– A ilu jest Żydów w Danville, wśród tych sześciu tysięcy siedmiuset ludzi? Ilu jest Żydów w całym stanie?
– Przecież sama wiesz, Bess. Bardzo niewielu. Powiem ci tylko, że mogło być gorzej. Mogła nam się trafić Montana, gdzie jadą Gellerowie. Albo Kansas, gdzie jadą Schwartzowie. Albo Oklahoma, gdzie jadą Brody’owie. Siedmiu z naszego biura wyjeżdża i wierz mi, że miałem najwięcej szczęścia. Kentucky to piękna okolica, wspaniały klimat. To nie jest koniec świata. Zobaczysz, że będziemy tam żyli tak samo jak tutaj. Może nawet lepiej, biorąc pod uwagę niższe ceny i lepszy klimat. Chłopcy pójdą do szkoły, ja do pracy, ty zajmiesz się domem. Może uda nam się nawet kupić własny dom, gdzie chłopcy będą mieli oddzielne pokoje i podwórko do gry w piłkę.
– Ale jak oni mają czelność tak postępować z ludźmi? – biadała matka. – Wierzyć mi się nie chce, Hermanie. Przecież tu są nasze rodziny. Nasi starzy przyjaciele. Chłopcy też mają tu przyjaciół. Spędziliśmy tutaj całe życie w spokoju i harmonii. O jedną przecznicę od domu mamy najlepszą szkołę podstawową w New Jersey. O jedną przecznicę od domu mamy najlepsze gimnazjum w New Jersey. Nasi synowie uczą się razem z innymi żydowskimi dziećmi. Nie wchodzą w konflikty z dziećmi innych narodowości. Nie ma wyzwisk. Nie ma bójek. Nigdy nie musieli czuć się wykluczeni i samotni, tak jak ja, kiedy byłam mała. Wierzyć mi się nie chce, że twoi pracodawcy tak z tobą postąpili. Tyle się dla nich naharowałeś, tyle im poświęciłeś nadprogramowych godzin i wysiłków – i to ma być zapłata?
– Chłopcy – zwrócił się do nas ojciec – pytajcie, o co chcecie. Mama ma rację. To dla nas wszystkich wielka niespodzianka. Trochę jesteśmy nią oszołomieni. Dlatego pytajcie o wszystko, co was niepokoi. Chcę, żebyśmy wszyscy mieli w tej sprawie całkowitą jasność.
Sandy najwyraźniej miał jasność i wcale nie wyglądał na oszołomionego. Był podekscytowany i z trudem hamował radość, ponieważ wiedział doskonale, gdzie szukać Danville na mapie: o czternaście mil od farmy tytoniowej Mawhinneya. Możliwe zresztą, że wiedział o wyjeździe na długo przed nami. Rodzice nie mówili tego głośno, ale właśnie to ich milczenie przekonało mnie, że wybór mojego ojca na jednego z siedmiu żydowskich „osadników” był nie mniej przypadkowy niż oddelegowanie go do nowego biura firmy w Danville. Od chwili, kiedy ojciec otworzył drzwi i kazał ciotce Evelyn raz na zawsze wynosić się z domu, nasze losy nie mogły potoczyć się inaczej.
Byliśmy już po kolacji i siedzieliśmy w stołowym pokoju. Sandy rysował sobie coś z błogim spokojem i nie miał żadnych pytań, ja – wyglądając na dwór z nosem wciśniętym w szybę otwartego okna – też nie miałem żadnych pytań, więc ojciec, przygnębiony czarnymi myślami i świadomością klęski, zaczął spacerować od ściany do ściany, a matka siedziała na kanapie i mruczała coś pod nosem, nie mogąc się pogodzić z tym, co nas czekało. W dramacie konfrontacji z nieuchronnym, w zmaganiu z nieznanym, zamienili się rolami, które odgrywali kiedyś w waszyngtońskim hotelu. Nagle uświadomiłem sobie, jak daleko sprawy zabrnęły, jaki straszliwy chaos zapanował wokół nas i jak gwałtownie przychodzi kataklizm, kiedy już przychodzi.
Od około trzeciej szalała burza, ale wtem gnana wiatrem ulewa ustała i wyszło oślepiające słońce, jakby przesunięto do przodu wszystkie zegary i jutrzejszy poranek zaczynał się na zachodzie dzisiaj o szóstej po południu. Jak to się stało, że nasza skromna u-liczka obudziła we mnie taki zachwyt, obmyta lśniącym w słońcu deszczem? Jak to się stało, że zasłane liśćmi wielkie kałuże na chodnikach i nasiąknięte niczym gąbka trawniczki za domami zapachniały mi nagle tak rozkosznie, jakbym urodził się na nowo w tropikalnej dżungli? W ostrym słońcu, które wyszło po burzy, Summit Avenue lśniła życiem jak zwierzątko, jak moje własne, jedwabiste, pulsujące zwierzątko, wykąpane w strugach chlustającej z nieba wody, a teraz błogo wygrzewające się w promieniach.
Nic mnie nie zmusi do wyjazdu stąd.
– A z kim chłopcy będą się bawić? – spytała matka.
– W Kentucky jest masa dzieci – zapewnił ją ojciec.
– A ja, z kim będę rozmawiała? Kto mi zastąpi przyjaciółki znane od dzieciństwa?
– Kobiety też tam są.
– Gojowskie kobiety. – Matka rzadko pozwalała sobie na uszczypliwość, ale teraz przybrała sarkastyczny ton; do tego stopnia czuła się skonfundowana i zagrożona. – Poczciwe chrześcijanki, które zrobią wszystko, żebym poczuła się tam jak w domu. Oni nie mają prawa tego robić!
– Bess, proszę cię. Tak to jest, jak się pracuje w wielkiej firmie. Wielkie firmy stale przenoszą ludzi z miejsca na miejsce. I nie ma rady, trzeba jechać.
– Ja mam na myśli rząd. To rząd nie ma prawa tego robić. Nie wolno zmuszać ludzi, żeby z dnia na dzień zwinęli manatki i jechali nie wiadomo dokąd. Żadna konstytucja nie dopuszcza takich rzeczy.
– Nikt nas nie zmusza.
– To dlaczego wyjeżdżamy? Oczywiście, że nas zmuszają. To bezprawie. Nie wolno wyrzucać z domu Żydów tylko dlatego, że są Żydami, i wysyłać ich pod przymusem, gdzie się komu podoba. Nie wolno traktować miasta jako własnego folwarku. Chcą pozbyć się Newark takiego, jakie teraz jest, kiedy obok innych mieszkają w nim również Żydzi? Co oni w tym mają za interes? To wbrew prawu. Wszyscy wiedzą, że to jest wbrew prawu.
– No to czemu nie pozwiemy przed sąd Stanów Zjednoczonych Ameryki? – bąknął Sandy, nie podnosząc nawet głowy znad szkicownika.
– Można to zrobić – odparłem. – Przed Sąd Najwyższy.
– Nie zwracaj na niego uwagi – powiedziała do mnie matka. – Dopóki twój brat nie nauczy się dobrych manier, będziemy go ignorować.
Na to Sandy wstał, zabrał swoje przybory rysunkowe i poszedł do naszego pokoju. Nie mogąc już dłużej znieść bezradności ojca i udręki matki, otworzyłem frontowe drzwi i wybiegłem na ulicę, gdzie dzieciaki, które też już były po kolacji, puszczały w rynsztokach patyczki od lizaków, obserwując, jak spływają z kaskadami wody między żeliwne kratki gulgocących kanałów, razem z poobrywanym wichurą kwieciem akacji, papierkami po cukierkach, żukami, kapslami od butelek, dżdżownicami, petami i tajemniczym, intrygującym, oczywistym oślizgłym kondomem. Wszyscy świetnie się bawili, wykorzystując ostatnie chwile przed pójściem do łóżek – wszyscy mogli się świetnie bawić, bo ich rodzice nie byli zatrudnieni w firmach kolaborujących z Osadnictwem 42. Ojcowie moich kolegów pracowali na własny rachunek albo w spółkach z braćmi i szwagrami, w związku z czym nigdzie nie musieli się wynosić. Nie zgadzałem się, żeby rząd Stanów Zjednoczonych wyrzucił mnie z ulicy, której rynsztokami płynie eliksir życia.
Alvin wysługiwał się mafii w Filadelfii, Sandy mieszkał na wygnaniu w naszym domu, a autorytet mojego ojca jako obrońcy rodziny stopniał drastycznie, o ile nie do zera. Jeszcze dwa lata wcześniej, walcząc o zachowanie obranego przez nas stylu życia, ojciec zdobył się na wizytę w urzędzie spraw wewnętrznych, gdzie o-świadczył wprost ważnemu dyrektorowi, że rezygnuje z awansu, który miał postawić go wyżej w zawodowej hierarchii i zapewnić wyższą pensję, jednak za cenę przeprowadzki do zamieszkanych głównie przez bundystów okolic New Jersey. Teraz nie stać go już było na opór wobec nie mniej zapewne ryzykownej propozycji prze-flancowania naszej rodziny – uznał, że protest będzie bezowocny i że nasz los nie spoczywa już w jego rękach. Źródłem niemocy ojca była – o zgrozo – posłuszna współpraca jego firmy z władzami państwa. Nie mieliśmy już żadnego obrońcy – poza mną.
Nazajutrz po szkole znowu wsiadłem ukradkiem w autobus jadący do centrum, tym razem w „siódemkę”, której trasa biegła o jakieś trzy czwarte mili od Summit Avenue, po drugiej stronie gruntów uprawnych sierocińca, tam gdzie kościół Świętego Piotra zwracał się fasadą ku przelotowej ulicy Lyons Avenue i gdzie, ukryty w cieniu jego zwieńczonej krzyżem wieży, byłem jeszcze mniej narażony na to, że rozpozna mnie ktoś z sąsiadów, kolegów szkolnych lub przyjaciół rodziny, niż wtedy, kiedy jechałem „czternastką” z Clinton Place.