Ale i to dzisiaj należy do przeszłości. Rekiny czarnej giełdy albo zostały zlikwidowane przez milicję albo ich niedobitki zaszyły się dużo głębiej w przestępczy półświatek stolicy. Teraz kawiarnia „Pod Kurantem”, której stylowe pokrycia foteli bardzo wypłowiały, a sufity za to w zamian pociemniały, jest spokojnym, niezbyt uczęszczanym lokalem, mającym swoją własną publiczność. Trochę młodzieży – głównie studenteria, trochę emerytów i mieszkające w pobliżu paniusie, które zachodzą tutaj na „kawkę z wuzetką”.
Porucznik przyszedł przed siódmą. Założył jednak brązowy garnitur, do którego dobrał starannie wiśniowy krawat, takąż chusteczkę wetknął w lewą kieszonkę marynarki, postarał się nawet o znalezienie prawie identycznych w kolorze skarpetek. Do wyznaczonego spotka nia brakowało dziesięciu minut. Ciesielski uważnie przyjrzał się publiczności okupującej niewiele więcej niż połowę stolików. Niczego i nikogo podejrzanego nie zauważył. Poprosił o coca-colę i zaczął przeglądać przyniesioną ze sobą popołudniówkę.
Kiedy wskazówki na zegarku oficera milicji ustawiły się na pięć minut po siódmej, drzwi kawiarni otworzyły się i weszła Irena Stojanowska. Zdjęła w szatni płaszczyk i skierowała się do stolika zajętego przez Ciesielskiego. Była ubrana z dyskretną wytwornością. Garsonka w „morskim” kolorze, jakaś barwna chusteczka na szyi, rajstopy stonowane w kolorze z sukienką – ostatni krzyk mody. Nowiutkie pantofelki, na pewno przywiezione z Wiednia.
Piękna pani uśmiechnęła się promiennie i podając rękę porucznikowi powiedziała: – Tak bardzo się ucieszyłam, kiedy pan do mnie zatelefonował. Obawiałam się, że się będziemy spotykać tylko w tym strasznym pokoju w Pałacu Mostowskich.
Oficer musiał mieć bardzo zdziwioną minę w tym momencie. Stojanowska wytłumaczyła to sobie opacznie.
– Wiem, że w niecałe trzy tygodnie po śmierci męża – powiedziała – powinnam chodzić na czarno w grubej żałobie. Może nawet z welonem? Ale to byłoby tylko zwykłą obłudą. Od wielu miesięcy Zygmunt był dla mnie obcym człowiekiem, tyle że mieszkającym ze mną pod jednym dachem. Współczuję mu, jak każdemu innemu młodemu, który nagle ginie. Ale nic więcej. A poza tym jest mi nie do twarzy w czerni.
– Piękna jest ta garsonka. Wspaniały kolor. Taki, jaki najbardziej lubię. To ten wiedeński materiał?
– Żeby pan wiedział. Dopiero wczoraj odebrałam ją od krawcowej. Kiedy pan zadzwonił i zaproponował mi to spotkanie, tak się cieszyłam, że ją już mam. Wiedziałam, że się panu spodoba.
– Kiedy ja – wyjaśnił Ciesielski – naprawdę do pani nie dzwoniłem. Dzisiaj około drugiej w południe odebrałem telefon. Jakaś kobieta, która przedstawiła się jako Irena Stojanowska, prosiła mnie o spotkanie w bardzo ważnej sprawie. Dodała, że jest śledzona i że się boi przyjść do komendy.
– Ja nie dzwoniłam! – Irena nie ukrywała zdumienia. – To właśnie pan zatelefonował do „Aidy” około dwunastej. Telefon odebrała koleżanka i oddając mi słuchawkę wyjaśniła: „Z milicji, jakiś porucznik Ciesielski”. Pan mi zakomunikował, że musi się dzisiaj ze mną zobaczyć i sam zaproponował godzinę i miejsce spotkania. Nawet byłam w kłopocie, bo musiałam prosić koleżankę, aby mnie zastąpiła. My w kawiarni pracujemy w ten sposób, że jednego dnia bez przerwy, od otwarcia aż do zamknięcia lokalu, a drugi mamy wolny. A dzisiaj wypadł mój dyżur.
– Dziwna historia. Nie poznałem pani po głosie, ale ponieważ ta osoba była zachrypnięta, myślałem, że pani się trochę przeziębiła. Nietrudno o to przy tych skokach temperatury. Teraz widzę, że ktoś nam zrobił głupi żart.
Porucznik wiedział kto. Obiecywał sobie, że jutro rano solidnie natrze uszu przyjacielowi. A swoją drogą… że też nie poznał głosu Hanki, żony Antoniego Szymanka! Przecież musiała być wtajemniczona w ten kawał i to właśnie ona rozmawiała przez telefon udając Irenę!
– Niemniej cieszę się z tego dowcipu. – Stojanowska powiedziała to szczerze. – Mam nadzieję, że pan od razu mi nie ucieknie i spędzimy miły wieczór. To ma dla mnie duży urok. Oficer milicji i posądzona o morderstwo przy jednym stoliku w kawiarni – dokończyła śmiejąc się.
– Tak szczerze mówiąc, nigdy pani poważnie nie posą dzałem o popełnienie tej zbrodni. Ale praca w milicji jest pracą w milicji. Wszystko musimy sprawdzić.
– Nie psujmy sobie humoru i nie rozmawiajmy przynajmniej dzisiaj o tej sprawie. – Piękna pani lekko dotknęła ręki porucznika. – Zgoda?
– Zgoda!
W tej chwili podeszła kelnerka, aby przyjąć zamówienie.
– Czego się pani napije? – zapytał oficer. – Kawa, może jakieś wino?
– Dziękuję. Na kawę dla mnie za późno, nie mogłabym po niej usnąć. Poproszę o herbatę i jakieś ciastko.
Kiedy kelnerka odeszła, Irena dodała: – Tak się spieszyłam na to nasze spotkanie, że nie zjadłam obiadu. A z alkoholem skończyłam. Nigdy mnie zresztą do niego nie ciągnęło. Ostatnio wprawdzie piłam aż za dużo, ale to Zalewski celowo usiłował mnie rozpić. W myśl powiedzenia: „Pij, będziesz łatwiejsza”. Na szczęście mam już to za sobą i powoli się uspokajam. Przystąpiłam nawet do odrabiania zaległości. Wczoraj odwiedziłam moją byłą szkołę dla dorosłych. Dyrektor okazał się wyrozumiały i zgodził się przyjąć mnie do trzeciej licealnej z tym, że do Nowego Roku dogonię program i zdam egzaminy. Boję się tylko matematyki.
– Mogę służyć pomocą. To mi szło zawsze najłatwiej. Dziwiono się też, że poszedłem na prawo, a nie na Politechnikę.
– Ostrożnie, bo gotowa jestem trzymać pana za słowo.
– Mówiłem najzupełniej poważnie. – Porucznik nie miał nic przeciwko temu, aby pomagać tak przystojnej uczennicy.
Rozmowa toczyła się gładko. Irena opowiadała o Wiedniu, którego oficer nie znał. Ciesielski z pewnym zdziwieniem stwierdził, że Stojanowska nie tylko oglądała wystawy na Kortner i Mariahilfe, ale również zdążyła obejrzeć piękne zabytki naddunajskiej stolicy i zwiedzić muzea oraz galerie obrazów. Była także w teatrze i na koncercie w filharmonii.
– Jakie to szczęście – dodała opowiadając o swoich wiedeńskich przygodach – że kiedy zostałam kelnerką w „Grand Hotelu”, przez kilka miesięcy brałam wraz z dwoma koleżankami lekcje niemieckiego. Dzięki temu nie zginęłam w Wiedniu.
Słuchając Ireny porucznik przypomniał sobie zgodne określenia ludzi, których niedawno przesłuchiwał: „Prymitywna dziewczyna z Targówka, nie umiejąca trzymać noża i widelca w ręce. Ubrana, że patrzeć nie można było. Ordynarna. Urządzająca karczemne awantury”. Ale to należało do przeszłości. Teraz przed oficerem milicji siedziała śliczna kobieta, ubrana tak, że mogłaby służyć za model, i prowadząca przyjemną, dowcipną rozmowę. O wszystkim i o niczym. Ta dziewczyna z Targówka chciała wyjść ze swojej sfery i udało się to jej znakomicie.
Irena spojrzała na zegarek. Dochodziła dziewiąta.
– Trzeba wracać do domu – powiedziała. – Wprawdzie nie chciał pan tego, ale bardzo dziękuję za miłe spotkanie. Mam nadzieję, że nie będzie ostatnie.
Ciesielski zapłacił. Wyszli z lokalu.
Wejście do kawiarni „Pod Kurantem” jest nie jak w innych tego rodzaju lokalach wprost z ulicy, ale z bramy. W bramie nie paliło się światło, a blask padający z ulicy jedynie w niewielkim stopniu rozpraszał ciemności.
– Niech pani uważa – ostrzegł porucznik – tutaj jest stopień.
Irena wyszła z drzwi pierwsza. Za nią oficer. Kobieta czekając na swojego towarzysza odwróciła się w jego stronę.
Nagle Ciesielski usłyszał jakieś ciche kroki za sobą. Zobaczył, jak Stojanowska wyciąga rękę w górę i robi szybki krok w jego stronę. W tej chwili uczuł uderzenie z prawej strony głowy i w prawe ramię. Cios sparowany kobiecą ręką chybił nieco celu. Oficer zachwiał się na nogach, ale jakoś utrzymał równowagę. Nawet zdołał się odwrócić, ale zauważył jedynie sylwetkę uciekającego mężczyzny, okrytego ciemnym płaszczem. Andrzej poczuł ogromny ból głowy i oparł się o ścianę.