Jego wymarzony szczyt góry.
W realizacji planu przeszkodziło mu tylko pewne zdarzenie. Kiedy pojechał tam z Alison, dziewczyną poznaną w San Francisco, napotkał człowieka pracującego w okręgowym urzędzie katastralnym, Charlesa Pickeringa. Urzędnik słyszał plotki, że na górę zwożono jakieś materiały budowlane. Chciał sprawdzić, czy właściciel planuje jakiś remont albo ulepszenia, co z kolei wiązałoby się z podwyżką podatku. Z tym Pell nie miałby żadnego problemu; mógł przekazać funduszowi powierniczemu więcej pieniędzy. Ale nieszczęśliwym zrządzeniem losu Pickering miał rodzinę w okręgu Marin i poznał Pella, którego zdjęcie pojawiło się w miejscowej gazecie, w artykule o jego aresztowaniu za włamanie.
– Hej, ja pana chyba znam – powiedział taksator.
I były to jego ostatnie słowa. W dłoni Pella błysnął nóż i Pickering runął na ziemię, umierając w kałuży krwi trzydzieści sekund później.
Nic nie mogło zagrozić enklawie Pella.
Udało mu się uniknąć kary, choć policja przetrzymywała go przez jakiś czas – na tyle długo, by Alison uznała, że wszystko między nimi skończone i wróciła na południe. (Odtąd ciągle jej szukał; musiała oczywiście umrzeć, ponieważ wiedziała, gdzie jest ziemia Pella).
Myśl o górze dodawała mu sił, gdy trafił do San Quentin, a potem do Capitoli. Bezustannie o niej marzył. Z jej powodu zaczął studiować prawo i przygotował solidny wniosek o apelację w sprawie morderstwa Croytonów, wierząc, że wygra i sąd zmniejszy wyrok – może nawet do czasu spędzonego już za kratkami.
Jednak w zeszłym roku wniosek został odrzucony.
A Pell zaczął myśleć o ucieczce.
Teraz był wolny i po załatwieniu swoich spraw w Monterey pragnął jak najszybciej pojechać na wymarzoną górę. Kiedy ten idiota strażnik wpuścił go w niedzielę do biura, Pellowi udało się obejrzeć swoją ziemię na stronie Visual-Earth. Nie znał dokładnych współrzędnych, ale mniej więcej trafił we właściwe miejsce. I z zachwytem zobaczył, że okolica wciąż jest pusta, w promieniu wielu kilometrów nie było żadnych zabudowań, a jaskinie pozostawały niewidoczne dla ciekawskiego oka satelity.
Leżąc w łóżku w motelu Sea View, opowiedział Jennie o swojej ziemi – rzecz jasna, ogólnikowo. Ujawnianie zbyt wielu szczegółów nie leżało w jego naturze. Nie powiedział jej na przykład, że nie będzie jedyną osobą, która tam zamieszka. I nie mógł jej zdradzić, jakie plany obmyślał dla mieszkańców góry. Pell wyciągnął wnioski z błędów popełnionych przed dziesięciu laty w Seaside. Był zbyt pobłażliwy, zbyt rzadko uciekał się do przemocy.
Tym razem należało wyeliminować wszystkie możliwe zagrożenia.
Ale Jennie była usatysfakcjonowana – nawet przejęta – perspektywą, jaką przed nią nakreślił.
– Naprawdę. Pojadę z tobą, gdzie zechcesz, ukochany… – Wyjęła mu z dłoni kubek z kawą, odstawiła na bok. Położyła się na wznak. – Kochaj się ze mną. Danielu. Proszę…
„Kochaj się”, zauważył. Nie „pieprz mnie”.
Znak, że jego uczennica przeszła do wyższej klasy. Świadomość tego faktu podziałała mocniej niż widok jej ciała, rozdymając w nim bańkę.
Odgarnął jej z czoła kosmyk ufarbowanych włosów i pocałował ją. Jego ręce rozpoczęły znajomą, lecz nieodmiennie odkrywczą wędrówkę.
Którą przerwał przeraźliwy dzwonek telefonu. Pell z grymasem odebrał, słuchał przez chwilę, po czym zasłonił dłonią mikrofon słuchawki.
– Dzwonią z obsługi. Widzieli wywieszkę „Nie przeszkadzać” i chcą wiedzieć, kiedy mogą posprzątać pokój.
Jennie uśmiechnęła się kokieteryjnie.
– Powiedz im, żeby nam dali co najmniej godzinę.
– Powiem, że dwie. Na wszelki wypadek.
Rozdział 41
Punkt zborny przed akcją szturmową zorganizowano na skrzyżowaniu, za rogiem motelu Sea View.
Dance wciąż nie była pewna, czy operacja taktyczna to rozsądne rozwiązanie, ale kiedy już podjęto decyzję, nieuchronnie zaczęły działać pewne zasady. Jedna z nich polegała na tym, że Dance musiała usunąć się na drugi plan. Nie była specjalistką w tej dziedzinie, pozostawała jej więc jedynie rola widza.
Reprezentantami CBI w zespołach szturmowych, złożonych z funkcjonariuszy jednostki SWAT okręgowego biura szeryfa i kilku osób z policji stanowej, zostali Albert Stemple i TJ. Ośmiu mężczyzn i dwie kobiety zgromadzili się przy nieoznakowanej furgonetce, w której mieściło się dosyć broni i amunicji, by poskromić niewielkie zamieszki uliczne.
Pell wciąż przebywał w pokoju wynajętym przez tajemniczą kobietę; światła były zgaszone, ale jeden z funkcjonariuszy przyłożył mikrofon do ściany z tyłu budynku i zameldował, że z pokoju dochodzą jakieś dźwięki. Nie był pewien, ale przypuszczał, że to odgłosy uprawiania seksu.
Dobra wiadomość, pomyślała Dance. Nagi podejrzany to bezbronny podejrzany.
Rozmawiając przez telefon z kierownikiem motelu, zapytała o sąsiednie pokoje. Ten z lewej był pusty; goście wyszli z ekwipunkiem wędkarskim, co oznaczało, że wrócą dopiero za jakiś czas. Rodzina zajmująca pokój po drugiej stronie wciąż niestety tam była.
Dance w pierwszej chwili chciała do nich zadzwonić i polecić im położyć się na podłodze w głębi pokoju. Wiedziała jednak, że nie posłuchaliby. Wybiegliby w popłochu, chroniąc dzieci. A Pell natychmiast by się domyślił, co się dzieje. Miał koci instynkt.
Myśląc o rodzinie, o gościach w innych pokojach i motelowym personelu, Kathryn Dance powiedziała sobie: odwołaj akcję. Rób, co ci każe intuicja. Masz tu władzę. Overby pewnie nie będzie zachwycony – czekałoby ją poważne starcie – ale poradziłaby sobie. Mogła liczyć na wsparcie O’Neila i zastępców szeryfa.
Mimo to nie mogła w tym momencie ufać przeczuciu. Nie znała ludzi pokroju Pella; Winston Kellogg znał.
Właśnie się zjawił, podszedł do funkcjonariuszy brygady antyterrorystycznej i przedstawił się, podając każdemu rękę. Znów się przebrał. Nie przypominał już jednak członka klubu golfowego. Miał na sobie czarne dżinsy, czarną koszulę i grubą kamizelkę kuloodporną, odsłaniającą bandaż na szyi.
W pamięci rozbrzmiały jej słowa TJ-a.