Poza baronem nikt na Coylii nie posiadał podobnych szybowców. Podobno ich pomysł zrodził się, gdy dokonano na Kremera zamachu, odcinając cumę latawca obserwacyjnego na którym baron wzniósł się w powietrze. Latawiec, mimo iż perfekcyjnie dopracowany, natychmiast zaczął opadać spiralnie ku ziemi.
Jednak w pewnej chwili, zamiast runąć na ziemię i pogrzebać Kremera, latające skrzydło zostało uchwycone w potężny, zimowy prąd wstępujący. Baron, wykazując niezwykle zimną krew i wielką wyobraźnię, natychmiast zrozumiał, że dzieje się coś niezwykłego i nowego. Zamiast się poddać i czekać na nieuchronną, jak by się zdawało, śmierć, skoncentrował się desperacko na zużywaniu niesterowalnego latawca. I oto stała się rzecz zadziwiająca. Ku zdumieniu wszystkich obserwatorów zarówno wokół barona, jak i latawca pojawił się na kilka chwil świecący, migotliwy nimb transu felhesz. Urządzenie, które przed chwilą było niczym więcej niż tylko latawcem, na oczach wszystkich zmieniło się w coś, co samodzielnie szybowało!
W rezultacie baron złamał jedynie nogę, odkrywając za to zupełnie nową w tym świecie zasadę.
Siedemnastu zabitych i okaleczonych „ochotników”, później Kremer miał już dywizjon, składający się z jedno-, dwu-, a nawet czteroosobowych szybowców, które z dnia na dzień stawały się coraz lepsze. I mimo że Kremer nigdy później nie był w stanie powtórnie wprawić się w trans, jego reputacja w całej Coylii została utrwalona.
Dennis przyglądał się szybowcom w zamyśleniu. Szopa, służąca im za hangar, była pilnie strzeżona, podobnie jak wieża, z której startowały. Jednak najlepszym dla nich zabezpieczeniem było to, że Zamek Zuslik był jedynym miejscem na tej planecie, w którym można było znaleźć wyszkolonych pilotów. Nawet jeśli jakiemuś konkurentowi udałoby się ukraść szybowiec, nie byłby w stanie zapewnić mu codziennych lotów i powstrzymać proces jego degeneracji z powrotem w kupę patyków, skór i rzemieni.
Jednak baron nie wie, że na Tatirze jest jeszcze jeden potencjalny pilot.
Nie. Dennis potrząsnął głową. Zdecydowałeś się na określony plan, więc się go trzymaj.
Podszedł Arth, trzymając w dłoni kawałek skraplacza.
— Dennzz, powiedz, gdzie jest ta rzecz, którą nazywasz… wihajstrem… pasuje? Czy ona ma łączyć się z ustrojstwem czy ze śrubsztakiem? — Arth wypowiadał każde z nie znanych mu słów bardzo starannie, niemal z namaszczeniem.
Dennis z westchnieniem wrócił do wprowadzenia tu rewolucji technicznej.
— Panie, musisz się już ubrać na przyjęcie.
Dennis podniósł wzrok znad sterty kartek, pokrytych robaczkami wzorów i obliczeń matematycznych.
— Och, to już czas, Dvarach?
Młoda służka uśmiechnęła się i wskazała bardzo stare łóżko pod ścianą. Rozłożyła na nim formalny strój wieczorowy. Charakteryzował się on między innymi bufiastymi rękawami i wielkim, sztywnym kołnierzem.
Dziewczyna dygnęła wdzięcznie.
— Tak, panie. I dzisiaj ubierzesz się w strój odpowiedni dla twej pozycji. To ubranie ma ponad dwieście lat. Zużywacz, którego dla ciebie znaleźliśmy, nosił je bez przerwy przez cały ubiegły tydzień. Zostało potem uprane i jest gotowe do włożenia.
Dennis spojrzał na ubranie i zmarszczył brwi. Nie chodziło mu o to, że rzeczy były zbyt pstrokate i zbytkowne jak na jego gust. Ostatecznie był tu cudzoziemcem i powinien dostosowywać się do lokalnych upodobań.
Nie podobała mu się jednak myśl o tym, że jakiś biedny mieszczanin z Zuslik został zabrany z domu i pewnie wsadzony do więzienia tylko po to, żeby zużył dla niego ubranie.
Dyarach — ładna, drobna brunetka — została przydzielona Dennisowi jako służąca następnego dnia po kolacji z baronem. Przynosiła mu posiłki i dbała o porządek w jego obszernej nowej kwaterze.
Teraz kaszlnęła znacząco.
— Panie, naprawdę nie powinieneś kazać panu baronowi czekać.
Dennis obrzucił papiery na biurku tęsknym spojrzeniem Bardzo dobrze się bawił, żonglując wzorami i liczbami i próbując w ten sposób znaleźć matematyczne uzasadnienie istnienia Efektu Zużycia. Pogrążony w obliczeniach niemal zapominał, gdzie się znajduje, i przez pewien czas mógł sobie wmawiać, że znowu jest naukowcem w spokojnym ziemskim laboratorium, gdzie zupełnie nic mu nie zagraża.
Kremer okazał się dla niego całkiem hojny, oczywiście na swój sposób. Podarował mu, na przykład, tyle papieru, że wystarczyło na wszystkie potrzeby, jednak z drugiej strony nie pozwalał zbliżyć się do żadnej z dawnych, zabranych z Ziemi rzeczy.
Narzekanie na to nie miałoby żadnego sensu. Dennis musiał zdobyć zaufanie barona. Bez choćby niektórych przedmiotów z oryginalnego ekwipunku, na przykład kompasu, wszystkie jego plany były z góry skazane na niepowodzenie. Był pewien, że w końcu Kremer odda mu jego rzeczy.
Wstał zza biurka, żeby zacząć się ubierać. Baron zaprosił na dziesiejszy wieczór całą tutejszą śmietankę — starszych wszystkich gildii, znaczniejszych kupców, arystokratów. Miał zamiar pochwalić się swoim nowym czarownikiem. Dennis powinien wypaść przed nimi jak najlepiej.
Dvarach podeszła do niego i zaczęła rozpinać mu koszulę.
Gdy to się zdarzyło po raz pierwszy, Dennis zachłysnął się powietrzem i odepchnął ją od siebie. Jednak tylko uraził w ten sposób jej uczucia, nie wspominając nawet o profesjonalnej dumie. „Kiedy wlazłeś między wrony…” — powiedział sobie w końcu i postanowił się przyzwyczaić do tego, że wyręczano go nawet w najprostszych czynnościach.
Po pewnym czasie stwierdził, że jest to wcale przyjemne. Dvarach ładnie pachniała. W ciągu kilku ostatnich dni najwyraźniej go polubiła i przywiązała się do niego. Dennis podejrzewał, że do jej obowiązków należy znacznie więcej niż tylko to, z czego dotychczas korzystał. W każdym razie robiła wrażenie zaskoczonej i zdziwionej jego uprzejmością, także powściągliwością w pełnym korzystaniu z należnych mu przywilejów. Dziewczyna właśnie kończyła wiązać mu chusteczkę na szyi, gdy rozległo się pukanie.
— Proszę wejść! — zawołał Dennis.
W uchylonych drzwiach pojawiła się głowa Artha.
— Gotowy? Chodź już! Musimy jeszcze zabrać brandy, przeznaczone na przyjęcie.
— Dobrze, Arth. Za chwileczkę.
Dvarach odstąpiła o krok i uśmiechnęła się, zadowolona z eleganckiego wyglądu swego pana. Dennis puścił do niej oko i wyszedł na korytarz do Artha.
Oprócz wiecznie obecnych strażników, na korytarzu czekali czterej krępi mężczyźni z ciężką beczułką, spoczywającą na dwóch połączonych drągach. Gdy strażnicy odwrócili się i poszli naprzód, tragarze podnieśli drągi na ramiona i ruszyli za nimi.
Dennis zastanawiał się nad wynalezieniem czegoś, co by ulżyło ich pracy. Potem jednak, pomyślawszy nieco głębiej, postanowił jeszcze się wstrzymać. Koło było zbyt poważną kartą, żeby nią zagrywać zaraz na początku.
— Dostałem wiadomość od żony… — szepnął Arth, gdy przeszli już kawałek drogi korytarzem.
Dennis utrzymał spokojny krok, nie dając nic po sobie poznać.
— I co? — spytał Dennis cicho. — Co z innymi? W porządku?
Arth skinął głową.
— W większości. Strażnicy złapali dwóch moich ludzi… poza tym Maggin dowiedziała się, co się stało z Perthem. — Wypluł to imię jak truciznę.
— Czy Mishwa… — Dennis nie dopowiedział pytania.
— Tak. Dobrze zajął się tym szczurem! Tuż przed tym, jak go związali. Perth nie miał okazji dokładnie im pokazać, gdzie znajduje się magazyn, więc Stiyyung i Gath mogli…