędzał w jej domu sporo czasu… robiąc to, co lubił najbardziej. Samantha w ogóle się tym nie przejmowała – godziła się na wszystko, co pozawalało jej uniknąć przykrości ze strony Pella w sypialni. Ale Linda była zazdrosna. Podczas ich ostatniego wspólnego Bożego Narodzenia Rachel pod jakimś pretekstem wstąpiła do domu Rodziny, kiedy Daniela nie było. Linda wyrzuciła ją na ulicę. Gdy Pell się o tym dowiedział, przyrzekł, że więcej nie będzie się z nią spotykał.
– To od niej dostał tę wędzarnię – powiedziała Rebecca, która zjawiła się w domu po świątecznej awanturze i nie miała pojęcia o zazdrości Lindy.
– Nieprawda. Zrobił mi ją na urodziny.
Sam przeczuwała nadciągającą katastrofę.
– Wszystko jedno – włączyła się pospiesznie. – Ważne, że uwędziłaś świetnego indyka. Robiliśmy kanapki chyba jeszcze przez dwa tygodnie.
Żadna z nich nie zwróciła na nią uwagi. Rebecca pociągnęła łyk wina.
– Linda, dostałaś na urodziny wędzarnię, bo Daniel był tego dnia rano u Rachel i ona mu ją dała. Zrobił ją dla niej jakiś surfer, ale nie umiała gotować.
– Był u niej? – szepnęła Linda. – W moje urodziny?
Pell przekonywał Lindę, że nie widział się z Rachel od pamiętnego incydentu w święta. Linda miała urodziny w kwietniu.
– Tak. Bywał ze trzy razy w tygodniu. Jak to, nic nie wiedziałaś?
– Nieważne – powiedziała Samantha. – To było tak dawno…
– Zamknij się – warknęła Linda. Spojrzała na Rebeccę. – Mylisz się.
– Co, dziwisz się, że Daniel cię okłamał? – Rebecca wybuchnęła śmiechem. – Tobie powiedział, że ma upośledzonego brata, mnie, że w ogóle nie ma brata. Zapytajmy autorytetu. Sam, czy Daniel chodził wiosną do Rachel?
– Nie wiem.
– Odpowiedź błędna… Owszem, wiesz – oznajmiła Rebecca.
– Dajcie spokój – prosiła Sam. – Co to za różnica?
– Zróbmy sobie konkurs, kto najlepiej zna Daniela. Powiedział ci coś o tym? Przecież swojej Myszce mówił wszystko.
– Nie musimy…
– Odpowiedz!
– Nie mam pojęcia. Rebecca, daj spokój. Odpuść sobie.
– Powiedział?
Rzeczywiście powiedział. Samantha odparła jednak:
– Nie pamiętam.
– Gówno prawda.