– Niech będzie przeszukania – zgodziła się zielonooka. – A więc, telefon stoi w moim pokoju. Kiedy byłam w domu, tylko ja podnosiłam słuchawkę. Do Zygmunta dzwoniono rzadko. Wyłącznie z budowy.
– A koledzy? Jakieś kobiety? Choćby rodzina?
– Z bliższej rodziny Zygmunt miał tylko siostrę we Francji i brata w Katowicach. Od siostry przychodziły pocztówki na święta, z bratem mąż nie utrzymywał żadnych kontaktów. Ja go nawet nie znałam. Przez całe trzy lata naszego małżeństwa nie zadzwoniła do niego nigdy żadna kobieta. Kobiety jeszcze bardziej go nie lubiły niż mężczyźni. To naprawdę był bardzo dziwny człowiek.
Po czterech dniach gorączkowych poszukiwań zagadka wyjaśniła się. Do Pałacu Mostowskich przyjechał inżynier Janusz Adamczyk.
Sprawdziłem wszystko – powiedział. – Spadek wydajności spowodowany był koniecznością dłuższego pozostawiania betonu w oszalowaniach.
– Nie bardzo rozumiem – przyznał Ciesielski. – Może pan inżynier, wyjaśni to dokładniej.
– Przy budowie podpór pod estakadę najpierw robi się zbrojenie z żelaznych prętów, buduje szalunki i następnie leje się płynny beton, który stygnie i twardnieje, czyli mówiąc językiem fachowym „wiąże się”. Kiedy beton już się zwiąże, zdejmuje się szalunek. Dawniej robiło się go ze zwykłych desek. Teraz dla oszczędności drewna używamy form, które mogą być stosowane wielokrotnie. Na pewno widział pan, jak się betonuje na przykład fundamenty.
– Naturalnie, że widziałem. Z dołu sterczą druty, które zalewa się cementem.
– Nie cementem, lecz betonem, to znaczy cementem, żwirem i wodą zmieszanymi w pewnych proporcjach.
– Niech będzie betonem – zgodził się porucznik.
– Przy używaniu szybkosprawnych cementów proces trzymania betonu w szalunkach trwa najwyżej trzy dni. Otóż spadek wydajności nastąpił dlatego, że trzeba było przedłużyć ten okres do pięciu czy nawet do sześciu dni.
– Dlaczego w innych sekcjach pańskiej budowy nie wystąpiło to zjawisko?
– Wystąpiło. Ale ponieważ oni w ogóle pracowali znacznie wolniej, nie było tam takich napięć. Opóźnienia nadrabiali przyspieszeniem zbrojeń lub przy robotach ziemnych czy przygotowawczych. Co innego u Zygmunta, gdzie wszystko było wyśrubowane do granic możliwości. Opóźnienie zdjęcia form opóźniało cały cykl budowy podpory.
– Czym pan tłumaczy to przedłużenie trzymania betonu w formie?
– Bez specjalnych laboratoryjnych badań ściśle tego stwierdzić nie sposób. Ale jako praktyk, mogę podejrzewać, że jakaś cementownia, chcąc sobie poprawić wskaźniki produkcji wypuściła cement gorszej klasy. Nie szybko, ale wolno sprawny. Trzeba pecha, że porcja tego cementu trafiła do naszej wytwórni betonu. Dostajemy cement z różnych cementowni. Zasadniczo ten produkt powinien być jednakowy. Niestety, tak nie jest. Wprawdzie na workach są takie same sygnatury, ale jedna wytwórnia pracuje solidniej, druga nie dba o jakość, a tylko o ilość. A że to później stwarza nam, budowlanym, niesłychane trudności, co ich to obchodzi?
– A czym pan tłumaczy, że teraz plany produkcji są wysoko przekraczane?
– Po prostu zużyliśmy cały zapas gorszego cementu i obecnie pracujemy na lepszym. Jakość materiału budowlanego odpowiada numerowi sygnatury. Dlatego jednocześnie w trzech sekcjach produkcja podskoczyła w górę. Ta, którą kierował Zygmunt, zawsze przodowała, stąd też i teraz, przy zachowaniu dawnej organizacji pracy, jest najlepsza. Dwie pozostałe mając do czynienia z gorszym betonem, nauczyły się lepiej pracować na innych odcinkach, co przy dobrym betonie daje im możliwości poważnego przekroczenia planów. A że zarobki robotników od razu skoczyły w górę, więc się pilnują.
– Po wyjściu z pokoju inżyniera Janusza Adamczyka, podporucznik Szymanek krótko określił sytuację: – Nowe koncepcje wzięły w łeb, a my wyszliśmy na potężnych durniów.
To było, niestety, prawdą. Śledztwo stanęło w martwym punkcie.
Przygoda w kawiarni
Rozległ się dzwonek telefonu. Porucznik Andrzej Ciesielski podniósł słuchawkę i usłyszał pytanie wypowiedziane niskim, z lekka zachrypniętym głosem: – Czy mówię z porucznikiem Ciesielskim?
– Tak, słucham.
– Tu Irena Stojanowska.
– Słucham panią.
– Mam bardzo ważną wiadomość dla pana.
– Proszę przyjść do nas. Na dole będą uprzedzeni.
– Wolałabym nie. Obawiam się, że jestem obserwowana.
– Rozumiem.
– Może gdzieś na mieście wieczorem.
– Gdzie?
– W kawiarni „Pod Kurantem”. Pan wie, Wilcza róg Marszałkowskiej.
– Dobrze. O której?
– Czy godzina siódma wieczorem odpowiadałaby panu porucznikowi? Dzisiaj.
– Doskonale.
– A zatem o siódmej. – Kobieta położyła słuchawkę.
Podporucznik Antoni Szymanek, który uważnie obserwował przyjaciela, zauważył: – Robiłeś takie miny jak małpa na słupie. Założę się, że to telefonowała piękna wdówka.
– Żebyś wiedział.
– Ostro się dziewczyna bierze do rzeczy. Nie to, co ty. Nawet na jedną randkę nie umiałeś się z nią umówić!.
– A i dzisiaj nie randka. Twierdzi, że ma coś ważnego do powiedzenia, a poza tym podejrzewa, że jest śledzona.
– Przecież nie mogła ci wprost powiedzieć: „Andrzejku! Kocham i umieram z tęsknoty za tobą. Przyjdź do mnie na noc.”
– Świnia jesteś.
– Wystrój się Andrzej – doradzał przyjaciel – w ten nowy brązowy garnitur. Brąz jest dzisiaj najmodniejszy. A do tego wiśniowy albo ciemnozielony krawat. Nie zapomnij o zmianie skarpetek. Mają być w kolorze krawata.
– Przestań się wygłupiać.
– Weź także ze sobą obstawę. Ze dwóch naszych wywiadowców – podkpiwał dalej podporucznik – bo piękna Irenka gotowa, na nic nie zważając, rzucić się na ciebie w kawiarni i zgwałcić.
– Daj spokój. Sprawę mamy poważną, nawet jej jeszcze nie ugryźliśmy. Wszystko dotychczas zawiodło, może Stojanowska rzeczywiście wykryła coś nowego? Jej również zależy na znalezieniu mordercy męża. To by ją definitywnie uwolniło od podejrzeń milicji, od plotek sąsiadów i znajomych. Była wyraźnie przestraszona, a głos miała zmieniony.
– Zobaczymy – przytaknął podporucznik – do siódmej niedaleko. Zaledwie pięć godzin. Przydałoby się wpaść na jakiś ślad. Coraz bardziej boję się pokazać na oczy „staremu”. Jak dotychczas, to nie ma nas za co chwalić.
– Jego także nie chwalą. Bądź spokojny.
Był czas, że kawiarnię „Pod Kurantem” zaliczano do najelegantszych lokali w odbudowującej się ze zniszczeń wojennych stolicy. Uczęszczali tutaj ministrowie, znani literaci, profesorowie pobliskiej Politechniki. Ten „high-life” został w następnych latach wyparty przez czarną giełdę. Nie cinkciarzy czy też zwykłych koników, ale samą „górę” czarnej giełdy. Poważni, elegancko ubrani panowie codziennie o godzinie jedenastej wyznaczali tutaj kurs dolara i innych „twardych” walut, a także ustalali, ile się płaci za złotą dwudziestodolarówkę, a ile za „świnki”, byłe carskie złote ruble. Bywało, że miliony wędrowały od stolika do stolika. Naturalnie był to obrót bezgotówkowy. Ci panowie znali się dobrze i słowo partnera wystarczało drugiej stronie. Nie zdarzyło się chyba, aby ktoś oszukał czy nie dotrzymał terminu. Bo wtedy po prostu wydarzyłby się „wypadek” i czyjś trup popłynąłby z prądem Wisły, jakiś człowiek wpadłby na przykład pod ciężarówkę lub został przejechany przez pociąg na nie strzeżonym przejeździe kolejowym.
Z kawiarni „Pod Kurantem” łączniczki biegły do „La Palomy”, gdzie już czekały pomniejsze rybki czarnej giełdy. Z kolei wiadomość wędrowała do PKO i pod warszawskie hotele, do cinkciarzy i do „dewizówek”, no bo te panie także się interesowały kursami dolara.