– Żołnierz, nazywają mnie Plebo.
Mówiąc to sprawdził jego więzy, a potem nie wiadomo skąd wyciągniętym ostrzem przeciął sznury. Artemid uniósł się i sycząc z bólu zaczął odrywać wżarte w ciało konopne włókna.
– Ilu nas tu jest?
– Razem z tobą ośmiu.
– Czy są jacyś oficerowie?
Plebo zawahał się.
– Tak… chyba jeden.
– Dlaczego chyba?
– Nie odzywa się do nas.
Artemid zamilkł i całą wolę skupił na próbie powstania. Powykręcane stawy były nieczułe i groziły kontuzją. Kiedy ruszył Plebo, z podziwem zerknął na jego szerokie bary. Chciałby mieć takiego żołnierza u siebie, lecz czy kiedykolwiek będzie miał ku temu okazję?
Już z daleka wyczuł, który z nich jest oficerem. Niski blondyn n złamanym nosie siedział samotnie pod oknem obok zawalonego koryta. Żołnierze nawet nie poruszyli się, kiedy do nich podeszli. Przy tym, który jęczał, został Plebo.
– Centurion Artemid – wypowiedział swoje imię o ton za głośno.
Tamten musiał to zauważyć, gdyż niechętnie zerknął w górę.
– Czy to teraz ważne? Siadaj.
Próbując znaleźć suche miejsce dostrzegł na szyi oficera metalowy łańcuch. Z wrażenia aż zapomniał, jak mu przeszkadza smród pomieszczenia.
– Trybun – wyciągnął palec. – Jesteś trybunem.
Człowiek pod oknem spojrzał na medalion i z niechęcią pokiwał głową.
– Widzisz, zapomniałem wyrzucić – mruknął i chwycił Artemida za połę. -Tak, jestem trybun Lukjusz, ale mam to w dupie.
Zanim słowa dotarły do Artemida, uczuł dłoń na ramieniu. Był to Plebo.
– Potrzebuję koszuli na szarpie, jeden z nas mocno krwawi.
Nieomal odtrącił rękę.
– Jak to… nie zostanę w samej kurcie.
– Zostawcie, żołnierzu, centuriona – powiedział Lukjusz i niezdarnie zaczął ściągać ubranie. – Jemu koszula może być jeszcze potrzebna.
Artemid sczerwieniał. Takie poniżenie – pomyślał, lecz nie odezwał się ani słowem, dopóki Plebo był przy nich.
– Trybunie Lukjuszu – mówił z naciskiem. – Nie dość, że gardzicie swoją pozycją, to jeszcze ośmieszacie… Przerwał mu skrzekliwy śmiech. Byłby przysiągł, że tamten jest serdecznie rozbawiony.
– Centurionie – usłyszał. – Jak to się stało, że mając tak walecznych i honorowych oficerów przegraliśmy tę bitwę?
– Jak to się stało? – syknął przez zęby.
Tym razem glina zmieszana z gnijącymi odpadkami nie przeszkodziła mu. Opadł na kolana.
– Stało się tak dlatego, że nasi dowódcy dali się jak dzieci nabrać na przejrzysty manewr Kanejczyków. Dlatego, że pozwolili ich największej broni – konnicy – obejść skrzydła i zamknąć wszystkie centurie w kotle.
Lukjusz przestał się śmiać i z zaciekawieniem śledził twarz Artemida.
– Dlatego, że po godzinie walki, kiedy jeszcze mieliśmy przewagę w ludziach, konsul zamiast zarządzić odwrót, kazał atakować ciężkozbrojnych. Wiadomo było, że nie mamy już włóczni.
Lukjusz podrzucił kilkakrotnie medalion.
– Trochę masz racji, centurionie, ale tylko trochę uniósł dłoń i jeden po drugim rozwierał palce. – Po pierwsze: po bitwie zawsze jest łatwiej krzyczeć, że wszystko z góry było wiadome. Po drugie: zważ, że to nasza konni-_ ca została najpierw podstępem i zdradą odcięta od sił głównych, a potem zatłuczona w tym wąwozie. Po trzecie: konsul Marek zginął w pierwszych minutach, kiedy osobiście starał się przyjść jej z pomocą.
Artemid przechylił głowę, aż dosięgnął ściany chlewu.
– Co innego słyszałem w czasie walki.
Lukjuszowi błysnęły ironicznie oczy.
– W czasie bitwy wiele się słyszy.
Zamilkli. Z gromadki leżących dobiegał bulgotliwy oddech. Wyglądało, jakby jego właściciel się dusił. Któryś z żołnierzy musiał żuć czosnek, gdyż zapach powoli przebijał się nad zwierzęcopochodne smrody. Za oknem chlewu słychać było człapanie strażnika. Odgłos kroków umilkł tak niespodziewanie, że obydwaj z Lukjuszem unieśli głowy. Szmer spływającej za ścianą cieczy wyjaśnił sytuację. Z odrazą przesunęli się na bok.
– Jak ci się zdaje, centurionie, po co nas tu trzymają?
Pytanie było retoryczne i jakby trochę szydercze. Artemid dłuższą chwilę wpatrywał się w twarz trybuna, zanim odparł.
– Powiedz, jeśli wiesz.
– A ty się nie domyślasz?
– Nie, nie domyślam!
Lukjusz bawił się jego złością.
– Walczyć was uczą, ale o obyczajach wroga nikt nie pomyśli – mówiąc to przebierał palcami ogniwa łańcucha. – Kanejczycy mają zwyczaj darowania wolności jednemu z jeńców. Wybierają go spośród pozostałych przy życiu. Trzeba przyznać, że przy ich sposobie walki niewielki mają wybór. Żeby nie było wątpliwości, to powiem, że resztę jeńców zabijają, a samego posłańca wyprawiają do swoich.
– Po co?
Lukjusz z wyrzutem zerknął na Artemida.
– Wyobraź sobie. Jesteś w stolicy, wojska ruszyły na spotkanie wroga, którego muszą powstrzymać. W mieście niepokój, wszyscy oczekują nowin. A tu przybywa żołnierz, jedyny pozostały przy życiu z całej armii. Opowiada o klęsce i chcąc nie chcąc, o potędze wroga. Zalękniony, pełen strachu, mimo woli gloryfikuje najeźdźców, osłabia morale i wiarę tych, którzy przecież muszą stanąć do ostatecznej walki o kraj. Teraz już rozumiesz?
Artemid z pobladłą twarzą wstaje i pochyla się nad trybunem. Rozdygotane ręce szorują po ścianie.
– Na bogów, nie można do tego dopuścić. Obydwaj wiemy, jakie nastroje są w stolicy. Niech ten człowiek otworzy sobie lepiej żyły.
Lukjusz zniża głos do szeptu.
– Uspokój się. Tego nikt nie zrobi. Sądzę, że nawet ty. No powiedz, zrobiłbyś to…
Artemid chwieje się i obraca twarz do okna. Chce, ale nie potrafi odpowiedzieć.
– Widzisz. Jeśli my nie umiemy, to jak możemy tego wymagać od żołnierzy.
Przez okienko widać gwiazdy, chyba po raz pierwszy od tygodnia.
– Lukjuszu – szept jest cichy, niedosłyszalny. – Kogo oni wybiorą?
– Nie wiem. Zdaje się, że nie ma żadnej reguły. Wybiera i piętnuje żelazem sam Osteron. Nie bój się, rano będzie wiadomo.
W ciszy znów słychać charkot umierającego. Lecz wydaje się, że Artemid tego nie słyszy. Wstaje i lekko kuśtykając zaczyna przemierzać klepisko między dwoma przeciwległymi ścianami. Rytmiczne mlaskanie najpierw irytuje, a potem, o dziwo, wciąga żołnierzy. Błyszczące oczy zdają się z maniakalnym uporem sunąć za zgarbioną sylwetką centuriona. Nawet umierający żołnierz cichnie, ulegając nastrojowi.
Artemid stał przy ścianie i w zamyśleniu wydłubywał glinę spomiędzy desek. Wreszcie otworzył szerzej oczy i potakując myślom odwrócił się ku tamtym. Wyglądało, że śpią, może jedynie Lukjusz oddychał zbyt szybko.
– Lukjuszu! – potrząsnął go za ramię. – Wiem… już wiem.
Trybun rozwarł powieki. Wzrok miał pogodny, rozumny i gdyby nie ten uśmiech błądzący po wargach…
– Co wiesz, centurionie? – spytał, lecz Artemid nie odpowiedział.
Stanął odwrócony do niego plecami.
– Żołnierze! – krzyknął zapominając o strażach. – Czy wiecie, dlaczego oni nas tu trzymają?
Milczeli, więc odpowiedział sam sobie…
– Słuchajcie! Jutro jeden z nas zostanie wybrany przez tego mordercę Osterona i wypuszczony na wolność, aby mógł zanieść naszym matkom i braciom straszną wieść o klęsce. Nie pytajcie nawet, co Osteron uczyni z pozostałymi; kto walczył wczoraj, ten nie może mieć wątpliwości.
Podszedł, prawie dotykając siedzących postaci.
– Lecz nie to jest ważne. Przed wyruszeniem w drogę Osteron osobiście wypali posłańcowi swój znak. Wiecie już, o co chodzi?
Potoczył wzrokiem.