Выбрать главу

– Nadal stawiam na obserwację. W końcu musi stamtąd wyjść.

– Zgadzam się – oznajmił zdecydowanie O’Neil.

Kellogg przez chwilę nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w mapę, po czym zwrócił się do Dance.

– Skoro jesteś przeciw, w porządku. Twój wybór. Ale pamiętaj, co mówiłem o przywódcach sekt. Kiedy wyjdzie na ulicę, będzie czujny, będzie się liczył z ryzykiem, że w każdej chwili coś się może stać. Zaplanuje każdą ewentualność. W motelu będzie mniej ostrożny. W swoim zamku każdy przywódca sekty czuje się bezpiecznie.

– W Waco to się nie bardzo sprawdziło – zauważył O’Neil.

– W Waco doszło do pata. Koresh i jego ludzie wiedzieli, że agenci otoczyli ranczo. Pell nie będzie miał o niczym pojęcia.

To prawda, pomyślała Dance.

– Winston naprawdę się na tym zna, Kathryn – powiedział Overby. – Po to tu jest. Uważam, że powinniśmy działać.

Może jej szef rzeczywiście tak sądził, choć zapewnie nie mógł się sprzeciwić zdaniu specjalisty, którego sam sprowadził. Więcej okazji, by zrzucić winę… Patrzyła na mapę Monterey.

– Kathryn? – ponaglił ją niecierpliwym tonem Overby.

Dance wciąż się zastanawiała.

– Zgoda. Wchodzimy.

O’Neil zesztywniał.

– Mamy jeszcze czas.

Znów się zawahała, patrząc na pewnego siebie Kellogga, który także oglądał mapę.

– Nie, myślę, że powinniśmy brać się do roboty.

– Dobrze – rzekł Overby. – Aktywne podejście jest najlepsze. Absolutnie.

Aktywne podejście, pomyślała z goryczą Dance. Chwytliwe hasło na konferencję prasową. Miała nadzieję, że w komunikacie do mediów znajdzie się informacja o aresztowaniu Daniela Pella i braku dalszych ofiar wśród cywilów.

– Michael? – zwrócił się do detektywa Overby. – Skontaktujesz się ze swoimi ludźmi?

O’Neil po krótkim wahaniu zadzwonił do swojego biura i poprosił o połączenie z dowódcą jednostki SWAT.

Leżąc w łóżku w bladym świetle poranka, Daniel Pell pomyślał, że teraz będą musieli zachować szczególną ostrożność. Policja prawdopodobnie już wiedziała, że ucharakteryzował się na Latynosa. Wprawdzie mógł rozjaśnić skórę i zmienić kolor włosów, ale tego też się pewnie spodziewali.

Mimo to na razie nie mógł wyjechać. Miał do wykonania jeszcze jedno zadanie, które było głównym powodem pozostania na półwyspie.

Pell zaparzył kawę i wracając z dwoma kubkami do łóżka, zauważył, że Jennie mu się przygląda. Tak jak poprzedniego wieczoru, miała zmieniony wyraz twarzy. Wydawała się dojrzalsza, niż kiedy spotkali się po raz pierwszy.

– Co, najdroższa?

– Mogę cię o coś zapytać?

– Jasne.

– Nie pojedziesz ze mną do Anaheim, prawda?

Jej słowa mocno go zaskoczyły. Zawahał się, nie wiedząc, co powiedzieć. Wreszcie spytał:

– Dlaczego tak myślisz?

– Tak przeczuwam.

Pell postawił kawę na stole. Mógł skłamać – przychodziło mu to bez trudu. Zwłaszcza że nie poniósłby żadnych konsekwencji. Mimo to rzekł:

– Mam dla nas inne plany, najdroższa. Jeszcze ci o nich nie mówiłem.

– Wiem.

– Wiesz? – zdziwił się.

– Od początku wiedziałam. To znaczy, niezupełnie wiedziałam. Ale miałam przeczucie.

– Załatwimy tu jeszcze parę spraw i wyjedziemy gdzie indziej.

– Gdzie?

– Na moją ziemię. Zobaczysz, nic nie może się z nią równać. Wokoło żywej duszy. To wspaniałe, piękne miejsce. Nikt nie będzie nam tam przeszkadzał. Jest na szczycie góry. Lubisz góry?

– Chyba tak.

To dobrze. Bo Daniel Pell miał jedną na własność.

Ciotka Barbara z Bakersfield była w opinii Pella jedyną porządną osobą w rodzinie. Swojego brata – ojca Pella – uważała za szaleńca; niewydarzony pastor obsesyjnie przestrzegał biblijnych nakazów, śmiertelnie bał się Boga i podejmowania decyzji, jak gdyby każdą z nich mógł ściągnąć na siebie Jego gniew. Dlatego ciotka robiła, co mogła, by zapewnić chłopcom Pella rozrywkę. Richard w ogóle nie miał ochoty się z nią widywać, ale Daniel spędzał z ciotką dużo czasu. Nie zapędzała go do pracy, nie musztrowała. Pozwalała mu przychodzić i wychodzić, kiedy chciał, wydawała na niego pieniądze, pytała, co robił w ciągu dnia. Zabierała go w różne miejsca. Pell pamiętał, jak jeździli na wzgórza na pikniki, chodzili do zoo i do kina – gdzie siedział, wdychając zapach popcornu i ciężką woń perfum ciotki, i z zapartym tchem oglądał dzielne poczynania nieustraszonych pozytywnych i negatywnych bohaterów hollywoodzkich.

Związek z ciotką Barbarą zainspirował go do stworzenia Rodziny.

Ciotka mówiła mu o swoich poglądach. Uważała na przykład, że cały kraj w niedalekiej przyszłości ogarnie krwawa wojna rasowa (obstawiała początek nowego milenium – nie trafiła), kupiła więc około osiemdziesięciu hektarów lasu w północnej Kalifornii, na szczycie góry niedaleko Shasta. Daniel Pell nigdy nie był rasistą, ale nie był też głupi, dlatego gdy ciotka wygłaszała tyrady na temat nadciągającej Wielkiej Wojny Czarnych z Białymi, gorąco jej potakiwał.

Przekazała tytuł własności ziemi bratankowi, aby wraz z innymi „dobrymi, porządnymi ludźmi o słusznych poglądach” (i białej skórze) miał dokąd uciec, kiedy padną pierwsze strzały.

Pell był wówczas młody i nie zawracał sobie głowy górą ciotki. Kiedyś jednak wybrał się tam autostopem i natychmiast zrozumiał, że to miejsce wymarzone dla niego. Spodobał mu się wspaniały widok i czyste powietrze, lecz przede wszystkim spodobała mu się ustronność posiadłości; mógłby się tu schronić przed rządem i wścibskimi sąsiadami. (Znalazł nawet kilka głębokich jaskiń – i czując pęczniejący w środku balon, często wyobrażał sobie, co tam się będzie mogło dziać). Sam wyciął parę drzew i postawił prostą chatę.

Wiedział, że pewnego dnia założy tu swoje królestwo, ostateczne miejsce przeznaczenia, dokąd Szczurołap przyprowadzi swoje dzieci i założy nową Rodzinę.

Pell musiał jednak zadbać o to, by ziemia pozostała niewidzialna – nie dla szalejących mniejszości rasowych, lecz dla policji, ze względu na jego przeszłość i znaną skłonność do przestępstw. Zaopatrzył się w książki napisane przez specjalistów sztuki przetrwania oraz skrajnych antyrządowych prawicowców, chcąc się dowiedzieć, jak ukryć prawo własności do ziemi – okazało się to banalnie proste, pod warunkiem, że regularnie płaciło się podatek od nieruchomości (wystarczyło powiernictwo majątkowe i rachunek oszczędnościowy). Taki układ działał samoczynnie, co było idealnym rozwiązaniem dla Daniela Pella – żadnej zależności od nikogo.