– Oczy miałem otwarte, to i widziałem, że pan stał.
– Uważa pan to za normalne?
– Oczywiście.
– Przecież wszyscy ludzie chowają się po bramach lub, tak jak pan, pod wózkiem, aby ich nie zauważono.
– Wszyscy tak, ale pan nie musi.
Jan chwilę pomyślał.
– Dlaczego pan uważa, że ja nie muszę?
– Bo gdyby tak nie było, to pan by się schował.
– Aha – pogładził podbródek. – A ja zapewniam, że postępuję tak z własnej nieprzymuszonej woli. Nie mam do tego żadnego prawa. Po prostu parę miesięcy temu przyszło mi do głowy postąpić inaczej niż wszyscy.
– Oczywiście, to zrozumiałe.
– Co jest zrozumiałe?
– To, że postępuje pan inaczej niż inni.
Pokazał numerek i poszedł do drzwi. Gdy wchodził, sprzedawca znów zaczynał pokrzykiwać.
Na widok Jana uniósł się z fotela mały grubasek o uśmiechu tak serdecznym, że aż nienaturalnym.
– Miło mi pana widzieć, panie Roner.
Mówiąc to walił silnie w siedzenie fotela i po kłębach kurzu Jan ocenił, że rzadko gości interesantów. Gdy usiadł, mógł obserwować grubaska, jak toczy się od jednej szafy do drugiej, gromadząc na coraz większej.stercie mapy i rysunki. Na koniec rozłożył to wszystko przed nim i z uśmiechem, mającym teraz odcień satysfakcji, oparł się o biurko.
– Kiedy był pan u mnie przed tygodniem, panie Roner, pytał pan, czy wiem coś o terenach położonych na północ od naszego miasta.
– Nawet na północ ody kopalń węgla.
– Tak, nawet od kopalń.
Klepnął dłonią w papiery.
– Ma pan tu wszystkie kopie, jakie tylko istnieją.
Jan niezdecydowanym ruchem sięgnął po mapy, ale najwyraźniej nie wiedział, od czego zacząć. Człowieczek wybawił go z kłopotu wyciągając na wierzch największą planszę. Już pobieżna obserwacja wyróżniała ciągnącą się dołem linię brzegową, gdzie u ujścia błękitnej pręgi rzeki leżała plama miasta. Z daleka przypominała duży kleks o regularnym narysie. Dopiero schyliwszy głowę dawało się zauważyć gęstą aż do nieprawdopodobieństwa siatkę ulic i placów odtworzonych z zadziwiającą precyzją. Wokół zaznaczone były pola uprawne swym kształtem przypominające zieloną kobrę. Jej kaptur okrywał miasto, a ciało wzdłuż życiodajnej rzeki rozciągało się na północ. Dalej błękitny zawijas skręcał ku wschodowi, aby po kilkudziesięciu kilometrach zawrócić na dawny kierunek. W zakolu rzeki leżało wiele czarnych punkcików z wypisanymi drobnym drukiem nazwami osiedli.
– To kopalnie węgla. – Grubasek przyłożył palec do mapy. – A to kopalnie rudy żelaza i innych minerałów.
Wskazywał na leżące dalej w bok punkciki.
– Jeśli chce się pan o nich więcej dowiedzieć, to muszę przynieść legendę.
Jan pokręcił przecząco głową.
– Dziękuję. Chciałbym jedynie, aby jako osoba obeznana wytłumaczył mi pan, co znajduje się na północ od zakola.
– Na północ?
Głos grubaska brzmiał tak, jakby spytano go o wygląd zakurzonego kąta w bibliotece.
– Przecież mówiłem tamtym razem – przechylił się w przód, niemal wchodząc na stół.
– Dalej rzeka biegnie prosto. Po około pięćdziesięciu kilometrach na zachodnim brzegu zostawia za sobą pasmo niewysokich wzgórz, potem mijając szeroką równinę wchodzi w obszar wysokopiennych lasów, których połać ciągnie się do właściwych gór. Tam bieg rzeki staje się szybszy i rozdziela się ona na kilka mniejszych potoków. Okolica jest wybitnie uboga, ziemie jałowe, mało roślinności.
Skończył i zsunął się ze stołu.
– Co jest za górami?
Tym razem zapytano o coś znacznie bardziej bezsensownego niż zakurzony kąt biblioteki, gdyż grubasek wydusił z siebie odpowiedź niespodziewanie wysokim głosem.
– Nie wiadomo.
– Dlaczego?
Wybałuszył oczy.
– To nie ma żadnego znaczenia.
– Ale przecież badano teren na północ od zakola.
Uśmiech świadczył, iż grubasek wraca na zrozumiały dla siebie grunt.
– Organizowano dwie wyprawy. Pierwsza wyruszyła około czterystu lat temu, kiedy wprowadzono stukłosową technikę agrarną. Nie było pewności, czy wyżywi ona nas wszystkich, i na wszelki wypadek postanowiono poszukać ziemi pod ewentualne rozszerzenie upraw. Okazało się, że tereny między wzgórzami a strefą lasów nadają się do tego celu. Stwierdziwszy to, wyprawa powróciła do miasta. Na szczęście dla nas, obawy co do upraw okazały się płonne. Możliwe, że już nigdy nie ruszylibyśmy w górę rzeki, gdyby nie zdarzenie, jakie zaszło trzydzieści lat temu.
Przerwał i podszedł do szafy. Drżącymi rękoma położył przed Janem brunatny przedmiot. Po minucie oględzin przyszło mu stwierdzić, że jest to kawałek drewna, i to tego samego, z jakiego wykonane są meble u niego w domu. Uniósł wzrok.
– Widzę, że odgadł pan. Tak, to drewno krybintowe. Proszę sobie wyobrazić, że jeszcze przed trzydziestu laty było nieznane. Nie chce się wierzyć, prawda?
Jan przytaknął.
– Dlatego też kiedy rzeką poczęły płynąć krybintowe pnie, wzbudziło to zrozumiałe zainteresowanie. Prawdą jest, że z prądem płyną czasami różne rzeczy, ale jeszcze nie widziano tyle drewna na raz i to takiego gatunku. Mimo długiego pobytu w wodzie, po obróbce było twarde, niełamliwe, o pięknym połysku. Nic więc dziwnego, że zorganizowano nową ekspedycję, aby zbadała sprawę. Przewodził jej pana ojciec, szanowny Roner.
Zdziwienie na twarzy Jana zdradziło niewiedzę.
– Dotarli dalej niż wyprawa rolna. Minęli las i wpłynęli między góry. Tam musieli zostawić łódź i poszli pieszo wzdłuż górskiej rzeki, gdzie leżały pnie krybintu. Po kilkunastu kilometrach rzecz wyjaśniła się. W olbrzymiej kotlinie leżały powalone burzą setki, wręcz tysiące drzew. Wyglądało to na dzieło potężnego huraganu albo trąby powietrznej. Ciężkie pnie były w większości przywalone mułem i osłonięte szeroko rozlanym potokiem, tak że zrezygnowano z pierwotnego zamiaru spuszczenia ich na wodę. Jak pan sądzi, co wtedy uczynił szanowny ojciec?
Jan wzruszył ramionami.
– Ojciec pana znalazł nasiona, a także wyszukał kilka nie uszkodzonych młodych drzewek, które rosnąc na skraju doliny przetrwały kataklizm. One to, przywiezione do miasta, przyjęły się wspaniale i dzisiaj mamy takie meble jak ten. – Postukał w bok szafy.
– To wszystko?
Grubasek rozejrzał się na boki.
– Nie rozumiem.
– Pytam, czy organizowano inne wyprawy.
Zrozumiał.
– Nie, nie było powodu. Tam ziemia jest uboga.
– Ale przecież za górami może być inaczej.
– Wie pan, może być, może nie być. Gdybyśmy odczuwali brak czegoś, to może wyruszono by na poszukiwania, a tak nie ma potrzeby.
Jan podszedł do okna przeżuwając jakąś myśl.
– Niby prawda, ale niech pan popatrzy – odwrócił się gwałtownie. Sto lat temu nie znaliśmy krybintu i budowaliśmy meble z gorszych materiałów. Gdyby nie przypadek, tak byłoby do dzisiaj. Podobnie może być z innymi rzeczami, potrzeby posiadania których nie mamy tylko dlatego, że ich nie znamy. Należy szukać nieznanych rzeczy, ponieważ skrywają nasze potencjalne potrzeby, a nie – zadowalać się tymi, które znamy.
Szuka wzrokiem grubaska i napotyka wpatrzone w siebie dwa metalowe nity. Maska twarzy drga w uśmiechu.
– Wy, młodzi, swoim gadaniem zawsze potraficie sprowadzić człowieka na manowce. Człowiek zaczyna się zastanawiać i macie go w saku. A przecież wystarczy na to spojrzeć realnie, ze zdrowym rozsądkiem, i widać, przepraszam za wyrażenie, iż to czyste fantasmagorie.
Śmiał się, a jego brzuch zwinięty w trzy fałdy drgał jak pajac na sznurku. Jan bębniąc palcami po parapecie przywołał go do porządku.
– Przepraszam – powiedział grubasek ocierając łzy.