Выбрать главу

Ujrzała trzech Ziemian w zielonych mundurach Korpusu kierujących się na mostek. Kilka minut później na pokładzie medycznym pojawił się Danalta pod postacią zielonej kuli oraz kobieta w białym stroju z insygniami patologii. Cha Thrat domyśliła się, że musi to być patolog Murchison. Za nimi nadciągnęli Naydrad i Prilicla, przy czym Kelgianka maszerowała po pokładzie, a Cinrussańczyk po suficie. Siostra podeszła wprost do odtwarzacza i go wyłączyła. Po chwili w pomieszczeniu zjawili się dwaj kolejni ludzie.

Jednym z nich był Timmins, drugi zaś nosił mundur z insygniami majora i wyglądał na kogoś nawykłego do rozkazywania. Według wszelkiego prawdopodobieństwa miała okazję ujrzeć władcę statku, kapitana Fletchera. Jednak to porucznik odezwał się pierwszy.

— Ile jeszcze czasu potrzebujesz na ukończenie pracy?

— Cały dzisiejszy dzień i większość nocy — odparła Cha.

Fletcher pokręcił głową.

— Mogę ściągnąć więcej ludzi, sir — rzekł Timmins. — Trzeba będzie ich wprowadzić w zakres prac, co zabierze trochę czasu, ale jestem pewien, że skończą wtedy w cztery, może trzy godziny.

Władca statku znowu pokręcił głową.

— No to nie mamy wyboru. — Po raz pierwszy spojrzał na Cha. — Porucznik powiedział mi, że może pani samodzielnie ukończyć pracę i przetestować wszystkie zamontowane tu urządzenia. Zgadza się?

— Tak.

— Ma pani coś przeciwko temu, aby zająć się tym podczas trzydniowej podróży na Goglesk?

— Nie — odparła z przekonaniem Cha. Ziemianin popatrzył na Priliclę, który dowodził medyczną obsadą jednostki. Nie musiał go o nic głośno pytać.

— Nie wyczuwam u nikogo sprzeciwu, aby ta istota nam towarzyszyła, przyjacielu Fletcher. Szczególnie że chodzi o wyjątkową sytuację.

— Skoro tak, to za piętnaście minut startujemy — oznajmił major i wyszedł.

Timmins chciał chyba jeszcze coś powiedzieć, być może ostrzec ją przed czymś, coś doradzić albo tylko wesprzeć dobrym słowem, lecz ostatecznie uniósł jedynie zaciśniętą pięść z wyprostowanym ku górze kciukiem i zaraz wyszedł. Cha Thrat nie znała tego gestu. A potem usłyszała, jak jej przełożony przechodzi po trapie, i mimo że otaczały ją aż cztery istoty, każda innego gatunku, poczuła się nagle bardzo samotna.

— Nie martw się, Cha — zaćwierkał Prilicla. — Jesteś wśród przyjaciół.

— Ale mamy problem — stwierdziła Naydrad. — Żadna z leżanek antyprzeciążeniowych nie będzie pasować do twojej dziwacznej sylwetki. Połóż się może lepiej na noszach, a ja jakoś cię przypaszę.

Rozdział dwunasty

Gdy pomieszczenie dla FOKT — a było już gotowe, najpierw odebrała je siostra Naydrad, a potem kontrolę powtórzył jeszcze przysłany przez kapitana Fletchera inżynier pokładowy porucznik Chen. Jeśli nie liczyć krótkich spotkań w drodze na posiłki albo na pokładzie rekreacyjnym, była to dla Cha Thrat jedyna okazja, aby zetknąć się z którymś z oficerów.

Nie żeby ktokolwiek takim spotkaniom był niechętny. Nie próbowano też dawać jej do zrozumienia, że jest kimś gorszym niż wysoko wykwalifikowani inżynierowie. To ona odruchowo uznawała załogantów za tak bliskich władcom, że w praktyce nie czyniło to różnicy. Wszyscy przeszli gęste sito weryfikacji zawodowej i bez dwóch zdań byli fachowcami najwyższej klasy, co wręcz słychać było w sposobie, w jaki się wypowiadali. Cha Thrat nie czuła się w ich obecności zbyt pewnie.

O wiele lepiej wyglądały jej kontakty z personelem medycznym, który poza małymi znaczkami na kołnierzach nosił te same stroje co ona. Poza tym trudno było znaleźć się w pobliżu Prilicli, nie ciesząc się równocześnie jego towarzystwem. Cha korzystała zatem ze sposobności, starając się zarazem, na ile tylko było to możliwe przy jej gabarytach, nie rzucać się za bardzo w oczy. Często korciło ją, aby włączyć się do dyskusji na temat misji, ale wtedy upominała się, że nie występuje tu jako lekarz i że obecnie jest technikiem.

Niemniej misja fascynowała ją. Goglesk okazał się najtrudniejszym przypadkiem, z jakim spotkały się dotąd ekipy kontaktowe Korpusu. Próba ustanowienia więzi ze słabo rozwiniętą technologicznie cywilizacją zawsze wiązała się z ryzykiem. Nigdy nie można było być pewnym, czy pojawiające się nagle obce statki dostarczą takiej kulturze motywacji do szybszego rozwoju, czy może raczej wzbudzą poczucie niższości. Jednak Gogleskanie, mimo sporych zaległości technologicznych i fatalnej psychozy utrzymującej cały gatunek w zacofaniu, okazali się osobnikami zrównoważonymi emocjonalnie. Ich świat od tysięcy lat nie znał wojny.

Najłatwiej byłoby się wycofać i zostawić Goglesk swojemu losowi, określając problem jako nierozwiązywalny. Zdecydowano się jednak na kompromis i założono na planecie małą placówkę obserwacyjno — badawczą, która miała podtrzymywać skromny kontakt.

Warunkiem rozwoju cywilizacyjnego każdej inteligentnej istoty jest możliwość nawiązania bliskiej współpracy w obrębie rodziny czy plemienia. Na Goglesk każda taka próba prowadziła do drastycznego obniżenia poziomu jednostkowej inteligencji i pojawienia się odruchowych zachowań stadnych, w większości destruktywnych. W ten sposób Gogleskanie zostali zmuszeni do hołdowania indywidualizmowi, a bliski kontakt fizyczny nawiązywali jedynie w krótkim okresie godowym oraz podczas wychowywania potomstwa.

Problem pochodził z czasów, gdy nie byli jeszcze gatunkiem rozumnym i każdy żyjący w oceanie drapieżnik potrafił ich bez trudu upolować. Stopniowo wytworzyli jednak naturalny mechanizm obronny — żądła z jadem mogącym sparaliżować albo nawet zabić co mniejszych napastników oraz długie wyrostki pozwalające na nawiązanie ograniczonego kontaktu telepatycznego. Zagrożeni atakiem dzikiej bestii łączyli ciała i umysły w jeden wielki organizm, który był w stanie pokonać każdego wroga.

Skamieliny zaświadczały, jak wielka była skala tych zmagań o przetrwanie, które ciągnęły się wiele tysięcy lat. Gogleskanie wygrali je ostatecznie, wyszli na ląd i rozwinęli inteligencję, jednak zapłacili za to straszną cenę.

Dla zażądlenia wielkiego drapieżcy konieczne było połączenie kilku setek osobników. Wiele z nich ginęło w trakcie walki, a każda śmierć była za sprawą telepatycznych łączy odczuwana boleśnie przez całą grupę. W celu osłabienia przykrych doznań kontakt osłabł z czasem, aż została zeń tylko ślepa żądza niszczenia wszystkiego, co znajduje się w pobliżu. Jednak i to nie zaleczyło prehistorycznych ran.

Ilekroć któryś Gogleskanin wydał szczególny odgłos zwiastujący zagrożenie, wyzwalało to proces, któremu nikt w najbliższym otoczeniu nie potrafił się oprzeć. Dochodziło do bezwiednej reakcji obronnej i to, że dawne zagrożenia już nie występują, nie miało najmniejszego znaczenia. Złączeni w jeden organizm Gogleskanie dokonywali wówczas potwornych aktów destrukcji, niszcząc domy, pojazdy, maszyny, książki i dzieła sztuki, które byli zdolni stworzyć, działając w pojedynkę.

Dlatego właśnie współcześni mieszkańcy Goglesk prawie nigdy nie pozwalali, aby ktokolwiek ich dotykał czy nawet podchodził do nich blisko, i zwykli zwracać się do siebie w formie możliwie bezosobowej. Był to jedyny dostępny im sposób walki z dziedzictwem ewolucyjnym. Aż do czasu wizyty Conwaya walki całkiem beznadziejnej.

Cha Thrat widziała, że problem Goglesk i samego Khone’a pochłania ekipę medyczną bez reszty. Rozmawiano o nich bez końca, chociaż nie udawało się oczywiście dojść do niczego nowego. Kilka razy miała ochotę zadać jakieś pytanie albo coś zasugerować, ale ostatecznie nie odzywała się i czekała cierpliwie, aż ktoś inny wpadnie na to samo co ona. Dotąd nigdy się tak nie zachowywała.