— Przepraszam, doktorze, ale planowane przejęcie pacjenta na naszym lądowisku nie dojdzie do skutku — oznajmił porucznik. — Khone nie jest w stanie podróżować, a wysłanie po niego ślizgacza pełnego obcych może być ryzykowne. Nie wiadomo, czy widok dziwnych monstrów porywających brzemiennego po — 3ratymca nie spowoduje u pozostałych połączenia…
— Przyjacielu Wainright — przerwał mu łagodnie Prilicla — jaki jest stan pacjenta?
— Nie wiem, doktorze. Gdy widzieliśmy się trzy dni temu, usłyszałem, że junior przyjdzie niebawem na świat, i zostałem poproszony o wezwanie statku szpitalnego. Khone powiedział też, że zadbał już o zastępstwo przy swoich pacjentach i że zjawi się w bazie na krótko przed wyznaczonym terminem odlotu. Jednak kilka godzin temu przybył posłaniec z ustną wiadomością, że Khone nie może się ruszyć z domu. Tubylec nie był jednak w stanie powiedzieć mi, czy nasz pacjent jest chory albo ranny. Przekazał tylko prośbę o zapasowe ogniwo do skanera, który zostawił tu Conway. Khone regularnie używa go podczas badań, budząc podziw pacjentów dla takiego cudu techniki. Skoro baterie się wyczerpały, nic dziwnego, że nie mógł powiedzieć nam nic o swoim stanie.
— Jestem pewien, że ma pan rację, poruczniku — rzekł Prilicla. — Niemniej nagła utrata zdolności przemieszczania się sugeruje poważny problem. Ma pan jakiś pomysł, jak szybko i bez większego ryzyka dla niego i jego pobratymców przenieść pacjenta do ładownika?
— Szczerze mówiąc, nie. To będzie bardzo ryzykowna operacja, i to od samego początku. Gdyby chodziło o przedstawiciela innego gatunku, załadowałbym go do mojego ślizgacza i w kilka minut byłby tutaj. Ale żaden Gogleskanin, nawet Khone, nie usiądzie tak blisko obcego, nie wydając mimowolnie sygnału alarmowego. Sam pan wie, co się wtedy stanie.
— Owszem — zgodził się Prilicla, wspominając z drżeniem obrazy niszczonego miasta.
— Najlepiej dajcie spokój z lądowaniem przy bazie i postarajcie się przyziemić jak najbliżej domu Khone’a, na wolnym terenie pomiędzy miastem a brzegiem jeziora. Polecę tam wcześniej i podprowadzę was ślizgaczem. Może na miejscu coś wymyślimy. Będziecie potrzebowali zdalnie sterowanych noszy, żeby zabrać pacjenta. Mogę podać wam wymiary jego domu i drzwi…
Podczas gdy Cha ładowała resztę wyposażenia, Wainright przedstawiał jeszcze szczegóły, było już jednak oczywiste, że nie pójdzie łatwo i należy przygotować się na każdą ewentualność.
— Cha Thrat — odezwał się w pewnej chwili Prilicla, przerywając rozmowę z komendantem bazy — ponieważ nie należę do załogi pokładowej, nie mogę ci rozkazywać, ale tam, na dole, przyda się każda para rąk, a w te jesteś akurat obficie wyposażona. Potrafisz też obsługiwać urządzenia służące do transportu pacjentów i mam wrażenie, że chętnie zabrałabyś się z nami.
— Wrażenie jest trafne — powiedziała Cha, wiedząc, że nasilenie targających nią w tej chwili uczuć wystarczy empacie za podziękowanie.
— Jeśli załadujemy do ładownika jeszcze choć trochę wyposażenia, nie będzie już miejsca dla pacjenta — zauważyła Naydrad. — O wielkiej Sommaradvance nie wspominając.
Ostatecznie zmieścili się jednak, a szczególnie wiele miejsca zrobiło się podczas lądowania, gdy wszyscy prócz Prilicli, który nosił degrawitatory, zostali sprasowani przeciążeniem. Porucznik Dodds, astrogator Rhabwara i równocześnie pilot ładownika, miał przedkładać szybkość działania nad wygodę pasażerów i wykonał polecenie z radością. Lądowanie przebiegło tak błyskawicznie, że Cha ujrzała Goglesk dopiero wtedy, gdy maszyna przyziemiła.
Przez kilka chwil miała wrażenie, że jakimś cudem wróciła na Sommaradvę. Stali na łące rozciągającej się nad brzegiem wielkiego jeziora, a nieco dalej widać było skryte częściowo wśród drzew miasto. Tyle że to nie była jej rodzinna planeta. Inne rosły tu kwiaty, odmienne nieco były kolor i kształt liści, nawet powietrze pachniało inaczej. Widoczne w oddali drzewa, chociaż podobne z grubsza do tego, co znała z domu, powstały w wyniku całkiem innego procesu ewolucyjnego.
Szpital Kosmiczny wydał jej się z początku dziwny i obcy, ale czyż mogło być inaczej — był sztucznym, metalowym tworem. Tutaj zaś miała przed sobą całkiem nowy świat!
— Co to za paraliż? — spytała Naydrad. — Jakaś wasza kolejna normalna reakcja? Nie marnuj czasu, tylko łap nosze.
Sprowadziła autonosze po rampie, a tymczasem Wainright wylądował obok i ze ślizgacza wyskoczyła piątka Ziemian, którzy stanowili załogę małej bazy. Czterech ruszyło od razu ku miastu, wypróbowując po drodze połączony z autotranslatorem sprzęt nagłaśniający, porucznik zaś podszedł do ładownika.
— Jeśli którakolwiek z zaplanowanych przez was prac wymaga bliskości dwóch osób, zróbcie to teraz, póki nikt nas nie obserwuje — powiedział. — Potem pilnujcie, żeby utrzymywać między sobą odległość co najmniej pięciu metrów. Jeśli zobaczą, że się zbliżacie, albo co gorsza dotykacie, nie dojdzie wprawdzie od razu do połączenia, ale na pewno będą wstrząśnięci. Powinniście również…
— Dziękujemy, przyjacielu Wainright — przerwał mu Prilicla. — Nie trzeba nam nieustannie przypominać o zachowaniu koniecznej ostrożności.
Porucznik spiekł raka i nie odezwał się aż do chwili, gdy idąc szeroką tyralierą, dotarli do skraju miasta.
— Nie wygląda to najlepiej, ale dla nich każdy dzień jest walką o zachowanie tego, co dotąd osiągnęli. Niestety, mam wrażenie, że przegrywają.
Miasto tworzyło szeroki półksiężyc rozłożony nad jedną z naturalnych zatok jeziora. Widać było wybiegające ku głębokiej wodzie mola i zacumowane przy nich statki z cienkimi, wysokimi kominami oraz kołami łopatkowymi. Obok nich kotwiczyły też żaglowce. Poczerniały wrak, który zatonął, stojąc na cumach, musiał być smutnym świadectwem jednego z minionych połączeń. Nad brzegiem wznosiły się rozrzucone szeroko kilkupiętrowe budynki z drewna, kamienia i suszonej cegły. Wkoło wszystkich ścian biegły rampy zapewniające dostęp do wyższych kondygnacji, przez co gmachy przypominały do pewnego stopnia piramidy.
Według taśmy edukacyjnej były to przetwórnie połowów. Cha pomyślała, że ryby cuchną tu tak samo jak na Sommaradvie. Może właśnie dlatego budynki mieszkalne, które wznoszono nieopodal drzew, skupiły się w znacznej odległości od brzegu.
Gdy dotarli na szczyt niewysokiego wzgórza, Wainright wskazał niską, na poły zadaszoną konstrukcję, pod którą przepływał strumień. Z góry mogli wejrzeć częściowo w labirynt korytarzy i niewielkich pomieszczeń, który tworzył miejski szpital i dom Khone’a zarazem.
Porucznik powiedział coś cicho do skrytego w kołnierzu mikrofonu. Po chwili usłyszeli dobiegające z miasta gromkie ostrzeżenia i wyjaśnienia czterech Kontrolerów z aparaturą nagłaśniającą.
— Nie obawiajcie się — mówili. — Mimo dziwnego i budzącego lęk wyglądu istoty, które za chwilę zobaczycie, nie zrobią wam krzywdy. Proszeni przez uzdrowiciela imieniem Khone przybyliśmy zabrać go na leczenie do naszego szpitala. Podczas przenoszenia uzdrowiciela do pojazdu może się zdarzyć, że będziemy blisko niego, i niewykluczone, że wykrzyczy wówczas wezwanie do połączenia. Nie dopuśćcie do niego. Prosimy wszystkich, by odeszli jak najdalej do lasu albo wzdłuż brzegu, aby ewentualne wezwanie do nich nie dotarło. Dodatkowo rozmieścimy wokół domu uzdrowiciela urządzenia, które będą nieustannie czynić nieprzyjemny dla nas wszystkich hałas. W razie czego zagłuszy on jednak wezwanie albo przynajmniej je zniekształci.
Wainright spojrzał na empatę, a gdy ten skinął z aprobatą głową, znowu włączył mikrofon.