Выбрать главу

– Jak się pan czuje? – Irena wzięła go pod ramię. Wyjęła z torebki chusteczkę i wytarła nią twarz oficera.

– Zranił pana gdzieś koło ucha – wyjaśniła – trochę krwawi.

– Głupstwo. – Ciesielski bagatelizował wypadek. – Gdyby nie pani błyskawiczna orientacja, mogłoby być dużo gorzej. Widziała go pani?

– Sylwetkę. Miał twarz zakrytą szalikiem i czapkę nasuniętą na oczy. Zobaczyłam, jak podbiega i podnosi rękę z jakimś czarnym przedmiotem. Chciałam zapobiec uderzeniu, nie bardzo się to udało, ale trochę zmieniłam i osłabiłam siłę ciosu.

– To był na pewno dwukilowy odważnik. – Andrzej usiłował się roześmiać. – Może go tu gdzieś porzucił. Miałbym drugi w swej kolekcji.

– Boli?

W głowie oficera łupało, jak gdyby pracowało tam ze trzech kowali, ale młody człowiek nadrabiał miną.

– Troszeczkę. Odprowadzę panią do domu i potem pójdę do pogotowia, żeby mnie opatrzyli.

– Naprawdę może pan iść? – dopytywała się Stojanowska.

– Nic się nie stało – brawurował Ciesielski.

Wyszli na ulicę. Doszli do Marszałkowskiej i zaczęli przecinać jezdnię. Porucznik stwierdził, że głowa boli go coraz bardziej, nogi robią się coraz słabsze. Z trudem przebył jezdnię i dalej posuwał się prawie po omacku, bo jakieś ciemne koła coraz szybciej wirowały mu przed oczyma. Idąca obok kobieta spostrzegła stan swojego towarzysza. Wzięła go mocno pod ramię i prowadziła coraz bardziej ciążącego jej mężczyznę. Po schodach na drugie piętro prawie go wniosła. Wprowadziła do pokoju i usadziła na wygodnym fotelu.

– Przepraszam – powiedział z wysiłkiem Andrzej – tak mi jakoś głupio. Przepraszam. Posiedzę tu chwilkę i zaraz sobie pójdę.

Irena przyniosła szklankę wody i jakąś pastylkę. Podała swojemu gościowi. – Proszę to połknąć i popić wodą.

Ciesielski pił łapczywie zimny płyn, ale gdyby nie stojąca obok kobieta, wypuściłby szklankę z ręki. – Dziękuję – powiedział i zemdlał.

Ocknął się po paru minutach. Ostrożnie otworzył jedno, a później drugie oko. Nie wiedział, gdzie się znajduje. Leżał wygodnie ułożony na czymś miękkim, przykryty lekkim kocem. Pomieszczenie było oświetlone małą lampką, trochę rozpraszającą ciemności. Przy nim siedziała jakaś postać.

„Umarłem i jestem w niebie” – pomyślał Ciesielski i zaraz sobie przypomniał przeczytane gdzieś zdanie: „Niebo nie istnieje w żadnym miejscu, ani w żadnym czasie. Czas i przestrzeń nie mają żadnego znaczenia. Niebo to doskonałość”.

Znowu otworzył oczy. Teraz świadomość już wróciła. Przypomniał sobie spotkanie „Pod Kurantem” z Ireną Stojanowską i późniejszy napad. A także drogę przez mękę, jaką był najwyżej dwustumetrowy spacer do mieszkania Ireny.

– Co to? Straciłem przytomność – Andrzej chciał usiąść na tapczanie.

– Proszę leżeć i nie ruszać się. – Stojanowską lekko przytrzymała chorego. – Zaraz zatelefonuję po pogotowie i do komendy.

– Nie trzeba. Nic mi nie jest – protestował porucznik, ale gdy tylko spróbował ruszyć głową, ból wykrzywił mu całą twarz.

– Jest pan ciężko ranny. Proszę leżeć spokojnie – powtórzyła Irena. – Już dzwonię. Obawiam się, że to wstrząs mózgu. Zaraz też zrobię okład z lodu.

– Nie, nie – ponownie protestował oficer. – Niech pani najwyżej zawiadomi podporucznika Szymanka.

– Jaki jest numer jego telefonu?

– 39-84-67 – powiedział Ciesielski i znowu zapadł w omdlenie.

Kiedy się obudził, w pokoju oprócz Ireny Sto janowskiej było pełno ludzi. Poczciwy przyjaciel na wiadomość o napadzie natychmiast zmobilizował aż dwa radiowozy i ściągnął lekarza milicyjnego. On właśnie pochylał się nad chorym.

– Wstrząs mózgu, ale mam nadzieję, że niezbyt groźny. Młody organizm i twarda czaszka. Sądzę jednak, że gdyby nie pani interwencja mogłoby być znacznie gorzej. Jak pani postępowała z naszym chorym?

– Dałam mu środek uspokajający i przyłożyłam lód na głowę.

– Bardzo dobrze – pochwalił lekarz – zaraz przyjedzie karetka i zabierzemy porucznika na Wołowską. Czy pani jest pielęgniarką?

– Nie. Ale kiedy chodziłam do powszechniaka na Kawęczyńską, Czerwony Krzyż zorganizował w szkole kurs na sanitariuszki. Poza tym my, dziewczyny z Targówka, zawsze umiałyśmy opatrzyć rozbity łeb brata lub założyć opatrunek, kiedy ktoś kogoś trochę drasnął nożem. To dla mnie nie pierwszyzna.

„Tak stale narzeka na ten Targówek – przemknęło porucznikowi przez biedną zmaltretowaną głowę – a w gruncie rzeczy jest z niego dumna”.

– Posłałem wywiadowców na miejsce wypadku – tłumaczył podporucznik Szymanek – ale niczego nie znaleźli. Nikt nic nie widział. Miałem przeczucie, kiedy mówiłem, żebyś wziął ze sobą obstawę. Mielibyśmy już bandziora w ręku. Ale ty nigdy nie słuchasz doświadczonych ludzi i potem są tego opłakane skutki.

– Proszę nie denerwować chorego – wtrącił się lekarz. – Na rozmowy będzie czas później. Teraz dam mu zastrzyk. Dlaczego ta karetka jeszcze się nie zjawia?

Porucznik Ciesielski nawet nie usiłował odpowiadać. Znowu zapadł w półsen. Nie poczuł lekkiego ukłucia igłą. Nie zdawał sobie także sprawy, że dwóch pielęgniarzy przenosi go na nosze, a później do samochodu.

Kiedy się obudził, stwierdził, że znajduje się w małej separatce. Przy łóżku siedziała pielęgniarka. Na stole stał duży bukiet kwiatów. Zachodzące słońce rzucało ostatnie promienie przez okno pokoju.

– Gdzie ja jestem?

– W szpitalu na Komarowa – wyjaśniła pielęgniarka. – Spał porucznik przeszło piętnaście godzin. Czy głowa ciągle tak boli?

Ciesielski spróbował usiąść. W tej samej chwili ból odezwał się z nową siłą.

– Proszę się nie ruszać – ostrzegła pielęgniarka.

– Już się baliśmy, że źle z panem.

– Jutro wstanę.

– Mowy o tym nie ma.

– Skąd te kwiaty? – Oficer dopiero teraz dostrzegł bukiet.

– Tu się w ogóle telefony urywają z pytaniami o pańskie zdrowie – wyjaśniała pielęgniarka. – A taka piękna pani z dużymi zielonymi oczyma już z samego rana tu przybiegła. Nie wiem, co ona nabajtlowała portierowi, że ją wpuścił na górę… Przyniosła te kwiaty. Tak się upierała, że musi pana choć z daleka zobaczyć, że nie miałam serca i pozwoliłam jej zerknąć przez otwarte drzwi do tego pokoju. A pan leżał jak kłoda. To żona czy narzeczona? Śliczna dziewczyna.

Porucznik nic nie powiedział, ale troskliwość Ireny i pochwała, jaką usłyszał z ust pielęgniarki, zrobiły mu wielką przyjemność.

– Byli tu także pańscy koledzy z Pałacu Mostowskich – wyjaśniała pielęgniarka – ale ich tu w ogóle nie puściłam dalej na jak na korytarz. Szczególnie jeden taki podporucznik to się ze mną aż pokłócił. Koniecznie się uparł, żeby przy panu dyżurować.

– To Antoni Szymanek, mój współpracownik – uśmiechnął się Ciesielski. – Jeżeli się zjawi, to bardzo proszę wpuścić go do mnie.

– Pan doktor już mi zapowiedział, żebym nie tylko nikogo nie wpuszczała, ale nawet za długo z panem nie rozmawiała. Zresztą pan doktor zaraz sam do pana przyjdzie. Kazał mi natychmiast zawiadomić, jak tylko się pan obudzi.

Lekarz zbadał chorego. Orzekł, że niebezpieczeństwo jakichś komplikacji na szczęście minęło, ale zalecił całkowity spokój. Żadnych wysiłków.

– Jutro już będę zdrowy – tłumaczył Ciesielski – i będę mógł opuścić szpital.